Uwaga, mam coś do ogłoszenia. God of War: Wstąpienie, czyli fabularny początek całej sagi z Kratosem w roli głównej, to bardzo ładna gra. Cechują ją niesamowite projekty poziomów, a system walki jest tak samo dobry jak w poprzednich częściach. Jeżeli nazywacie się fanami serii, to zakup kolejnej odsłony nie będzie wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Idźcie więc do sklepu, kupcie sobie grę i spędźcie przyjemne 8-10 godzin w trybie dla jednego gracza. Koniec.
Nie, to nie może być koniec. God of War: Wstąpienie, mimo niepodważalnych walorów, o których więcej napiszę w recenzji, wzbudził we mnie rozmaite wątpliwości. Zaserwował masę pierwszorzędnej rozrywki (to nadal God of War) i nie dał się nudzić. Powiem więcej – momentami wciągnął mnie bardziej niż poprzednie części. Ale mimo to mam z Kratosem pewien problem.
Na pewno pamiętacie wywód inżyniera Mamonia o ulubionych piosenkach. Dodajcie do tego powiedzenie lepsze jest wrogiem dobrego , a otrzymacie minimalistyczne, ale całkiem dosadne przedstawienie charakteru nowej gry z (jeszcze nie) bogiem wojny. Wstąpienie zawiera w sobie praktycznie wszystko to, za co uwielbiamy serię God of War. Dla większości, jak mniemam, to doskonała wiadomość i wcale nie zamierzam podważać zachwytu takiego grona odbiorców. Jednak biegając po mitycznej Grecji łysym Spartiatą z awangardowym wzornictwem na ciele, czułem, że coś tu jest nie tak. Może to przez to, że Kratos nie jest taki gniewny jak wcześniej (fabularnie później)? Może brak bogów do zabicia tak mnie uwiera? A może po prostu próbuję się doszukać dziury w całym, bo mimo wszystko mam świadomość, że to bardzo dobra gra jest?
Tak, uważam Wstąpienie za bardzo dobrą grę. Tak na pół oficjalnie, ponieważ z gwiazdkową oceną wstrzymuję się do momentu, gdy spędzę więcej czasu w trybie wieloosobowym, który stanowi największą nowość w serii. Na razie jednak biję się z myślami odnośnie doświadczenia płynącego z głównego elementu, czyli kampanii fabularnej. Wciągającej, zachwycającej wizualnie, zaspokajającej głód krwi i flaków. Wszystko wydaje się być takie, jak należy. Bo faktycznie jest takie, jak ma być – i to po raz szósty od 2005 roku.
Jeśli przyjrzeć się zestawieniu na Metacritic, żadna z odsłon sagi nie spadła poniżej 80%. Sony robi w przypadku God of Wara po prostu kawał bardzo dobrej roboty, co nie jest takie oczywiste w przypadku współczesnych serii. God of War nadal trzyma poziom, nie kuszą go spin-offy czy romanse z innymi gatunkami. Kratos robi swoje, nie ogląda się za siebie, tylko powstaje wówczas pytanie, dokąd dojdzie?
Ile jeszcze przygód boga wojny, takich trzymających wysoki poziom, uda się stworzyć? Kiedy formuła przyjęta w 2005 roku przestanie trafiać do mas, które zapragną czegoś więcej i inaczej? Z takimi pytaniami można się udać do Wyroczni Delfickiej, naśladując Kratosa we Wstąpieniu. Zanim to jednak nastąpi i ktoś pozna odpowiedzi na tak postawione pytania, mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że God of War - po blisko ośmiu latach od debiutu i z sześcioma odsłonami na koncie – nadal trzyma poziom. Bawi jak dawniej, zachwyca brutalnością i widokami krajobrazów, angażuje w przyjemny system walki.
Mnie to wystarcza, by się dobrze bawić, ale przy okazji skłania do myślenia o dalszych losach serii. Na razie Kratos wyznaje zasadę carpe diem i dobrze mu z tym. Jeśli usłyszy słowa krytyki, na jego usta ciśnie się „This is Sparta!”, a następnie zasadza filmowego kopa narzekaczom. Tylko obawiam się, że dziura, w której lądują, będzie się coraz bardziej zapełniać.