Myślę, że nie jest przesadą stwierdzenie, że wszyscy znają serię Worms. W przeciągu swojej burzliwej historii, gra ta pojawiła się na już na czterech generacjach komputerów i konsol. Do tej pory jest wyjątkowa w swoim stylu rozgrywki i komicznych wręcz ilości najczęściej wybuchowej przemocy. Odwiecznym elementem tej marki jest turowo prowadzona rozgrywka. Pewien Fin imieniem Jossa Riekkinen postanowił sprawdzić co się stanie jeśli zmienić ten standard – i tak w skrócie powstało legendarne już Liero.
Ten tytuł był swego czasu bardzo znany wśród polskich graczy, wyjątkowy pod tym względem spośród innych gier Indie. O kultowości tej gry może poświadczyć nie tylko fakt, że do tej pory, po aż 13 latach od jej powstania, istnieją aktywne klany Liero (w tym duża polska Liga Liero), ale również fakt, że fani z uporem maniaków ścigają się w przenoszeniu jej z przestarzałego już DOSa na nowsze platformy, co wiąże się z przepisywaniem jej od zera, ponieważ Jossa niefortunnie stracił kod źródłowy gry.
Na pierwszy rzut oka trudno jest zrozumieć skąd pojawiła się ta dziwna kultowość tego tytułu. Gra do najbardziej estetycznych nie należy. Nieporadne ruchy robali, zamkniętych w torfie i usiłujących się do siebie przysunąć, na tym etapie gry mogłyby niejednego już zniechęcić. Komputerowemu przeciwnikowi zdecydowanie brakuje instynktu samozachowawczego, w pewnych warunkach nawet i piątej klepki. Cierpliwi zostaną wynagrodzeni pierwszą szansą na odstrzelenie mu twarzy, co tworzy prawdziwą fontannę pikselowej krwi, masę eksplozji i to szczególne uczucie zadowolenia w co bardziej prymitywnych częściach umysłu. Należy to teraz powtórzyć kilka razy aż temu drugiemu wyczerpią się życia... I to już w zasadzie tyle.