Kilka dni temu przeglądałem "Gazetę Wyborczą". Na DVD ukazała się właśnie filmowa trylogia "Indiana Jones". Ten pogardzany niegdyś przez krytyków serial otrzymał dziś pięć gwiazdek, zaś autor tekstu rozpływał się w superlatywach. Najwyraźniej więc ludzie dzielący kino na te komercyjne i te artystyczne dojrzeli - wiedzą już, że jeśli coś bawi publiczność; jeśli zwykli ludzie walą do multipleksów jak oszalali i wychodząc z nich śmieją się od ucha do ucha, to znaczy, że film jest świetny i basta.
Dzieło duetu Steven Spielberg / George Lucas z pewnością stało się kanonem kina przygodowego. Jego główny bohater, dzielny archeolog Indy, dzięki wspaniałej kreacji Harrisona Forda jest już dziś więcej niż symbolem dobrej, widowiskowej zabawy. Tak samo jest i z grami, w których pojawia się profesor Jones. I to nie tylko z Tomb Raider'owym The Infernal Machine, ale i ze starą, klasyczną przygodówką Fate Of Atlantis. Poniżej znajdziecie jej rozwiązanie. A ściślej jedną spośród wielu ścieżek ukończenia gry, gdyż program nie jest liniowy jak większość współczesnych "cudeniek"!
INTROWszystko zdarzyło się pewnego pięknego dnia roku pańskiego 1937-ego. Indiana był wówczas na tropie. Szukał pewnego cennego przedmiotu, o który poprosił go Marcus. Jones wiedział, iż znajduje się on w gmachu Akademii Historycznej, co więcej - wiedział, gdzie ów budynek się znajdował, gdyż stał właśnie przed nim. W obliczu tak zarysowanej sytuacji profesor postanowił wkroczyć do akcji, to jest rozpocząć poszukiwania. W tym celu wspiął się na sterczące obok drzewo i przerzucił linę przez najgrubszą gałąź rosnącą tuż obok okna budynku. Szarpnął, pociągnął i zawisł na niej niczym bombka na choince. Później zaś się rozhuśtał.
Chwilę później profesor wskoczył przez okno do ciemnego pomieszczenia na poddaszu i rozejrzał się. I w tej kupie złomu musiał odnaleźć statuetkę! Zakrawało to na niesmaczny żart, lecz mimo to Jones przystąpił do poszukiwań. Na początek podszedł do statuy pekuliarskiej, należącej niegdyś do sekty przywracającej zdrowie za pomocą wiary. Nagle podłoga u jego stóp zatrzęsła się, a następnie rozsunęła. Indy stracił równowagę i po krótkim locie wylądował piętro niżej. Stracił przytomność.
Gdy ocknął się, zauważył, że leży w ciemnej, niezbyt interesującej komnacie. Nie zobaczył niczego, co przyciągnęłoby jego uwagę. Wstał więc i postanowił, że przy pomocy liny zsunie się jeszcze niżej. Zrobił to jednak tak niezręcznie, że stojący obok monument przewrócił się waląc profesora w łeb. Lecąc w dół Indy był już nieprzytomny.
Gdy pojaśniało mu w oczach, a oddech wrócił, Jones rozejrzał się po raz kolejny. Był w biblioteczce, tuż obok książek, które doskonale znał ze swej pracy na uniwersytecie. Chociaż nie, nie do końca. W przeciwległym rogu pokoju stał regał z literaturą poświęconą statuom. Tej prozy Indy nie znał. Profesor podszedł do niej i sięgnął po pierwszą z brzegu książkę. Pociągnął - nic, szarpnął - regał runął wbijając go w podłogę. Indy jak zwykle stracił przytomność.
Chwilę później otrząsnął się i wstał. Był w piwnicy. Na stoliku stały cztery statuetki. Profesor podszedł do nich i zaczął je badać, poczynając od pierwszej z prawej. Nagle jedna z figurek naprężyła się i miauknęła przeraźliwie. Indy wrzasnął i skoczył w tył. Trafił na schody, jednak nie zdołał złapać się poręczy. Spadł i zaległ na ziemi.
Gdy Indiana Jones podniósł się, błyskawicznie zauważył szafki stojące po prawej stronie. Podszedł doń i rozpoczął przeszukiwania. Po chwili znalazł to, czego szukał. Zadowolony opuścił pomieszczenie.
O tym, jak podzielił się tą radosną informacją z Marcusem i jak został okradziony przez Kernera, agenta Trzeciej Rzeszy, nie będę wam opowiadał. Są to wydarzenia dlań smutne i profesor osobiście prosił mnie, bym je przemilczał. Ważne, że Jones udał się później do Nowego Jorku, by odszukać niejaką Sofię Hapgood, dawną współpracownicę z obozu badawczego na Islandii.