Jakość przekładu ma znaczenie. To, że wszyscy chociaż trochę umiemy angielski nie znaczy, że każdy może tłumaczyć. Nie znaczy też, że lokalizacja może być niedoskonała, bo zrozumiemy i tak albo sami dopowiemy sobie, co trzeba. Oznacza, wręcz przeciwnie, że tłumaczyć powinni ludzie jak najlepiej wykształceni, bo my zobaczymy każde niedociągnięcie. Przestańcie traktować nas jak idiotów.
Jakość języka używanego w grze ma znaczenie. To, że gry to medium przede wszystkim interaktywne, w którym najważniejsze jest to, co robi sam gracz, nie oznacza, że całą otoczkę fabularną i kontekst można traktować jako zło konieczne. Że można tłumaczyć dialogi po kosztach, „bo i tak nikt ich nie czyta”. Czytamy je. Słuchamy ich. Obchodzi nas to.
Obchodzi też zresztą twórców oryginału. Miejcie trochę szacunku nie tylko do nas, ale i do nich. Ktoś komuś zapłacił za napisanie tego, co tłumaczycie. Mało tego! Być może ten piszący myślał o czymś więcej niż tylko o jak najszybszym skończeniu roboty, zainkasowaniu wypłaty i pójściu do domu. Nie mówię, że zależało mu od razu o przekazaniu nam czegoś czy odmienieniu naszego życia, ale może po prostu chciał zrobić dobrą robotę. A wy później bierzecie to, patrzycie, kiwacie głowami i stwierdzacie, że jego intencją było nazwanie jednego z poziomów gry Grawitacja sytuacji.
GRAWITACJA SYTUACJI!Przecież to jest obraźliwe zarówno dla nas, jak i dla autora oryginalnej wersji gry, który umieścił w niej tę grę słów. Grę słów, która ma sens po angielsku. Bo poziom jest o grawitacji, a gravity of the situation oznacza powagę sytuacji. Ale przetłumaczenie tego tak, jak zrobiliście to wy, jest uwłaczające dla twórców i odbiorców.
Wraz z Halo 4, bo o tej grze tutaj mowa, Microsoft powrócił do trochę zarzuconej ostatnimi czasy praktyki tworzenia całkowitej lokalizacji. Czyli przetłumaczył nie tylko tekst, ale też nagrał polskie dialogi z aktorami. I chwała mu za to, bo jeżeli mamy być kiedyś cywilizowanym, europejskim krajem, to w ten sposób powinny być u nas gry wydawane. Ale powinno być to robione dobrze i chyba nikt nie powinien mieć w tym miejscu wątpliwości, a nie tak, „żeby było”. Żeby odhaczyć sobie jakiś tam podpunkt na liście, przybić piątkę koledze i pójść na piwo. Albo zapłacić temu, kto zrobi to najtaniej, bo przecież każdy umie angielski i każdy umie przetłumaczyć. Naprawdę, każdy? Dobre strzelanie, Chief.
DOBRE STRZELANIEnew WP.player({ width:610, height:343, autostart:false, url: 'http://get-2.wpapi.wp.pl/a,61764431,f,thumb/2/d/2/2d20435cdd346664463abdd9867429a5/fecf4bbe7a15e3253140f65c03820e85/halo_4_ql_gotowy.mov', });Kontra: Halo 4. Wersję wideo w wyższej rozdzielczości znajdziecie pod Od lat mam wrażenie, że mamy u nas w kraju coraz więcej ludzi, którzy przynajmniej zadowalająco mówią po angielsku, a coraz mniej takich, którzy dobrze mówią po polsku. UWAGA! Żeby zrobić dobre tłumaczenie, trzeba nie tylko świetnie znać język obcy, trzeba jeszcze lepiej znać swój własny. Żeby wiedzieć, że zdarzają się w innych językach słowa, które mogą brzmieć podobnie jak nasze, ale znaczą coś innego. Że technically nie zawsze znaczy technicznie. Że condition nie zawsze znaczy kondycja. Że break nie zawsze znaczy złamać. Tłumacze Halo 4 nie byli tego świadomi.
A mowa tu tylko o pojedynczych słowach. Prawdziwe schody zaczynają się, kiedy pojawiają się całe zdania. Wskazówka – dobrze, żeby zdanie tłumaczone z angielskiego na polski brzmiało naturalnie w naszym języku. Szczególnie, jeżeli czytają je później aktorzy! Czytają, bo „odgrywają” to w tym wypadku zdecydowanie za mocne słowo, ale to inny temat. Kto w ogóle po polsku powiedziałby coś takiego: Przy wąwozie jest miejsce. Stamtąd będziemy mieć widok na studnię.
PRZY WĄWOZIE JEST MIEJSCEA co ma być, jak nie miejsce? Jak ktoś po angielsku mówi there’s a place to chodzi mu przecież o jakieś konkretne miejsce. A nie, że tam jest, dosłownie, miejsce. Miejsce jest wszędzie! Więc jakie miejsce? Miejsce, z którego będziemy mieć widok na studnię. I już. Zrobione. Wystarczy, żeby to zdanie przeczytała osoba, która ma chociaż odrobinę wyczucia do języka polskiego i zobaczy, że wystarczy mała zmiana, by z topornej konstrukcji, będącej bezpośrednim przełożeniem angielskiej składni zrobić coś, co jakoś brzmi w naszym języku. Toż tu nie chodzi o pieniądze, to by pewnie student polonistyki zrobił za obiad. Wam po prostu nie zależy.
Wiem, bo Halo 4 jest tego typu „kwiatków” pełne od początku do końca. Bolą one tym bardziej, że wszystkie kwestie są czytane. Czy nikt z czytających nie zwrócił uwagi na to, że mówi do mikrofonu rzeczy, które są bez sensu? Czy nad nagrywaniem nie czuwał ktoś, kto zauważyłby, że czytanych wypowiedzi nie da się zrozumieć? Szczytem jest już tłumaczenie dialogu z bibliotekarką w połowie gry (szerzej zajmuje się nim Michał Piwowarczyk w swoim suplemencie). To jeden z jej momentów kulminacyjnych, kiedy poznajemy tajemnice pochodzenia całej ludzkiej rasy i dziedzictwa Master Chiefa. Pojawiają się tam zdania, pomiędzy którymi nie ma żadnego logicznego związku. Toporne konstrukcje jak z automatycznego translatora. Kompletnie uniemożliwiają one zrozumienie fabuły, szczególnie człowiekowi, który wcześniej w Halo nie grał i nie pouzupełnia sobie braków własnymi domysłami. A dla kogo tłumaczycie gry, jeżeli nie dla tych, którzy mogli wcześniej nie grać? Zapaleni gracze radzą sobie z angielskim świetnie.
Jest to wszystko tym bardziej bolesne, że Halo 4 jako gra na każdym kroku zachwyca jakością dopracowania. Widać olbrzymie pieniądze włożone w produkcję gry. Zachwycają nie tylko projekty poziomów, broni, przeciwników, plansz, akcja, multiplayer, zachwyca również rozmach opowiadanej historii, jakkolwiek stereotypowa by ona nie była. To ma być zapierająca dech w piersiach epopeja science fiction, ale przekład kładzie ją na łopatki.
I na czym oszczędzacie? Oszczędzacie na tym, co jest najtańsze. Jesteście gotowi zainwestować w studio, aktorów, produkcję dźwięku, a szkoda wam tych paru złotych na dobrego tłumacza. Na korektora. Na kogoś, kto przeczytał w życiu parę książek i wie jak konstruować naturalnie brzmiące zdania. Na ludzi, który siedzą i piszą. Nie pokazują swoich twarzy, nie nagrywają swoich głosów, nie pracują z użyciem drogich technologii. Jestem przekonany, że nie chodzi tu tak naprawdę o pieniądze. Chodzi o to, że według was to nie ma znaczenia. Ma!
Halo 4 jest w tym miejscu skrajnym przykładem, ale problem jakości tłumaczenia dotyczy w zasadzie wszystkich wydawanych w Polsce gier. I to dotyczy ich od kiedy pamiętam. Jeszcze za moich licealnych czasów krążyły wśród znajomych anegdoty o fatalnym tłumaczeniu Operation Flashpoint gdzie damn, four is down przełożono na cholerna czwórka jest z tyłu. Cały polski rynek gier odmienił się od tego czasu nie do poznania, a to jedno pozostało bez zmian.
A tutaj Michał Piwowarczyk dokładnie analizuje fragment tłumaczenia Halo 4. Kliknijcie i przeczytajcie, bo przy bezpośrednim porównaniu z wersją angielską pomyłki tłumaczy uderzają jeszcze dobitniej.