Giganci górą
To akurat było do przewidzenia: wielka czwórka największych wydawców pozostała bez zmian. W sprzedaży niepodzielnie królowało i nadal króluje Nintendo, które na rynku Wii nie ma konkurencji, a kolejne odsłony fitów, sportów czy przygód Maria bijają rekordy popularności. Drugie miejsce również tradycyjnie przypadło Electronic Arts. Firma, nie dość, że znów zbiła kokosy na grach sportowych oraz sportopodobnych (Madden, NBA, FIFA czy EA SPORTS Active 2) to jeszcze z niezłym wynikiem powróciła na rynek shooterów (ponad 5 mln sprzedanych egzemplarzy Battlefield: Bad Company i ponad 4 mln sprzedanych egzemplarzy Medal of Honor). Jednak tam prym wiódł już duet Activision-Blizzard, starannie dopieszczający swoją flagową serię – Call of Duty. Swoim Black Ops po raz kolejny pobił wszelkie rekordy branży (5,6 mln sprzedanych egzemplarzy i 360 zarobionych milionów dolarów w ciągu zaledwie 24 godzin od daty premiery plus najlepiej sprzedająca się gra roku 2010) i pokazał, jak silne może być przywiązanie do uznanej marki i jak ważny jest solidny marketing. Zresztą Activision-Blizzard nie tylko tym tytułem zapewniło sobie trzecią lokatę wśród najlepszych wydawców: World of Warcraft: Cataclysm (około 1,5 mln sprzedanych egzemplarzy od dnia premiery i 12 mln aktywnych abonentów WoW-a), Starcraft II: Wings of Liberty i Guitar Hero: Warriors of Rock pomogły mu zbliżyć się do pozostającego na drugim miejscu EA. Na wyniki pierwszego poza podium, Ubisoftu, także pracowały znane tytuły: Assassin's Creed (w tym roku mieliśmy premierę dwóch nowych części), Just Dance na Wii czy Splinter's Cell. Niespodziewanie na kolejnych miejscach uplasowały się: Sony Computer Entertainment (God of War 3, Gran Turismo 5, Heavy Rain, gry wymagające obsługi za pomocą Move`a), Take Two Interactive (Red Dead Redemption, Bioshock 2, Mafia II, Civilization V) i Microsoft (Halo: Reach, Fable 3, gry na Kinecta). Inaczej mówiąc: Wii jak zawsze znalazło się poza zasięgiem, potem zaś w większości przypadków zwyciężyły znane i lubiane przez graczy serie, znani producenci (Rockstar i jego RDR) czy równie znane marki na wyłączność.
Porządki w Activision
Poszło jak zawsze o pieniądze. W marcu tego roku po burzliwej dyskusji z bossami Activision-Blizzard szefowie Infinity Ward, Vince Zampella i Jason West, nagle stracili swoje stanowiska w firmie. Chwilę później świat obiegła informacja, że obaj panowie zostali zwolnieni, bo domagali się większej niezależności w tworzeniu serii Modern Warfare. Potem doszły do tego sprawy dotyczące zaległych premii od świetnie sprzedającej się drugiej części MW. Koniec końców ponad czterdziestu kolejnych pracowników opuściło IW, by wraz z Westem i Zampellą stworzyć nowe studio: Respawn Entertainment, a grupa 38 zatrudnionych oraz byłych pracowników Infinity Ward złożyła masowy pozew przeciwko Activision-Blizzard w sprawie zaległych premii za sprzedaż Moderna. Rozprawa sądowa najwcześniej będzie miała miejsce w maju 2011 roku, zaś Respawn Entertainemt w międzyczasie znalazł nowego wydawcę – Electronic Arts. Historia zatoczyła więc koło: Infinity Ward zostało założone przez ludzi odpowiedzialnych za Medal of Honor: Allied Assault i niezadowolonych z polityki finansowej swego ówczesnego wydawcy – właśnie Electronic Arts.
To nie koniec czarnych chmur nad producentami zrzeszonymi pod szyldem Activision-Blizzard. Raven Software, jeden z najbardziej znanych i cenionych deweloperów po ubiegłorocznej wpadce ze średnim Wolfensteinem i masowych zwolnieniach wewnątrz firmy nadal nie może dojść do siebie. Ich pierwszy całkowicie niezależny tytuł, Singularity sprzedał się na świecie w ilości 300 tysięcy egzemplarzy z hakiem, co jak na twórców Heretica, Soldier of Fortune, Jedi Academy, X-Men Legends czy Quake`a 4 jest wynikiem wręcz żenującym. To doprowadziło do kolejnych zwolnień pod koniec 2010 roku (poleciało następne 20 osób), zrezygnowania z prac nad nowym Wolfensteinem, oddania licencji X-Mena innemu studiu i skierowania reszty pracowników Ravena do prac przy DLC do Call of Duty. Niestety, to giganci i spece od robienia kasy dyktują warunki, a nie obecni lub dawni wizjonerzy.