Greg Zeschuk to sympatyczny facet. Przez ostatnie lata trochę mu się przytyło, co w połączeniu z nieco dłuższymi włosami sprawia, że najbardziej rozpoznawalna twarz BioWare jawi się jako sąsiad z podwórka. I tenże gość (będący jednym z prezesów kanadyjskiego studia) z rozbrajającym uśmiechem wywraca do góry nogami to, pod czym podpisał się przy pierwszym Dragon Age. Jak w tej chwili przedstawia się kontynuacja, której premiera już niebawem? Ekstrawagancko.
Bohater
Pierwszą rzeczą, jaka zaszokowała miliony graczy na całym świecie, była zmiana głównego bohatera. Dragon Age: Początek, jak na „duchowego spadkobiercę” Baldur's Gate przystało, pozwalał wcielić się w bezimiennego Szarego Strażnika. Mało tego, mogliśmy wybierać spośród trzech klasycznych dla tego typu gier ras (człowiek, elf, krasnolud). Teraz, nie dość, że nasza postać jest konkretną osobą, to należy wyłącznie do gatunku homo sapiens. Ale nawet to, że mamy szansę pokierować zarówno kobietą, jak i mężczyzną, nie zaciera wrażenia, że Kanadyjczycy grali ostatnio w jakieś japońskie pstrokacizny. Ciekawe, jak w związku z tym wypadnie pozostawienie bez zmian podstawowych profesji. Znów możemy zdecydować się na wojownika, maga lub łotra, których da się w trakcie gry odpowiednio wyspecjalizować. Co warto podkreślić, zmniejszyła się liczba dostępnych specjalizacji. Zamiast czterech mamy trzy, ale znacznie lepiej opracowane niż w poprzedniej odsłonie serii. Zmianie uległy także projekty postaci. Obiegowy żart o tym, że w Mass Effect nie ma ludzi grubych, został najwyraźniej wzięty pod uwagę już przy okazji pierwszego Dragon Age, jednak i tej grze daleko było do różnorodności. Modele zostały odbite od jednej matrycy, z nieznacznymi tylko kosmetycznymi poprawkami. Dragon Age II stanowi pod tym względem niemałą rewolucję.
Wizualnie bohaterowie przedstawiają się teraz znacznie bardziej drapieżne, czasem niemal komiksowo, ale na szczęście bez typowych dla japońskiej stylistyki androgynicznych postaci. Już w niedawno wypuszczonym demie napotykamy nader szerokie spektrum NPC-ów, którzy zdecydowanie odbiegają od niby oldschoolowego, ale i mdłego stylu z pierwszej części. Choć zachowane są granice przyzwoitości, najmocniejszym uderzeniem jest znana doskonale z Dragon Age:Początek Flemeth. W tamtej grze była po prostu kolejnym modelem ze zmarszczkami na twarzy, teraz zyskała zdecydowanie wyrazistszy rys wizualny. I nie chodzi nawet o przemianę w smoka, Flemeth wygląda bowiem jak skrzyżowanie Lulu (Final Fantasy X) z Morrigan, przemnożoną przez kilkanaście lat historii demonicznych antybohaterów. Trzeba przyznać, że ta zmiana wychodzi grze akurat na dobre.