Chyba warto od razu uciąć wszelkie spekulacje, a niektórych pewnie brutalnie pozbawić nadziei. Bodycount ma tyle wspólnego z pierwszym Blackiem co Królewna Śnieżka z heavy metalem. Udostępniona nam wersja pozwalała przejść trzy niewielkie etapy, które idealnie pokazują, jaką grą będzie Bodycount. O ile można przeboleć, że z pewnością nie jest to drugi Black, bo przecież być nim wcale nie musi, o tyle trudniej pogodzić się z tym, że Bodycount to zwyczajny słabeusz. Gra jest dynamiczna, dużo strzelamy, ale nic więcej. Co gorsza, program momentami razi archaicznymi rozwiązaniami, prostą konstrukcją poziomów, liniowością oraz absolutnie nudnymi i powtarzalnymi etapami.
My kontra oni
To ostatnie wynika przede wszystkim z fabuły, a raczej z jej śladowych ilości. Główny bohater to amerykański superkomandos, który znajduje zatrudnienie w supertajnej organizacji pozarządowej. Owa organizacja, zwana Network, zajmuje się usuwaniem wszelkich zagrożeń w krajach Trzeciego Świata, z którymi nie może poradzić sobie ONZ czy NATO. Wygląda to mniej więcej tak: Network wpada do jakiegoś biednego kraju, zabija wszystkich bandziorów, po czym odlatuje w glorii i chwale. Sami przyznacie, że nie jest to historia specjalnie nośna i oryginalna.
Bodycount stanie na sklepowych półkach obok takich gier jak Bulletstorm czy Duke Nukem Forever jeszcze w tym miesiącu. Podobnie jak we wspomnianych tytułach zabawa będzie mieć charakter niczym nieskrępowanej rozwałki. Autorzy postawili na ostrą demolkę w akompaniamencie krzyków i jęków zabijanych przeciwników. Każdy martwy oponent pozostawi po sobie garść bonusów, na które złożą się amunicja oraz… nazwijmy to: punkty doświadczenia.
Owe punkty umożliwią odpalanie umiejętności specjalnych. W wersji beta było ich cztery: wzmocniony pancerz, lepsza amunicja, nalot i specjalne podświetlenie, ujawniające pozycje naszych przeciwników. W gruncie rzeczy wspomniane umiejętności mają w walce raczej symboliczne znaczenie, pozostaje nadzieja, że w ostatecznej wersji pojawią się jakieś ciekawsze pomysły.