Zasady tej gry strategicznej są bardzo proste, zwłaszcza dla wszystkich miłośników „Settlersów”. Musimy stworzyć dobrze prosperujące miasteczko, w którym spełniane są wszystkie potrzeby życiowe mieszkańców. Zabawę zaczynamy od postawienia naszego pałacu, który staje się swoistym centrum rodzącej się metropolii. Następnie trzeba zbudować pierwsze domy, chatkę drwala, rybaka, studnię, kamieniołom, farmy. Z czasem możemy zainwestować w koszary albo uniwersytet. Pierwsze będą „produkować” żołnierzy, drugie rozwijać światłe myśli – nie tylko rewolucyjne.
Warto tu nadmienić, że Townsmen 6 zostało osadzone w czasach rewolucji francuskiej. W kampanii dla jednego gracza naszym zadaniem jest podbijanie kolejnych departamentów Francji aż do ostatecznej potyczki ze znienawidzonym królem. Kontrolowane przez nas obszary dostarczają surowców, dzięki czemu, rozpoczynając kolejną misję, nie startujemy od zera.
Szybko pod górkę
Początkowe zadania są objaśnieniem zasad gry. Stawiając pierwsze zabudowania, jesteśmy tak naprawdę prowadzeni za rękę. Dodatkowym ułatwieniem jest kompletny brak przeciwnika. Szybko więc opanowujemy podstawy zarządzania miasteczkiem. Szybko też możemy zaobserwować pierwsze symptomy najbardziej irytującego elementu gry, który w późniejszych misjach staje się prawdziwym utrapieniem.
Chodzi o ograniczoną liczbę podwładnych, jakimi da się kierować. W pewnym momencie obsadzenie wszystkich ważnych stanowisk pracy jest wręcz niemożliwe. Gra zaczyna wtedy przypominać żonglerkę zasobami ludzkimi. Na chwilę trzeba drwala przebranżowić w piekarza, a rolnika w naukowca. Od umiejętnego kombinowania na tej płaszczyźnie zależy sukces całej misji. Dodatkowo od połowy gry wróg nie śpi i regularnie atakuje nasze budynki. Wszystko to razem może doprowadzić do niezdrowej frustracji. Ci, którym zabraknie samozaparcia, odinstalują grę albo wybiorą swobodny tryb rozgrywki, pozostali będą kląć i zaczynać misję od początku. Satysfakcja z pokonania przeważających sił wroga – bezcenna!