Po jakimś czasie jednak bohater dowiedział się, że inni uciekinierzy z zaklętego dworu nie radzą sobie z życiem. Postanowił więc odwiedzić Simone Taylor, która popadła w depresję. A na miejscu zastał coś, może nie kompletnie nieoczekiwanego, ale zdecydowanie traumatycznego.
Ostatnia część serii przesuwa nas do roku 2189, a więc do czasu dokładnie pomiędzy wydarzeniami w domu DeFoe, a zajściami na statku kosmicznym Mefistofeles. Ben Yahtzee Croshaw miał za zadanie połączyć wszystkie linie fabularne w całość, co mu się udało... ale – jakim kosztem, jakim kosztem... Oto i ostatnia część cyklu, 6 Days a Sacrifice.
Theo DaCabe nie miał zbyt interesującego życia, ale pasowało mu to. Pracował jako inspektor budowlany dla urzędu miasta – robota zasadniczo nudna, bo nikomu nie przychodziło do głowy wychodzić poza dozwolone plany budowlane, ale wystarczająco dobrze płatna. Jego biuro otrzymało niedawno informację, że w budynku jakiejś śmiesznej nowej religii, Optymologii, mogą znajdować się dodatkowe metry bez inwentarza, wysłano go więc tam służbowo. To, co miało być rutynową inspekcją, okazało się jednak drastycznie inne – bohater został wepchnięty do szybu windy i uwięziony w dziwacznym, podziemnym kompleksie laboratoryjnym z czterema innymi osobami, z czego przynajmniej dwie zdecydowanie nie były mu przyjazne. Czy udało mu się uciec?
Takie wprowadzenie w fabułę, myślę, wystarczy, z dwóch powodów: raz – że opowiadana historia w przygodówce jest w zasadzie najważniejsza, więc nie wypada zdradzać jej zbyt wiele, a dwa – że jest ona tak dziwaczna, tak pokręcona i – no cóż – w kilku miejscach tak głupia, że należy doświadczyć jej samemu. Yahtzee tym razem utrzymał stylistykę horroru z poprzedniej gry, inspirowanej dziełami Lovecrafta. Znów czekają nas spore dawki halucynacji, szaleństwa i demonicznych postaci oraz – jak zawsze – śmierć w kilku momentach. Niestety, tym razem autor zdecydował się powiązać wszystkie niewyjaśnione wątki w jeden gigantyczny supeł, co skutkuje tym, że niektóre zwroty fabularne są idiotyczne i niepotrzebne, a to kompletnie rujnuje wrażenie pozostawione przez poprzednią część. Jak to możliwe, że ta sama osoba, która spłodziła tak świetną historię jak ta w Trilby's Notes, popełniła tyle błędów pisarskich? Wytłumaczenie, wbrew pozorom, jest bardzo proste, choć Yahtzee sam się do tego nigdy nie przyzna – ewidentnie miał już dość tej serii i postanowił ją własnoręcznie ukatrupić. Z żalem, ale i z pewną ulgą, przyznaję, że mu się to udało.