Zacząłem myśleć portalami. Po raz pierwszy odwiedziłem San Andreas i spotkałem się z Almą. Ocalałem nawet mimo pobytu w Rapture i zmierzyłem się z całkiem nieprzewidywalnymi hordami zombie. Wreszcie zobaczyłem, jak to jest wcielić się w dowódcę statku kosmicznego i uratować galaktykę, by chwilę później wziąć udział w ataku terrorystycznym na lotnisko. Od 2005 roku zmieniło się wiele, tak w kontekście tego, co gwarantują gry, jak i naszych oczekiwań wobec nich.
Od współczesnych konsol oczekujemy przede wszystkim szybkiego odejścia na emeryturę. Choć tzw. siódma generacja sprzętu nie ogranicza nas w kwestii rozwiązań gameplayowych, wielu graczy domaga się już czegoś świeżego. Ciężko znaleźć twórców narzekających na fizyczną niemożność przygotowania takiej a nie innej rozgrywki. Jeśli już mówią oni raczej o wizualnych aspektach i mocy przerobowej. Deweloperzy myślący nieszablonowo radzą sobie wyśmienicie, tworząc takie perełki jak Bastion czy Journey. To gry o treści, która nie wymaga hiperrealistycznej grafiki, by uderzyć nas swoją głębią.
Chcemy czy nie, obecna generacja konsol to sprzęt starzejący się, dobrze opanowany przez twórców, ale niegwarantujący już zbyt wielu bajerów graficznych. Rok 2012 jako pierwszy od lat może stać się momentem przełomu. Myślę, że taki ma szansę nastąpić w formie zgoła innej niż wyobrażamy to sobie w kontekście „lepszego sprzętu”.
Wielkie sukcesy „małej” konsoli
Cenię Nintendo za fakt, że ktoś w jego władzach z uporem maniaka idzie pod prąd. Nie jest to zarzut – firma naprawdę ma swoją wizję oferowania rozrywki i realizuje ją czasami aż nazbyt skrupulatnie. W efekcie Wii, najpóźniej wydana konsola siódmej generacji, a jednocześnie posiadająca najsłabszą specyfikację, sprzedało się (jak podano na CES 2012) w liczbie większej o blisko 30 milionów egzemplarzy w stosunku do okupującego drugie miejsce Xboksa 360. Imponujące jak na „najsłabszą platformę”.
Pad Wii U – czy okaże się takim samym sukcesem jak pilot do Wii?Zapowiedziane podczas Electronic Entertainment Expo 2011 Wii U z pozoru zaczyna w momencie, gdzie kończy konkurencja. Choć ostateczna specyfikacja konsoli zostanie potwierdzona dopiero w czasie tegorocznego E3, dano nam jasno do zrozumienia, że mówimy o nieco wydajniejszym kuzynie X360 i PS3, a nie faktycznej rewolucji technologicznej. Wii U uderza na innych frontach, dokładnie na tej samej zasadzie co jego poprzednik – oferując nowe spojrzenie na sterowanie, interakcję z konsolą, wreszcie samo pojmowanie zabawy i tego, gdzie może się ona odbywać.
Tym razem Nintendo nie odkrywa Ameryki na nowo, a jedynie uważnie obserwuje tendencje rynku, widząc potencjał, jaki odsłoniły przez branżą tablety. Możliwość grania jedynie za pomocą muśnięć ekranu i prostych gestów zapewnia większą interakcję niż nawet najbardziej wygodny czy rewolucyjny kontroler. Narzędzie sterujące Wii U to nie tylko ekran dotykowy, ale i wbudowana kamera, mikrofon, przyciski standardowe dla padów i kilka innych elementów. Nintendo stara się więc zaproponować funkcjonalności kojarzone z tabletami, ale i w jednej platformie zawrzeć wszystko, co wiążemy z rozrywką, niezależnie, czy gramy z kolegami na kanapie, sprawdzamy coś na szybko przy śniadaniu czy kończymy partyjkę przed snem. Obecne konsole na to nie pozwalają, z kolei tablety nie dają szans pełnoprawnym produkcjom gigantów branży. Dwa w jednym ma sens, prawda?
Warto w tym miejscu odnieść się do ciekawych plotek, jakie pojawiły się w listopadzie ubiegłego roku, a dotyczyły usług online. Nie da się ukryć, że w przypadku Wii poniesiono porażkę, bo o ile PlayStation Network i Xbox Live zaistniały w świadomości graczy, mało kto mówi o cyfrowej ofercie Nintendo. To element, który w kontekście Wii U zostanie bez wątpienia naprawiony. Jak? Tu do gry wchodzą Electronic Arts i Valve. W końcówce 2011 roku wspominano, że obie firmy prowadzą negocjacje z japońskim gigantem, chcąc odpowiadać za sieciowy aspekt konsoli.
Jeżeli informacje te zawierają w ogóle coś z prawdy, byłbym skłonny założyć, że to Electronic Arts jako wydawca ma więcej do zaoferowania. Valve ze swoim Steamem jest pośrednikiem, sprzedającym gry i usługi. Jeżeli więc nie zostanie zatrudnione jako ekspert nadzorujący projekt, EA może zgarnąć niezłą działkę. Origin w jego wykonaniu nie zaliczył może najlepszego startu, dając się we znaki chociażby posiadaczom trzeciego Battlefielda. Elektronicy mogliby mieć silną kartę przetargową – oferowanie cyfrowych wydań swoich gier w wersji na PC jako dodatku do egzemplarzy przeznaczonych na Wii U. Podobne rozwiązanie wprowadziło wspomniane już Valve, wydając drugiego Portala na PlayStation 3.
Origin w swej obecnej postaci to wciąż młoda platforma, o kierunku rozwoju której można dalej decydować bez ryzyka zbyt niekorzystnych zmian. Usługa nie ma dodanych osiągnięć, wciąż ewoluuje jako sklep, a i istniejące funkcje nie zostały przecież wyryte w skale. A granie międzyplatformowe? Ciężko wyobrazić sobie lepszy moment na kolejne tego typu eksperymenty niż premiera urządzenia z bardzo rozbudowanym kontrolerem.
Jest jeszcze jedna rzecz, którą Nintendo może wykorzystać jako przewagę. W momencie debiutu Wii U na rynku będzie już wiele świeżych produkcji, dostępnych od kilku-kilkunastu miesięcy, a więc w sam raz nadających się do przeceny, a jednocześnie wciąż wzbudzających zainteresowanie. Kilka dobrych umów powinno zagwarantować firmie nie tylko szeroką bazę startową tytułów, ale i korzystne ceny, które przyciągną użytkowników zwlekających z zakupem. Oczywiście może się okazać, że zamiast tego dostaniemy około dwudziestu gier, uważanych za bieżące premiery, ale byłby to duży błąd, w momencie gdy na rynek trafia konsola pod względem „bebechów” tak podobna do konkurencji.