Dead Rising 2 - beta test
Dead Rising 2 - beta test
The Evil Dead z 1984 roku, Alone in the Dark z początku lat dziewięćdziesiątych czy Resident Evil/Biohazard z ich drugiej połowy – te i inne produkcje sprawiły, że obraz zombie na stałe zagościł w branży gier, a jednym z wzorcowych tytułów o umarlakach stało się stworzone przez Capcom świetne Dead Rising. Gra, w której powstawaniu brał udział Keiji Inafune (ojciec MegaMana i producent serii Onimusha), zyskała średnią ocen ok. 85%. Zapowiedź sequela była więc tylko kwestią czasu.
Dobry okres dla trupów?
W ostatnich dniach miałem okazję wziąć udział w testach przedpremierowej wersji „dwójki”. Sprawdzane przeze mnie Dead Rising 2 zostało odpalone na Xboksie 360, choć jak zapewnił mnie przedstawiciel firmy Cenega, gracze nie znajdą większych różnic pomiędzy tą wersją a edycją na PlayStation 3. Zatem – czy zombie są ciągle w formie?
Druga część Dead Rising opowie historię, jaka miała miejsce kilka lat po wydarzeniach w Willamette. Zaraza, która zaczęła się w Santa Cabeza, a następnie przedostała chociażby do pamiętnego centrum handlowego, w kilkadziesiąt miesięcy później objęła znaczną część Stanów Zjednoczonych. Co w takiej sytuacji robią dzielni Amerykanie? Okazuje się, że poza zrzuceniem kilku bomb, potrafią uczynić z plagi truposzy coś graniczącego ze sportem narodowym.
Terror in Reality to program telewizyjny prowadzony przez ekstrawaganckiego Tyrone'a Kinga, w którym grupa śmiałków ma tylko jeden cel – zabić więcej zombie niż rywale, a przy okazji pozostać żywym na tyle długo, by doczekać się zakończenia rozgrywek. Desperatów nie brak, a jednym z nich jest Chuck Greene, wdowiec, którego jedynym celem jest chronienie córki. Tym sposobem trafia on do Fortune City, miasteczka stanowiącego oazę dla wszystkich zmęczonych codziennością. O katastrofę jednak nietrudno, zwłaszcza gdy bawimy się z zainfekowanymi, prawda?
Przy dźwięku piły
Rozgrywkę zaczynamy od przyjemnej sekwencji, stanowiącej jeden z meczów w Terror in Reality. Chuck jako jeden z mistrzów wyścigów motocyklowych bierze udział w zawodach, w ramach których dosłownie przecinamy hordy zombie na motocyklu wyposażonym w dwie piły łańcuchowe. Zadanie to nie sprawia większych kłopotów, warto jednak docisnąć pedał gazu i postarać się o pierwsze miejsce – stawką jest gotówka, która może okazać się niezbędna w dalszej części rozgrywki.
Z Dead Rising 2 jest jeden problem. Wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem podejdzie się do tej gry. Pierwsza część dostarczyła mnóstwa frajdy, jednak od tego typu konwencji ciężko oczekiwać rewolucji. Jeżeli przyjmiemy więc założenie, że zadowala nas „więcej i intensywniej”, nie zawiedziemy się. Bo i DR2 to w praktyce stara, dobra „jedynka”, z nowym bohaterem i lokalizacją, z większą liczbą przedmiotów i – przede wszystkim – z tonami zombie do wyeliminowania (widoczne na ekranie zastępy żywych trupów zostały zwiększone kilkakrotnie).
Bij albo cię ugryzą
Podstawy rozgrywki nie uległy zmianie – jako główny bohater przemierzamy dostępne lokacje, realizując zadania, ratując przypadkowo napotkanych „jeszcze niezjedzonych” bądź też po prostu błąkając się i zwiedzając okolicę. Poza centrum handlowym tym razem zwiedzamy także minimiasteczko, przypominające park rozrywki, z kasynem, sklepami z pamiątkami i inną infrastrukturą usługową.
Pierwsza część serii urzekała niesamowitą wręcz liczbą przedmiotów, które można było wykorzystać do eksterminacji kręcących się wokół trupów. Wszelkiego typu pistolety, maczety, kije golfowe, torby, krzesła i inne mniej lub bardziej efektowne i efektywne „bronie” były na porządku dziennym. Jednak każda rzecz z czasem się nudzi, a remedium na tę przypadłość ma być nowy element gameplayu – możliwość tworzenia hybryd przedmiotów. Łączenie ze sobą kija baseballowego i gwoździ czy flaszek wódki z gazetami to tylko ułamek pomysłowości autorów – w ruch idą kosiarki i deski, mięso i dynamit (Dynameat!), a nawet wiadra i wiertarki udarowe.