I Bogu dzięki, bo dzięki temu wydana w 1998 roku bijatyka zwana początkowo Beast, później Beastorizer, a w końcu Bloody Roar, mogła pochwalić się elementem wyróżniającym ją spośród konkurentów, których wówczas zdecydowanie nie brakowało. Poza wspomnianą już możliwością przemiany w bestię, gra była dość standardową młócką, stawiającą raczej na bezstresowe obijanie po gębach niż technikę i głęboki system walki. Były obowiązkowo efekciarskie ciosy specjalne, były także combosy – i to nie byle jakie, bo po niezbyt długim treningu spokojnie dało się wstukać kombinację kilkudziesięciu (50 i wzwyż) ciosów.
Bloody Roar IIByły jeszcze uniki, hypery, countery i inne cancele, ale na pierwszy plan i tak wysuwały się przemiany zwiększające siłę i szybkość zawodnika, tudzież dające mu dostęp do unikalnych ciosów specjalnych. Do wyboru zaoferowano osiem postaci (plus panią boss), każdą ze swoją własną formą zwierzołaka. Był Yugo (pan wilk), Alice (pani królik), Stun (mości chrabąszcz), Long (imć tygrys) i jeszcze kilku… Nie zabrakło nawet kretołaka, pokazującego, że owe sympatyczne stworzonka potrafią używać swych szuflowatych pazurów nie tylko do przerzucania gleby. Tak czy inaczej, przystępny i całkiem miodny tytuł spotkał się z ciepłym przyjęciem w salonach gier, skutkiem czego chybcikiem przygotowano konwersję na PS One. Co prawda Król Żelaznej Pięści mógł wciąż spać spokojnie, ale dla wielu graczy Bloody Roar stało się miłą odskocznią, czy nawet alternatywą dla serii Namco. Nic dziwnego, że bardzo szybko wysmażono kontynuację.
Tym razem obeszło się bez komplikacji z alternatywnymi tytułami. Bloody Roar 2 zawitał na automaty i PlayStation już w rok po pierwszej części. Obyło się bez rewolucyjnych zmian, ale lekko podciągnięto oprawę graficzną (różnica mniej więcej jak pomiędzy Tekkenem 1 i 2) i dorzucono kilku nowych zawodników, z których zdecydowanie najbardziej wyróżniał się Busuzima – świr w klapkach z zielonym irokezem transformujący w kameleona. Reszta pozostała z grubsza bez zmian. Czyli nadal fajnie, ale twórcy najwyraźniej zdawali sobie sprawę, że za trzecim razem trzeba będzie postarać się bardziej. No to się postarali. Trzecia część serii zaatakowała w 2001 roku, już na kolejnej generacji konsol. Pierwsza w kolejce po swoją dawkę nawalających się futrzaków znalazła się PS2. Posiadacze Xboksów i GCN musieli poczekać rok dłużej, choć na otarcie łez dostali parę nowych postaci i kilka pomniejszych usprawnień. Ale mniejsza z tym, grunt że Bloody Roar 3 była całkiem porządną nawalanką, ale postarzała się bardzo szybko i w obliczu sporej konkurencji i malejącej już wówczas popularności mordobić szybko wypadła z pamięci i konsol graczy.