Kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki o BioShocku Infinite, wiele osób zareagowało klasycznym WTF. Jak można markę, która do tej pory kojarzona była z wodą, zamknięciem, osaczeniem, a przede wszystkim z utopią lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku, tak po prostu przenieść o pięćdziesiąt lat wstecz, do tego umieszczając jej akcję w chmurach? Otóż można, jeżeli tylko za projekt odpowiedzialny jest Ken Levine, wizjoner, twórca System Shocka i pierwszego BioShocka.
Amerykańskie miasto w chmurach
A zatem miejscem akcji będzie miasto zawieszone nad ziemią, Columbia – sukces amerykańskiego modernizmu i przykład wielkości tego państwa. Miało ono pokazać całemu światu, jak potężny jest ten naród oraz jak wielka jest jego inwencja. Niestety, jak to w serii BioShock bywa, sen szybko prysł, i tak jak Rapture miasto stało koszmarem. Columbia, która miała być zwieńczeniem marzeń umieszczonym na białych, lekkich obłoczkach ogrzewanych przez ciepłe słońce, z niewiadomych przyczyn zamieniła się w potężną morderczą twierdzę i znikła gdzieś w przestworzach, niosąc militarne zagrożenie całemu światu.
My poznajemy ten świat w 1912 roku, wcielając się w Bookera DeWitta, prywatnego detektywa, członka Agencji Pinkertona. Jego, a również naszym, zadaniem jest odnaleźć Elizabeth, dziewczynę porwaną przez mieszkańców miasta Columbia. W osiągnięciu celu przeszkadza fakt, że nie wiemy, jakie mają oni intencje, dlaczego uwięzili Elizabeth i w ogóle, gdzie jest to całe miasto. Tak jak w BioShocku fabuła ma składać się z puzzli, które dopasowywane do siebie pomogą zrozumieć prezentowaną historię. Miasto, teoretycznie idealne, okaże się pełne biblijnych zelotów, rasistów i ksenofobów, a Elizabeth, nadczłowiekiem o niewiarygodnych mocach.
Splicery w idealnym świecie
Nie tylko fabuła zbliży nas do BioShocka. Z jednej strony otrzymamy bowiem piękne miasto pełne amerykańskich przekazów z początku ubiegłego stulecia, zbudowane w duchu neoklasycystycznym, zmienionym pod wpływem militarnych przemian. Z patefonów, podobnie jak poprzednio (lub później, zależy jak na to patrzeć), przygrywać będzie spokojna muzyczka, a nowinki elektroniczne mają być wyeksponowane prawie na każdej ulicy. Tak jak we wcześniejszych częściach serii miasto okaże się pełne zdegenerowanych ludzi, kręcących się bez celu po ulicach. Będą oni w posiadaniu nadludzkich mocy (nazwijmy je umownie plazmidami), a przy tym pełni agresji skierowanej w stronę naszego bohatera. Oprócz nich w mieście spotkamy tamtejszych Big Daddych – wielkie steampunkowe roboty, z głową człowieka i sercem ukrytym za szklaną szybką.
Moc natury i dubeltówki
Żeby szanse były bardziej wyrównane, my także otrzymamy dostęp do wszelkiej maści broni i plazimdów. Jako że Columbia to praktycznie latający arsenał, będziemy mogli posługiwać się naprawdę wieloma zabawkami z tamtego okresu. Ponadto, plazmidy, tutaj kojarzące się z trucizną z bajek, podejrzanie wyglądające napoje, pozwolą na bardzo mocne ingerowanie w świat Columbii, między innymi dzięki dużo bardziej rozbudowanej niż w poprzednich częściach telekinezie. Będziemy mogli rzucać naraz wieloma przedmiotami, ponadto nic nie stanie na przeszkodzie, by za pomocą tejże mocy wyrwać wrogowi broń, a potem wystrzelić mu z niej w twarz, samemu kryjąc się za murkiem kilkanaście metrów dalej. Odwrotnie jednak niż w BioShockach napoje te będą bardzo mocno wpływać na nasze siły fizyczne i psychiczne, zresztą nie tylko nasze, bo z czasem Elizabeth również będzie coraz słabsza, zmęczona i bez wiary niczym Frodo w krainie Mordor.
Póki co, jak to u Kena Levine bywa, pomimo pokazania trailera i grywalnego etapu pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi. Jaki ta gra będzie miała związek z serią BioShock? Skąd biorą się wielkie moce mieszkańców Columbii i czemu tyle w nich agresji? Kim jest Elizabeth? I najważniejsze: dlaczego premiera BioShocka Infinite będzie miała miejsce dopiero w 2012 roku?