Specjaliści od growych horrorów powtarzają mi przy każdej nadarzającej się okazji, że nieciekawy system walki jest jednym z kluczowych elementów gatunku. Nawet jeżeli ja myślę, że jest nieporadnie skonstruowany, to jest to zamierzone. Bo wtedy odbiorca bardziej boi się wrogów. Strzelanie ma być niesatysfakcjonujące. Perspektywa spotkania potworów ma przerażać, a nie cieszyć. A tak w ogóle to chodzi o podświadomość i nie trzymaj łokci na stole! Ale Bioshock Infinite nie jest growym horrorem, więc na szczęście nie muszę się teraz rozprawiać z tymi głupotami.
Gra zaczyna się identycznie jak pierwszy Bioshock, co jest tak sprytnym trickiem odwracającym uwagę, że aż muszę go wyjaśnić. O, jestem na otwartym morzu i otwieram skrzynkę. O, w niej broń. O, jest i latarnia. O, wchodzę po schodach do latarni. O, wsiadam na krzesło i opuszczam znany mi świat. O, oglądam przez wizjer powoli wyłaniającą się panoramę miasta. O, wydostaję się i wchodzę do komnaty z wielkim obrazem. O, idę ciemnym korytarzem. O, wita mnie stojący za rogiem człowiek. Co, jak?
A później ulice są tych ludzi pełne i jest festyn, są gry i zabawy, w których możemy wziąć udział. Wszystko jest tak kolorowe, fascynujące, oryginalne, że chce się zaglądać w zakamarki, wchodzić do sklepów, przysłuchiwać prowadzonym przez przechodniów rozmowom. Oczywiście nie trwa to zbyt długo i zaraz idzie w diabły, po czym mamy na karku całą populację morderczych fanatyków. Tylko że zmagamy się z nią w mieście zwykłych ludzi. Nie w mieście morderczych fanatyków, w takt oddechów morderczych fanatyków, słuchając monologów morderczych fanatyków, ze szczątkami morderczych fanatyków porozrzucanymi po podłodze dla lepszego morderczo-fanatycznego feng shui i w morderczo-fanatycznej architekturze.
Architektura jest wyłącznie fanatyczna.
Zanim postawimy pierwsze kroki na powierzchni Columbii, musimy przejść chrzest. W imię proroka, Zacharego Comstocka, który czuwa nad szczęściem i czystością swoich owieczek. Czystością narodowościową, rasową, światopoglądową. Facet w pewnym momencie uznaje Stany Zjednoczone – a mówimy tu o Stanach Zjednoczonych początku XX wieku – za zbyt moralnie zepsute i odłącza od nich swoje miasto. Na moje pytanie, czy to dlatego, że USA okazują się dla niego za mało amerykańskie, nadzorująca pokaz Erica Denning, Export PR Manager z 2K, odpowiada, że dokładnie tak.
Mieszkańcy Columbii, jak się wydaje, uczynili z Comstocka proroka i on sam także określił się jako prorok. Zbudowana wokół tego religia jest niemal kultem, ludzie są mu tak fanatycznie poświęceni. Sam widziałeś scenę, w której Comstock przybywa, by przemówić do Bookera, kiedy zeskakujesz akurat z torów. Żołnierze Columbii nagle stają w miejscu [i przerywają walkę]. I już tam widać ślad tego jak fanatyczni są ci ludzie w odniesieniu do ojca Comstocka, ojca założyciela Columbii. Jak uczepili się tego, co im dał. […] [Amerykańska] moralność nie była dla nich wystarczająco silna, gotowość poświęcenia w imię zasad nie dość wyraźna. Stwierdzili więc „w cholerę z tym, spadamy stąd!” - mówi.
new WP.player({ width:610, height:343, autostart:false, url: ' http://get-2.wpapi.wp.pl/a,61764431,f,thumb/2/6/2/2624bcac85bbe053be6ac92687239496/fecf4bbe7a15e3253140f65c03820e85/Bioshock_Infinite_City_in_the_Sky_Trailer.mov', });Miasto w chmurach. Wersję wideo w wyższej rozdzielczości znajdziecie pod Jak wiele zmienia w grze to, że mamy tu do czynienia z żyjącym jeszcze miastem, którego charakter i wartości widoczne są jak na dłoni, a nie we wspomnieniach i zapiskach! Tu nie ma czających się za rogami cieni, mrocznych odgłosów i wyskakujących zza pleców mutantów wrzeszczących „WRRRR!”. Dzięki temu rozgrywka nie musi być kiepska, żebym mógł cieszyć się z jej unikania, jak w dobrych horrorach w rodzaju Silent Hilla 2, ale znowu zbaczam z tematu. Dodam więc w celach już wyłącznie merytorycznych, a nie tylko po to, żeby kogoś zdenerwować, że Bioshock też miał ten problem. Najbardziej podobał mi się, kiedy już nie musiałem w niego grać.