Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaW czym tkwi geniusz The Legend of Zelda: Breath of the Wild?

The Legend of Zelda: Breath of the Wild okiem świeżaka, który nigdy nie miał z serią styczności. I który został właśnie jej fanem.

Facebook Twitter Google Wykop

Pewnej nocy z soboty na niedzielę, łącznie po dwudziestu kilku godzinach gry, nieoficjalnie wstąpiłem do fanklubu nowej Zeldy. Nie dotarłem wtedy do jakiegoś ważnego punktu w fabule, z nieba nie zaczęły lecieć meteoryty ani nie pokonałem żadnego gargantuicznego bossa. Po prostu zobaczyłem dym nad skałami.

Byłem już dosyć zmęczony, bo wiadomo, pora późna, napędzało mnie więc już tylko lekkie OCD zabraniające urywania czegoś w połowie. Kończyłem akurat zadanie poboczne. Nic wielkiego – pobiegać po wąwozie i uratować kilku członków wyprawy przed bokoblinami. Biegłem więc trochę na autopilocie, oczy półprzymknięte, rach-ciach, jeden stwór, drugi stwór, och, dzięki, Link, za ratunek, kolejny stwór, jeszcze jeden… I gdzieś w trakcie tej misji ratunkowej dostałem się na rusztowanie, z którego zobaczyłem po drugiej stronie kanionu smugę dymu znad skał. W pierwszym odruchu pomyślałem: daj spokój, Patryk, nie rozpraszaj się, nic tam nie będzie, przecież to okropne zadupie, pewnie bulgocze tam kałuża lawy albo jest jakiś nudny, zniszczony domek, w którym nic nie znajdziesz, a stracisz tylko czas. Olej.

Growe przyzwyczajenia podpowiadały absolutny brak czegokolwiek wartego uwagi.

I przez pierwszą minutę faktycznie ignorowałem tę wypatrzoną strużkę. To naprawdę był taki teren, że growe przyzwyczajenia podpowiadały absolutny brak czegokolwiek wartego uwagi. Ale potem zabiłem jeszcze jakiegoś bokoblina, odwróciłem się, użyłem lunety, na przybliżeniu zobaczyłem tę samą wstążkę dymu, tylko powiększoną (brawo, geniuszu), westchnąłem, podrapałem się po głowie… No, tak naprawdę nie, ale zawsze tak się mówi, jak opowiadamy, że się nad czymś zastanawiamy, więc załóżmy, że jednak wtedy specjalnie przestałem grać i odłożyłem gamepada Wii U, żeby podrapać się po głowie. Końcem końców poszedłem do źródła dymu.

Podróż nie była długa. Wspiąłem się na półkę skalną i sfrunąłem z niej na drugą stronę kanionu. Potem krótki spacer i proszę, widzisz, głupku, widzisz?, dogasające ognisko, prosty asset, nic tutaj nie ma, po co żeś… Żartuję, było coś. Nawet ktoś. Trzech ktosiów!

Nie znam jeszcze nazwy tej rasy, więc fanów The Legend of Zelda proszę o odłożenie wideł (i tak wam się rozpadną po dwóch uderzeniach), ale chodzi o takich przesympatycznych grubasków, którzy wyglądają, jakby ich religią był ludzik Michelin. Słodziutka zgraja. Tutaj, na krańcu świata, wśród gór i kanionów, czekało na mnie trzech takich Pączusiów. Akurat przeszkodziłem im w próbie ognia, w której próbowali dowieść swojej niedoścignionej wytrzymałości w kwestii gorąca. Zaprosili mnie więc na usłaną rozżarzonymi węglami arenę, bym też dowiódł tego i owego. Nie będę już wnikał w szczegóły, ale wyzwanie przyjąłem i bawiłem się setnie. Zupełnie zapomniałem o ratowanych przed bokoblinami podróżnikach (poproszę o minutę ciszy), o kanionie czy tym, że zaraz będzie czwarta nad ranem. Miałem swoje małe odkrycie i buzia uśmiechała mi się od ucha do ucha.

To właśnie tego typu przygody przytrafiają się w Breath of the Wild. Ta akurat była nocną wisienką na torcie, bo już wcześniej, zanim los przywiódł mnie do kanionu, co i raz robiłem ekscytujące rzeczy. A przytrafiały mi się tylko i wyłącznie dlatego, że postanowiłem pofatygować się w jakieś miejsce na mapie, które mnie zaintrygowało – czy to swoją nazwą, czy kształtem. Chciałem na przykład zobaczyć szkielet smoka, ale po drodze zgubiłem się w burzy piaskowej i zamiast tego odkryłem silnie strzeżony obóz bokoblinów. Skuszony skarbami zaszedłem bydlaków od tyłu i wspiąłem się na ich budynek, by spuścić deszcz strzał. Podziałało. Nagrodą był diament, który w świecie magii, eliksirów i Pączusiów również jest bardzo wartościowy. Bogatszy wydostałem się jakoś z epicentrum burzy i do szkieletu smoka w końcu dotarłem. Tam z kolei spotkała mnie sytuacja żywcem wyrwana z animacji studia Ghibli.

Pięć minut później może przytrafić się tyle ciekawych sytuacji, że aż będziecie musieli napisać o tym długi tekst, w którym użyjecie takich słów jak magia, fanklub, wyobraźnia czy Ghibli. Jak ja.

Znalazłem też schowany za szczytami ogromny labirynt, a kiedy surfowałem po pustyni na tarczy ciągniętej przez piaskową fokę – bo tak, owszem, można surfować po pustyni z pomocą piaskowej foki – z ziemi wystrzelił ogromny boss poboczny, którego wykończenie zajęło mi ponad godzinę. Głównie dlatego, że musiałem drałować do miasta po cholernie drogie wybuchowe strzały. Po drodze z kolei natknąłem się na wyścigi z użyciem piaskowych fok. Bo czemu by w przerwie od ratowania świata, zabijania potworów i rozwiązywania zagadek nie posurfować sobie po wydmach w ramach czystej rywalizacji?

Wolność absolutna, na jaką stawia Breath of the Wild, oznacza, iż musicie tę opowieść pisać wraz z autorami.

I wiecie, co jeszcze było w tym fantastyczne? Wszystkie te sytuacje zdarzyły się na pustynnym terenie Hyrule, w którym czułem się jak turysta. Do „standardowych” krajobrazów tego świata przyzwyczaiłem się tak bardzo, że po kilkunastu godzinach stały się „moje”. Zamieszkałem tam, więc docierając do pustyni, byłem „w gościach”. Musiałem dosłownie przedrzeć się przez ogromny łańcuch górski. Twórcy nie pokpili sprawy na zasadzie płynnego przejścia „zielono-mniejzielono-bum-pustynia” jak w Horizon: Zero Dawn. O nie. Samo dostanie się do krainy z tak odmiennym klimatem to przygoda dająca poczucie pełnokrwistej podróży, z kilkoma magicznymi przystankami po drodze.

Ale nie zawsze spotyka się takie cudeńka. Czasami malutka wysepka na środku jeziora jest tylko malutką wysepką na środku jeziora. Nawet podniesiony tam kamień nie skrywa słodkiego Koroka. Trudno. I nie sądzę, żeby było w tym coś złego. Bo już sama myśl, że może coś tam będzie, ma w sobie pewną wartość. Jest świadectwem rozbudzonej przez grę wyobraźni. Choć wyobrażam sobie, że gdyby ktoś nowy w Hyrule z pięć razy z rzędu poszedł w jakieś obiecujące miejsce i nie został wynagrodzony, mógłby się porządnie wkurzyć. Zalecam wtedy spokój, bo pięć minut później może przytrafić się tyle ciekawych sytuacji, że aż będziecie musieli napisać o tym długi tekst, w którym użyjecie takich słów jak magia, fanklub, wyobraźnia czy Ghibli. Jak ja. Czasami w nowej Zeldzie po prostu wędrujemy w spokoju i albo myślimy o przygodach, które nadejdą, albo wymyślamy sobie własną.

Bardzo celnie spuentował to Adam w swojej recenzji: „Wolność absolutna, na jaką stawia Breath of the Wild, oznacza, iż musicie tę opowieść pisać wraz z autorami”. Dlatego warto zbaczać z gościńca, pytać siebie „a co jeśli?” i krzyczeć „eureka!”, gdy odkryje się np. nowe zastosowanie dla ścinanych toporem drzew.

Wzgórze? No cóż, wejdę, sprawdzę. W innych grach machnąłbym pewnie ręką, stwierdzając, że albo nic nie znajdę, albo zaraz wyśle mnie tam jakiś wieśniak w potrzebie. Tutaj sam siebie wysyłam, sam sobie jestem wieśniakiem w potrzebie, bo gra kilkukrotnie udowodniła mi, że warto na przykład pójść za smużką dymu zobaczoną nad skałami w zapomnianym przez Ganona zakątku niczego.

Ganon to ten zły – tego też dowiedziałem się dopiero dzięki Breath of the Wild. I trochę sobie na mnie poczeka.

Patryk Fijałkowski

Patryk Fijałkowski

  1. simpson
    12:24 27.03.2017
    simpson

    nie zrozumiem, czytam i ziewam, przecież to samo mają inne gry z otwartym światem, tylko wystarczy wyłącznik znacznik czy radar, żeby się cieszyć z samodzielnego odkrycia. To samo mogę napisać o np. falloucie 4. Idę sobie, a tu dymek, idę za tym dymkiem, a tam rozbity statek kosmitów, łał, normalnie 10/10. Bd czytał te artykuły aż znajdę w nim coś czego w innych grach nie ma, czyli już do końca ich pisania pewnie. Jeszcze żebyście potrafili to napisać z konkretnymi przykładami, a tu same patetyczne gatki o artyzmie typu: Gra jest wyjątkowa, ale jeśli nie jesteś fajny to tego tak nie odbierzesz. I serio, nie muszę w to grać, żeby ocenić, po to mam recenzje w której każda mówi o tym, że gra jest jak każda inna, ale bez podania fabuły na talerzu, źle zoptymalizowana, też jak każda, i ma swoje tajemnice (jak każda) 10/10

    Ukryj odpowiedzi()
    • gsg
      12:30 27.03.2017
      gsg

      To co ja wynoszę z materiałów na temat nowej Zeldy to że w przeciwieństwie do innych gier z otwartym światem, odnajdywane lokacje wymagają zróżnicowanego podejścia i dzięki mrowiu dostępnego sprzętu i dziwacznych, łączonych mechanikach, stanowią swoiste puzzle z kilkoma rozwiązaniami. Ale czy naprawdę tak to działa to się będę przekonywał sam na dniach. I mam nadzieję, że w istocie działa, bo np. świetnie ocenianym Horizonem się nieco rozczarowałem ostatnio.

      Ukryj odpowiedzi()
      • simpson
        12:35 27.03.2017
        simpson

        no w końcu jakiś konkret, ale czy to takie fajne? W większości produkcji, bo czytam polygamie i widzę na co psioczą recenzenci, takie rzeczy były by niepotrzebnymi pierdółkami i zapychaczami czasu… ale no dobra, niech będzie ten element robi z tej gry ideał pomimo wielu wad. Spoko, przynajmniej wiem czym jest ten znacznik jakości i wcale nie żałuje, że w to nie pogram

    • simpson
      12:33 27.03.2017
      simpson

      wymienicie choć jeden element w czym tkwi geniusz? tak konkretnie bez mydlenia oczu i szukania głębi w d…?

      Ukryj odpowiedzi()
      • 13:25 27.03.2017
        konbezzebow321

        To jest tak jak z próbami opisania swojego ulubionego alternatywnego albumu muzycznego. Gdy coś jest nowe i niepowtarzalne to ciężko to opisać. Zawsze są jakieś znajome elementy, które można mniej więcej zdefiniować, ale to często nie ma sensu, bo żeby zrozumieć ten geniusz trzeba samemu spróbować. Gram w BOTW i sam nie potrafię przekazać moim znajomym tego co czuję grając w tę grę.

      • 13:29 27.03.2017
        Adam Piechota

        w tym, że widzisz ten horyzont i chcesz go zbadać. po prostu. wszyscy ogrywamy mnóstwo piaskownic i wszyscy sporo przy tym już ziewamy.

      • Simplex
        17:09 27.03.2017
        Simplex

        Opinia ze starego forum polygamii użytkownika Emiel (Beniamin Durski – pozdro dla kumatych, kto ma znac ten zna):
        „Ależ to jest doskonała gra, nie wierzę, że jest tak dobra. Szczerze mówiąc dawno czegoś tak dobrego nie widziałem na żadnej platformie, żebym dosiadał się na chwilę i kończył o 2 nad ranem, w pracy rozmyślał, gdzie pójdę dzisiaj, a potem znowu walczył do upadłego. Rewelacja (…) Grajcie, bo możliwe, że nic podobnej klasy nie dostaniemy w tej generacji.”

        Uzytkownik Funkorama (z podcastu Bezimiennny):
        „Zelda to gra która od pierwszej minuty pokazuje, że jest grą a nie symulatorem podążania za strzałką, to jest gra która naprawdę daje wielki kredyt zaufania dla gracza, twierdząc, że skoro kupił Zelde to nie jest growym debilem co pije MD i zajada Doritosami
        Dlaczego tak twierdzę ? Proste, gra daje tobie ogromną swobodę w tym jak możesz grać, a nagrodą za grę nie jest jakiś pucharek czy super broń, tylko sam fakt że grasz w tą gre, nawet Jeśli ukończysz grę…

        (SPOILER)
        …nie dostajesz, jakiejś nagrody, stroju, broni, po prostu ukończyłeś grę jesteś super napisy końcowe i do widzenia, nawet nie ma NG+
        (KONIEC SPOILERA)

        Zelda niczego nie wymuszą ale też nie robi z gracza debila, rozwiązałeś zagadkę ? Super, masz jeszcze 150 takich, co dostaniesz za ukończenie ich ? Tylko satysfakcje, bo nie liczę psujących się broni za nagrodę 😛

        Nie bede pisać jak organiczny jest ten świat i jakie ma proste zasady które dają tyle możliwości a jednocześnie sprawiając, że świat mimo grafiki jest naturalny.

        To wszystko sprawia, że gram w grę tworze własne opowieści, nie mogę wytrzymać w Horizon więcej niż 30 min przez Zelde, bo gra robi ze mnie debila, nawet nie pozwala mi wyłączyć wskazników gdzie mam iść, chciałbym samemu po zeldzie pograć jak ja chce, ale nie mam tej możliwości bo nawet dojście do misji ma być po myśli twórców gry którzy akurat umieścili przepaśc w takim miejscu abym nie pomyślał broń boże o pójściu w innym kierunku…

        Co prawda do momentu zagrania w Zelde nie przeszkadzały mi te rozwiązania, niestety teraz ? nie wiem czy bedzie łatwo znowu przestawić się na odgrywanie swojej Roli nadanej przez twórców a nie po prostu tworzenie własnej opowieści…Zeldy nawet nie musicie zabijać końcowego bossa aby czuć że coś zrobiliście w tym świecie, gra nie pokazuje waszego rozwoju przez głupie drzewka możliwości/zdolności tylko sami uczycie się na błędach i doświadczenie z grania powoduje, że jesteście lepsi i robicie progress, że rozwijacie się, mogę dalej pisać i pisać, niestety zroziumie to garstka ludzi, a reszta bez zagrania w zelde nie będzie w stanie zrozumieć tego co tu napisałem, jest to wybitna gra, ale nie pozbawiona wad, za to doświadczenie jakie daje graczowi to jest coś czego dawno w grach nie widziałem i nie wiem czy jeszcze zobaczę :> najlepsze jest to, że po ponad 50/60h gry nawet ani razu nie użyłem ognistego miecza aby ochronić się od zimna itd gra daje tobie wolność w tworzeniu własnej epickiej przygody, koniec kropka to jest 9/10 i GOTY tego roku :>”

        Ukryj odpowiedzi()
      • 22:24 27.03.2017
        RealWaaagh

        Gra ma taki gameplay że on sam zachęca Cię do gry. Nic więcej. Żande nagrody, fabuła, znaczniki, achievmenty. Gameplay. Radość z samego grania…. Wiem, ciężko zrozumieć bo grasz w sam mainstream na PC lub PS4….

    • 15:29 27.03.2017
      gseed

      Wszyscy się zachwycają, ale nikt nie potrafi uzasadnić, dlaczego wystawia 10/10. To z pewnością zmowa!

  2. gsg
    12:31 27.03.2017
    gsg

    Bardzo przyjemny materiał, Patryk, mój poziom zniecierpliwienia w oczekiwaniu aż sam pogram wzrósł 🙂

  3. simpson
    12:39 27.03.2017
    simpson

    Wiem już wszystko 🙂 W Zeldzie dotarcie do celu potrwa godzine dłużej (dodatkowe puzle) niż w innym openie, dzięki mrowiu mechanik, a wynagrodzi nas złotą kupą, brakiem cutscenek i własną interpretacją fabuły.

    Ukryj odpowiedzi()
    • 19:26 27.03.2017
      Aiurn

      Jest niestety grupa gier któych nie da sie zrozumieć bez zagrania, bo to jej mechanika rozgrywki sprawia największą przyjmeność i poczucie samodzielności. Zelda w odróznieniu od 99% współczesnych tytułów AAA nie będzie cie trzymać za rązcke. To co dla Ciebie jest fundamentalną mechaniką rozgrywki jest czymś czego ja mogę nigdy nie odkryć. To powoduje, że grając w zelde czujesz się jakbyś pierwszy raz w życiu grał w grę wideo, troche jakbyś odkrył, że możesz zobaczyć nowy kolor o którego istnieniu nie miałeś pojęcia. Problem jest taki, że jedyny sposób żeby sie o tym przekonać to wyłożenie blisko 2000zł. Natomiast jeżeli od tych pieniędzy nie zależy isnitenie twoje lub twojej rodziny to kupienie kosnoli przejscie zeldy a następnie sprzedanie z minmalną stratą jest absolutnie racjonalne. Coś takiego w branży gier nie wydarzyło się od dobrych 15 lat. I polecam róznież podejrzeć http://www.gamerankings.com/browse.html . Zelda nie trzyma już pierwszego miejsca ale wiiu pozwala odpalić pierwsze 4 pozycje najlepiej ocenianych gier wszech czasów. Można mówić co się chce, zapierać się rękami i nogami ale jeżeli ma się możliwość to w te gre po prostu wypada zagrać żeby zrozumieć dlaczego konkretnie ma najwięcej ocen 100/100 w historii i uwaga spoiler… To nie jest zmowa.

      Ukryj odpowiedzi()
      • 23:32 27.03.2017
        lecho

        Wyjaśnij, co to są te fundamentalne mechaniki. Bo ja oglądam filmy na których widzę Linka zrzucającego bokoblinom lawinę na głowy i myślę sobie – ok, to jest fajne, ale zbiorowej podjarki nie uzasadnia. Bo w skali całej rozgrywki to jest co najwyżej pierdoła. Chodzi o sumę takich pierdół? O coś innego?

        Ukryj odpowiedzi()
        • 11:32 28.03.2017
          dex4er

          Nie grałem w tę Zeldę, ale prawie wszystkie poprzednie. Domyślam się mocno, że chodzi o radość odkrywania wciąż czegoś nowego. To jest coś takiego, co czułem jedynie w trzech grach: Zelda: Wind Waker (żeglowanie tylko po to aby odkryć co było na horyzoncie), Xenoblade (wspinaczka po Valak Mountain: coś pięknego…) oraz Assassin’s Creed: Rogue (wielki obszar z wodospadami, jaskiniami, lasem i górami), chociaż pewnie można dorzucić GTA V czy Elder Scrolls. Jak sobie to przeanalizuję, to chodzi o to, że w pewnym momencie przerywałem główny wątek aby oddać się niczym nie skrępowanej eksploracji okolic w poszukiwaniu czegoś ciekawego, a gra mnie sprytnie punktowała za odkrywanie coraz to nowych ciekawych rzeczy.

          Trzeba sobie jasno powiedzieć: to nie jest model gry dla każdego.

  4. Paweł Olszewski
    13:12 27.03.2017
    Paweł Olszewski

    Ja na Zeldę czekam (czekam aż Patryk skończy) szczególnie ze względu na wolność i fakt, że wszędzie można wejść/wspiąć się, jeżeli ma się odpowiedni pasek staminy. Pierdoła, ale ograniczenia terenu strasznie mnie irytowały w Wiedźminie czy Horizonie. Niby tacy kozaccy bohaterowie, a nie potrafią wleźć na bardziej stromą górkę… Dlatego nie robią na mnie wrażenia mapy gier porównywalne w km2, skoro 1/4 z tego jest niedostępna. Pamiętam, że szczególnie przykre było to w Far Cry 2. „Trójka” była pod tym względem ciekawsza.

    Ukryj odpowiedzi()
  5. Freszu
    14:16 27.03.2017
    Freszu

    Ja z materiałów prasowych i gameplayów stworzyłem sobie obraz nowej Zeldy jako sandboxa, w którym myślisz inaczej niż w rodzimym Wiedzminie 3 i jesteś skazany na tylko i wyłącznie swoją kreatywność oraz ciekawość poznawczą. Coś co pokazuje jak poprawnie połączyć grę logiczną, eksploracyjną i erpega. No ale zweryfikuję to dopiero gdy CemU zacznie poprawnie odczytywać BotW albo kupię WiiU.

  6. 17:13 27.03.2017
    gseed

    Swoja droga to jest niesamowite jak w naszej zabitej dechami Polsce bola zadki o to, ze rewelacyjne oceny zbiera jakas gierka z niewspolczesna grafika, rysnkowym stylem i ktora nie wychodzi na jedna z wiodacych u nas platform (PC/PS4). Zamiast zastanowic sie co zrobic, aby zagrac, lepiej szukac powodu, dla ktorego w teorii lepiej nie grac. No bo kto by konsole kupowal dla jednej gry, albo ze brzydkie, albo dziecinne, albo cos innego. Poziom racjonalizacji, jakiego dawno sie nie obserwowalo.

    Ukryj odpowiedzi()
    • 17:23 27.03.2017
      konbezzebow321

      Ale przecież to dzieje się od dawna. Kiedy słyszę od znajomego „chętnie zagrałbym w jakąś grę w stylu Ratchet and Clank, w które grałem na PS2”, ja odpowiadam mu – Super Mario Galaxy, Super Mario 64, Donkey Kong 64, Banjo-Kazooie. Potem widzę uśmieszek politowania i przypomina mi się że słowo „mario” kojarzy się ludziom z flashowymi grami na gry.pl i grą na pegasusa, więc automatycznie nie traktuje się tego poważnie.

      Ukryj odpowiedzi()
  7. 23:29 27.03.2017
    lecho

    Minusujecie kolegę, a coś w tym jest. To jest kolejny artykuł wychwalający Zeldę, po którym zostaję z wrażeniem, że na dobrą sprawę nie wiem dlaczego w świetle przedstawionych faktów ma być ona taka super, 11/10, GOTD i w ogóle, a taki Fallout 4 czy nie przymierzając Andromeda – do dupy.