J.R.R. Tolkien rzuca pracę na Uniwersytecie Oksfordzkim – Frodo i spółka lepiej płacą za poświęcony im czas. Wydawca książek namawia profesora do pisania co rok, góra dwa lata, jednej nowej powieści ze świata "Władcy Pierścieni". *"Zarzadzanie marką" - ten zwrot powtarza się jak mantra w liście od przedstawiciela wydawnictwa. Co prawda autor nie robi się młodszy, ale można przecież zatrudnić mu pomocników. "Śródziemie można monetyzować bez końca *", mówi specjalista analizujący focus testy, w którego szafie wisi 10 marynarek od Ralpha Laurena. A jeśli się trochę przy tym pokręci i w historię wkradną się błędy logiczne, zawsze można później usunąć oficjalnie pozycję z "kanonu". I wydać wersję poprawioną książki, koniecznie jako edycję specjalną.
Nie do pomyślenia, prawda? Może to trochę ryzykowne stwierdzenie, ale byłoby dla nas wszystkich lepiej, gdyby popularne serie gier kiedyś się kończyły, nie zamieniwszy się przedtem w "marki". Assassin's Creed: Revelations to świetna gra, ale daleko jej do znakomitego Assassin's Creed II. W Modern Warfare 3 gra się naprawdę dobrze, ale do poziomu Modern Warfare niestety mu bardzo daleko. O analogie do innej dziedziny rozrywki, seriali telewizyjnych, nie jest naprawdę ciężko. Gdyby "Lost" skończyło się na 3 sezonach, przeszłoby do historii.
Odłóżmy na bok argument, który zazwyczaj zabija każdą dyskusję na ten temat – jeśli coś się sprzedaje, to się dalej wydaje. Zapomnijmy o statystyce, a porozmawiajmy o przeciąganiu, o wyczuciu zmęczenia. Liczby i sprzedaż powinny obchodzić nie graczy i dziennikarzy, ale analityków rynku i przedstawicieli wydawców rozliczających się z zarządem. Czy na myśl o kolejnych przygodach Master Chiefa z serii Halo nie chce wam się ziewać? Przecież ten biedny człowiek już raz uratował ludzkość! I czym może zająć się Kratos w kolejnych God of War, skoro wymordował cały panteon greckich bogów? Przeniesie się nad Indus i zetrze uśmieszek z buzi tego bardzo zadowolonego z siebie grubaska? Wydawanie w nieskończoność kolejnych części serii psuje tę nieopisywalną cechę gry, jaką jest jakość. Dowody? Proszę bardzo.
Medal of Honor: Allied Assault było prekursorem współczesnego giganta gatunkowego – militarnych strzelanek z perspektywy pierwszej osoby. Ostatnią, dużą wydaną w serii częścią był Medal of Honor: Airborne z 2007 roku na komputery i konsole. Ta drugowojenna strzelanka nie wytrzymała starcia z młodszym, wydanym w tym samym roku Call of Duty: Modern Warfare. Smród po tym upadku był tak duży, że czuć go było jeszcze przy premierze nowego, wydanego w 2010 roku Medal of Honor. Gra, która z legendarnym dziadkiem dzieli karabiny jako broń, Amerykanów jako bohaterów i widok z perspektywy pierwszej osoby.
Fallout to jedna z ważniejszych nazw w rozrywce elektronicznej. Kultowa, uwielbiana, i tak dalej. Kiedy jednak Bethesda wykupiła prawa do marki i ogłosiła prace nad trzecią częścią, na forach internetowych podniósł się pisk, który nie ustał do dziś: "To nie jest Fallout, to Oblivion ze spluwami". Fallout 3 okazał się kontynuacją marki tylko i wyłącznie przez swój świat przedstawiony, i tak zaprezentowany za pomocą cech rozmytych i uogólnionych do tego stopnia, że w zasadzie niewyróżniających go z całej gamy fikcyjnych światów zniszczonych przez III wojnę światową.
Gdyby Black Isle Studios, albo, co jest o wiele gorszą wizją, Interplay, stworzył Fallouta 3 na swoich warunkach, prawdopodobnie nie pamiętalibyśmy teraz o tym, jak świetne były 2 pierwsze gry z serii – smród by pozostał. Dlatego z takim niepokojem czytam o pracach nad Fallout MMO w wykonaniu żywego trupa o nazwie Interplay. Fallout 3 nie jest kontynuacją we współczesnym rozumieniu tego słowa przez graczy. Zmieniła się mechanika, grafika, dialogi. Równie dobrze ta gra mogłaby nazywać się Wasteland 2 albo Capital Wasteland. Fani serii mogą więc dalej czcić sobie na ołtarzu skamielinę w postaci Fallouta stworzonego przez Black Isle Studios, a fani dobrych RPG-ów z otwartym światem mogą z radością grać w produkcje Bethesdy.
Duke Nukem Forever. Nie, nie rozmawiajmy o tym, proszę. Moje biedne serce by tego nie wytrzymało.Ostatnie tchnienie potężnej niegdyś markiO śmierci serii nie decydują jej twórcy, tak trudne do uchwycenia elementy jak "wyczucie", "kwestia smaku", "wizja serii", ale słupki sprzedaży. Czas na dobicie następuje w momencie, gdy słupki przestają rosnąć, a po chwili zaczynają spadać. Może byłoby dla nas, graczy, lepiej, gdyby nigdy nie doszło do wydania Medal of Honor: Airborne i Guitar Hero: Warriors of Rock.
Ciężko się oczywiście spodziewać, aby skopiowana forma wypełniona nowa zawartością z dodatkiem kilku "nowości" (nowa broń albo celownik, albo sposób trzymania pistoletów to żadna innowacja!) była lepsza od prekursora wyznaczającego standardy, ale przecież pieniądze wydane na produkcję kolejnych odsłon serii można wydać na coś innego (i nawet jeśli nie do końca świeżego), z nowymi postaciami, otoczeniem i pomysłami. Nowa produkcja zarobiłaby może mniej pieniędzy, ale przecież nam, graczom, nie powinno zależeć na wielkości wypłacanej dywidendy, nam powinno zależeć na jakości i dobrej zabawie. Może byłoby dla nas lepiej, gdyby branża gier w końcu doceniła znających się na swojej robocie scenarzystów. Wiecie, tych ludzi, którzy napisali dla Valve scenariusz do Portala 2.
Na całe szczęście losu przedłużanych marek uniknie mój ukochany Bastion. Greg Kasavin, projektant i scenarzysta gry, w rozmowie z Dominikiem Gąską dla naszego serwisu powiedział, że "nie przewiduje kolejnych części ani DLC, a Bastion planowany był jako zamknięta całość". Z drugiej strony, po przeczytaniu tej wypowiedzi drugi raz bardzo nie podoba mi się jej podtekst.