Maj, 1999 rok. Czy był dziś listonosz? Oczywiście, jeszcze go nie było. Polskie Baldur's Gate zamówiłem wysyłkowo – telefonicznie (!), o powszechnym dostępie do Internetu jeszcze się wówczas nie śniło – przestraszony apokaliptycznymi doniesieniami Secret Service'u. Zainteresowanie pierwszą grą z pełną polską wersją językową było według tego pisma tak ogromne, że w dniu premiery miało zabraknąć jej na półkach sklepowych. Młody byłem, głupi, uwierzyłem. I czekałem na tego listonosza jeszcze długo po tym, jak Baldur's Gate pojawiło się w sklepach. Aż pewnego dnia po powrocie ze szkoły dowiedziałem się, że paczka leżała na poczcie już od ponad dwóch tygodni, a awizo utknęło w skrzynce w jakiś taki sprytny sposób, że nikt go wcześniej nie zauważył. Tata tak się „przestraszył” mojej reakcji, że od razu pognał na pocztę. Kiedy wszedłem do domu, gra już na mnie czekała. Ależ to były emocje! W końcu „widzicie, rodzice, gry to poważna sprawa!” (Fronczewski, Kobuszewski, Zborowski czy Opania nie mogą się mylić!). Rodzice dobrze wiedzieli, że sprawa jest poważna, bo niełatwo było im zdobyć się na taki wydatek. Ale wymęczyłem i nareszcie miałem w rękach to wielkie pudełko wypełnione prawdziwymi skarbami – pięć płyt CD, mapa świata (z pieczęcią!), pokaźna instrukcja, książka – szykowała się prawdziwie wielka przygoda.
Trollerka w klimacie lat 90.
W drugiej połowie lat 90. rynek gier RPG był w bardzo złym stanie. Mało kto widział jeszcze w tym gatunku potencjał, hitem był Duke Nukem 3D, królował Quake, zbliżał się Unreal. Na arenę wchodziła Lara Croft, pokazując, że tak jak wszędzie – przemoc i seks sprzedają się w grach najlepiej. Dziennikarze pisali o stagnacji w branży gier, o tym, że teraz robi się już tylko podobne do siebie, niewymagające większego pomyślunku strzelanki i zręcznościówki, a przygodówkom i strategiom zaczyna powoli brakować siły przebicia. Upowszechnianie się CD jako nośnika danych doprowadziło do przerostu formy nad treścią, twórcy zaczęli koncentrować się przede wszystkim na grafice i przerywnikach filmowych. Zniknęła gdzieś magia!
Jednym z kluczowych dowodów owego upadku było też wydane pod koniec 1996 roku Diablo – gdzie tu RPG, gdzie tu złożoność, tylko bezmyślna klikanka jak dla jakiegoś kretyna! Fani klasycznych gier fabularnych złorzeczyli i krytykowali na całego, również dlatego, że pełnokrwistych produkcji z tego gatunku było jak na lekarstwo. Nie dostrzegali, że to właśnie Diablo spowodowało, że RPG-ami znów zainteresowali się najwięksi producenci. Jak dziś pamiętam felieton z Gamblera, którego autor nie widział już przyszłości dla branży gier, wspominając, jak to kiedyś było pięknie, a teraz to komercja, panie, i gry głupieją. Nie było już nadziei. Aż wyszedł Fallout. A rok później – właśnie Baldur's Gate.