Graczy obowiązywała tylko jedna reguła – nie mogli wykraczać poza skalną ścianę, otaczającą teren rozgrywki. Jej celem było ograniczenie ilości zasobów naturalnych, dostępnych dla uczestników. Żaden z nich nie wiedział, co jest przedmiotem tego badania. Aby wszystko było fair, rozgrywka toczyła się tylko wtedy, gdy mogli w niej brać udział wszyscy uczestnicy naraz.
Niemal od razu zabrali się oni za to, co jest jednym z podstawowych zadań w grze – wydobywanie surowców. Pierwsza poszła glina. Nie było jej zbyt dużo, a części rozpoczętych domów z cegieł nie udało się nawet ukończyć. Po pierwszym tygodniu zabrakło drzew – a drewno jest jednym z najważniejszych materiałów, wykorzystywanych w Minecrafcie. I wtedy się zaczęło. Gracze zdali sobie sprawę, że samodzielnie niczego nie osiągną i pozawiązywali sojusze. Powstały cztery klany, którym przez pewien czas udawało się unikać otwartego konfliktu.
Nie trwało to długo, bo w międzyczasie opisywane mikrospołeczeństwo wkroczyło w erę przemysłową. Powstały kopalnie odkrywkowe, rozpoczęło się wydobywanie żelaza, przekuwanego w większości na broń i pancerze. W drugim tygodniu eksperymentu produkcja szła już pełną parą, a gracze zdobywali dostęp do coraz cenniejszych materiałów i oferowanych przez nie przedmiotów. Rozpoczęła się walka o diamenty i obsydian – wydobywany z ich pomocą materiał, zapewniający najlepszą ochronę przed atakami. Zasobów naturalnych na planszy było z dnia na dzień mniej, a drobne potyczki coraz częściej przekształcały się w otwartą wojnę. Jedna z grup w pewnym momencie zdobyła większość obsydianu i ukryła go w swoim zamku. Inna radziła sobie oddając się handlowi i wykorzystywaniu posiadanych zasobów w celu zdobycia innych.
W trzecim tygodniu rozpoczęła się kilkudniowa wojna o diamenty, w trakcie której wszystkie cztery sojusze atakowały nawzajem swoje bazy. Zamek, w którym schowany był obsydian, został zniszczony, podobnie jak klan, który był jego właścicielem. Jego dawni członkowie postanowili walczyć o przetrwanie na własną rękę, prowadząc coś w rodzaju wojny partyzanckiej przeciwko pozostałym trzem ugrupowaniom. Jedynymi, którzy jeszcze jako tako sobie radzili, byli handlarze. Ach, i dwaj gracze, którzy już na początku rozgrywki domyślili się, do czego to wszystko doprowadzi…
Ta dwójka już pierwszego dnia rozpoczęła konstruowanie samowystarczalnych przyczółków, do których nie było żadnego dostępu z zewnątrz. Unosiły się one nad terenem rozgrywki, na którym toczyła się wojna, a wspomniana dwójka żyła niczym bogowie, o nic się nie martwiąc i mogąc śmiać się z wysiłków podejmowanych przez resztę. Albo mogąc zacząć im się naprzykrzać i zacząć wymagać na przykład „opłaty za ochronę”. Oczywiście wybrali to drugie.
W piątym tygodniu eksperymentu większość graczy straciła już całkowicie wolę kontynuowania zmagań. Ograniczali się do podstawowych działań, zapewniających im przetrwanie, budowali wątłe domki z piasku albo zakopywali się w niewielkich podziemnych tunelach. Niektórzy próbowali jeszcze wydobywać resztki surowców, z nadzieją wymienienia ich na coś pożytecznego u handlarzy.
I dopiero wtedy, kiedy wydawało się, że wszystko jest już stracone i okazało się, że przyszłość rysuje się w różowych barwach tylko dla bardzo nielicznych, zrzuconym na samo dno graczom przyszło do głowy zjednoczenie się i pomyślenie o dobru wspólnym. Działanie na korzyść całej społeczności okazało się być atrakcyjne dopiero wtedy, gdy było jednocześnie jedynym sposobem na przetrwanie nocy. Nic innego już im nie pozostało, a nowo odkryta jedność i tak nie wystarczyła, by stawić czoła nielicznym, którym udało się zachować władzę i bogactwo.
Chwila, stop, ciągle mówimy o Minecrafcie?