Call of Juarez: The Cartel pojawi się na sklepowych półkach w samym środku wakacji. Ponieważ poprzednie części nie zawiodły i tym razem można w miarę bezpiecznie założyć, że Techland nie wypuści gniota. Twórcy z Wrocławia postanowili podpiąć się pod nurt aktualizacji czasowych gier i tak oto The Cartel dzieje się we względnie współczesnym świecie. Nie oznacza to jednak, że Dziki Zachód odszedł w niepamięć. Tym razem blazę na mordzie w stylu Świętego od Morderców posiada niejaki Ben McCall. Jest to naturalnie potomek Raya. Przy nim pałęta się cwaniaczkowaty Eddie Guerra i ponętna Kim Evans. Tradycyjnie już każda z postaci będzie mieć nieco inne „osiągi”, jeśli chodzi o zręczność czy ostateczne argumenty w dyskusji. Temat czystego single playera dziś nas jednak interesuje nieco mniej, gdyż mieliśmy ostatnio możliwość zagrania w misję kooperacyjną oraz pewien specyficzny tryb multi. Przy okazji niżej podpisany z ciężkim westchnieniem (znów) przyznaje, że analogi od Xboksa do FPS-ów nadają się znakomicie.
Co trzy gnaty to nie jeden
Kooperacja ma charakter nieco perwersyjny, bo o cechach ménage a trois, i sprawuje całkiem nieźle. Co prawda, mierząc się z misją z połowy gry, nie do końca wiedzieliśmy, co i po co, ale po pewnym czasie dało się jakoś zgrać nasze poczynania. Nie znaczy to, że nie zdarzało się, iż wraz z kolegą robiliśmy „czilałt” w samochodzie, podczas gdy trzecia osoba nerwowo próbowała znaleźć się na mapie. Misja do testów nie stanowiła może dzieła sztuki, ale generalnie całkiem nieźle pokazywała mechanikę rozgrywki. Postacie, a przynajmniej moja, czyli Ben „blaza” McCall (sytuacja powtórzyła się z bezimiennym gliniarzem w multi, zatem to raczej reguła), są dość toporne w prowadzeniu. Niby jest to czyste arcade, ale brakuje prędkości i dynamiki z takich gier jak np. Unreal Tournament. Z drugiej strony – to ślamazarne przebieranie nogami pamiętamy choćby z ostatniego Call of Duty.
Film prezentujący ko-rywalizacjęPoza zwiedzaniem poziomu pieszo uczestniczyliśmy też w dwóch pościgach. Model jazdy… umówmy się, w końcu to jest FPS. Nie oczekujmy, że otrzymamy tu coś na kształt zręcznościowej samochodówki. Auto zachowywało się momentami jak balonik, ale generalnie potrafiło utrzymać się na spalonych słońcem meksykańskich koleinach.