Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeThe Legend of Zelda: Breath of the Wild – recenzja. W jedną stronę do Hyrule

Czy legendzie wypada być tak nowoczesną?

Bądźmy szczerzy – ile z tej recenzji zdołałeś przeczytać, zanim zjechałeś na dół i sprawdziłeś liczbowy werdykt? Jakiekolwiek dyskusje o nowej Zeldzie zaczynają się i kończą obecnie na powalającej średniej ocen od światowych recenzentów. Spisek najprawdopodobniej, bo wygląda na to, że mamy wreszcie tytuł, który przejmie pałeczkę po trzecim Wiedźminie, nowy odnośnik jakości. A że niepolski, do tego od producenta, którego generalnie lubi się wyśmiewać, to w większości grającego świata budzą się pożałowania godne emocje. Co ciekawe, dla tych samych internetowych wojowników bez znaczenia pozostaje fakt, że na Metacriticu Breath of the Wild przybija piątkę tylko Okarynie Czasu. W sensie – to nie jest pierwsza lepsza seria. To nie przypadek, że kilka razy w ciągu swojej trzydziestoletniej historii wyznaczała już standardy.

Platformy: Switch, Wii U
Producent: Nintendo EPD
Wydawca: Nintendo
Dystrybutor: Conquest
Data premiery: 03.03.2017
Gry do recenzji otrzymaliśmy od sklepu Electronic Dreams. Testowaliśmy wersje na Switcha i Wii U. Zdjęcia pochodzą z wersji na Switcha.

Nowy Link ma dość głęboko wiele zwyczajów, których nauczyliśmy się od serii oczekiwać

Mało tego. Ja nadal jestem w szoku, że Breath of the Wild rzeczywiście ukazało się w takiej formie, i to od razu na obu konsolach. Jasne, premiera switchowa ostatecznie przekreśla piękną tradycję przynajmniej jednej oryginalnej Zeldy dla każdej prawdziwej konsolki Wielkiego N, moje zeszłoroczne obawy (niestety) sprawdziły się. Ale nowy Link ma dość głęboko wiele zwyczajów, których przez leniwość nauczyliśmy się od serii oczekiwać. Jak gdyby pragnął udowodnić, że stworzony został do większych celów niż trzymanie sztandaru. Podtytuł Breath of the Wild interpretować można na kilka sposobów, ale w kanonie The Legend of Zelda jest przede wszystkim „oddechem świeżego powietrza”.

Oddech żalu

Nawet o fabule nie można szczerze napisać „wszystko jest tak, jak być powinno”. Nie no, oczywiście – nadal wcielamy się w milczącego blondaska i do spółki z tytułową księżniczką próbujemy zabić Ganona, tym razem funkcjonującego jako apokaliptyczna chmura, niszcząca siła pozbawiona jakiegokolwiek charakteru. By na głównego bossa ruszyć od razu po rozpoczęciu gry – co jest możliwe – bez zahaczenia o cztery podstawowe dungeony, trzeba by być prawdziwym wymiataczem. Ja nie jestem. Swoje „zeldowe” trzeba odbimbać. Bo wiadomo, że przy okazji pomożemy także wszystkim obowiązkowym rasom powiązanym z lochami. Skończyć Breath of the Wild i nie zobaczyć tutejszej wersji Zora’s Domain? Grzech.

Zaskakująco przerażający to świat, gdy spróbuje się go rozwikłać

Ale materiał, jakim wypchano cały szkielet, jest dla Zeld zupełnie świeży. W tej wersji Hyrule jest światem po gigantycznej porażce. Sto lat wcześniej antropomorficzne rasy przegrały wielką bitwę z Calamity Ganonem. Zapomnijcie o klimatach postapo (to by mogło być ciekawe!), królestwo jest nadal przepiękne, lecz ludzkość egzystuje na skraju kolejnej katastrofy, każdy następny dzień jest dla niej prezentem od bóstw. W małych miasteczkach można wyczuć strach, smutek i żal. A wydarzenia sprzed stu lat – czyli tak naprawdę jedyny emocjonalny kontekst, jaki dostajemy – nadal odbijają się rozrywającym serce echem. Zaskakująco przerażający to świat, gdy spróbuje się go rozwikłać. Jak gdyby na przykład z Ocarina of Time wyciąć sekcje z młodym Linkiem.

Mam nadzieję, że lubicie narrację środowiskową w Dark Souls, bo w przeciwnym wypadku Breath of the Wild wyda Wam się pozbawione fabularnego mięska. Kilkanaście opcjonalnych wspomnień z dawnych losów Linka i księżniczki dostarcza wyłącznie absolutnego minimum. Całą resztą odkopać należy samodzielnie. Skala przegranej przez ludzkość bitwy liczona będzie w setkach porośniętych mchem Strażników – pająkowatych robotów, spuściźnie po bardziej zaawansowanych czasach. O legendarnych wydarzeniach usłyszycie tylko pieśni wędrownych bardów. A gdy staniecie na skraju mostu, postać NPC podpowie, że to nie jest jedyne rozwiązanie, jak gdyby przed Wami wiele osób popełniło tam już samobójstwo. Ziarnko do ziarnka – tak odkrywa się prawdziwą naturę Hyrule. Posępna atmosfera nie jest niczym nowym dla tej serii. W przeciwieństwie jednak do wieloznacznego Majora’s Mask oraz nachalnie mrocznego Twilight Princess Breath of the Wild tworzy sprawną iluzję. Świata, w którym chciałoby się żyć, ale świata, w którym niewielu żyjących żyć chce nadal.

The Legend of Zelda: Breath of the Wild
The Legend of Zelda: Breath of the Wild

Nawet Zelda przeszła odpowiednią metamorfozę. Nie będzie pięknym drogowskazem, nie będzie wspierać dobrym słowem, nie będzie entuzjastyczną towarzyszką przygód. To krucha istota, która przestaje wierzyć w szczęśliwe zakończenie, a błękitna krew płynąca w żyłach, sugerująca większą odpowiedzialność oraz przeznaczenie zbawcy świata, staje się dla niej brzemieniem ponad siły. Jak wspaniale w kontekście dubbingowanych scenek przerywnikowych (po raz pierwszy w kanonicznych odsłonach) wypada przy niej milczący protagonista. Chce jej pomóc, ale nie potrafi. Ogranicza się do czuwania przy niej, do ostatniej chwili.

Oddech wolności

Piękno Breath of the Wild polega tak naprawdę na tym, że zaczniecie sobie grać dzisiaj i być może przez najbliższy miesiąc w ogóle nie dowiecie się niczego o księżniczce, nie zobaczycie ani jednej scenki z jej udziałem. Celując w nową wersję oryginału z NES-a – prawdopodobnie pierwszej gry z prawdziwie otwartym światem – Nintendo wykopało przez okno również wiele tradycyjnych elementów gameplayu The Legend of Zelda. Misja została wykonana. Są plusy, są ofiary, są też (wbrew temu, co sugeruje Wam ta kontrowersyjna średnia ocen) wyraźne minusy. Warto jednak pamiętać, że ostatnio tak gigantyczną rewolucję seria zaliczyła, gdy przeszła w trzeci wymiar.

Nie grałeś nigdy w Zeldę? Nie jesteś jedyny, pewnie teraz wiele osób, które do tej pory tylko o serii słyszały, zastanawia się nad sprawdzeniem Breath of the Wild. Zeldy to najprościej ujmując takie przygodówki w erpegowym sosie. Albo RPG-i bez żadnych statystyk, o. Do fantastycznego świata dokładają mnóstwo zręcznościowych elementów (na przykład walkę z lockowaniem kamery na przeciwniku i odskokami) oraz mnóstwo naprawdę wymyślnych zagadek logicznych. Ktoś bez żadnego szacunku dla historii marki mógłby powiedzieć, że Zelda to rodzinna odmiana The Elder Scrolls. A prawda jest taka, że do Zeldy podobna jest tylko Zelda. Oraz kilka gier od niej pożyczających. Nikogo nie zdziwi, że Okami było inspirowane Zeldą. Ale podobnie można napisać o dylogii Darksiders.

W wątku rozmiarów piaskownicy mieliśmy w ciągu tej generacji tak dużo solidnych nowych tytułów pragnących zdobyć wyróżnienie za „największy świat”, że już się pogubiłem. Ale i tak Breath of the Wild wydaje mi się olbrzymie, zwłaszcza pamiętając, że tutaj da radę na wszystko się wspiąć. Gdybyście nawet wyliczyli kilkanaście pozycji, gdzie połacie terenu były większe, niewiele z nich mogłoby dyskutować z poetyckim charakterem Hyrule. To niesamowite, że przerost formy nad treścią działa. Choć przecież od tak dawna narzekamy na ubisoftową formułę – ledwo widoczną przez siatkę ikonek mapę – i wyczekujemy nielicznych gier, w których eksplorujemy horyzont wyłącznie dla towarzyszącej temu pasji, że zamiast zaskoczenia powinienem wyrażać ulgę, iż do panteonu dołącza teraz Nitendo. No to „uff”?

The Legend of Zelda: Breath of the Wild

Na pewno nie każdego przekona urok spędzania czasu niczym w „Sonetach krymskich”. Przemierzanie pieszo oceanu trawy ciągnącego się kilometrami z księżycem jako jedynym towarzyszem. Piętnastominutowa wspinaczka na graniczący z pustynią klif, by rozejrzeć się za śladami życia. Powolne czajenie się na dzikie konie. Przeczekiwanie burzy pod skalnym zadaszeniem. Wspinanie się na drzewa, by zerwać kilka jabłek. Podążanie w górę rzeki dla samej przyjemności zbadania jej źródła. Przeszukiwanie ruin fortu wzbogacone kilkoma uderzeniami pianina w słuchawkach. I zawsze – planowanie następnej podróży na podstawie rozdziawiającego szczękę krajobrazu przed Linkiem. Gra Was za to nie nagrodzi. Ale nie będziecie z tego powodu narzekać.

Musicie tę opowieść pisać wraz z autorami

Wolność absolutna, na jaką stawia Breath of the Wild, oznacza, iż musicie tę opowieść pisać wraz z autorami. Bez Waszego zaangażowania zabraknie wielu fantastycznych rozdziałów nowej Zeldy. Nie wyobrażam sobie, by inne wariacje całej przygody nie uwzględniały odzyskania Master Sworda. Kultowe ostrze, jak większość elementów nowego dzieła Aonumy, jest zupełnie opcjonalne. A godzina czy dwie potrzebna na jego zlokalizowanie to jeden z moich ulubionych momentów Breath of the Wild (bo rzadko kiedy gra tak mocno kłania się swojej historii). Oczywiście, że możecie skorzystać z poradnika, mieć wszystko zaplanowane, podane na tacy. Ale w takich przypadkach będziecie szarpać w zupełnie inny tytuł niż ja, trudno byłoby nam się dogadać.

Oddech hardkoru

Nowe The Legend of Zelda definiuje bowiem nauka. Zamiast prowadzić za rączkę przez dziesięć godzin, jak seria dotychczas robiła, w granicach pierwszej lokacji, która nie powinna zająć dłużej niż trzy godziny, Breath of the Wild wysypuje z rękawa wszystkie sztuczki. Koniec ze stopniowo rozbudowywanym inwentarzem, linkami z hakiem czy obuwiem do chodzenia po dnie wody. Koniec z metroidvaniowymi zagrywkami typu „o, teraz masz przedmiot x, więc możesz otworzyć lokację y”. Za pokonanie zagadek z późniejszych lochów także coś otrzymacie, wiadomo, lecz struktura gry nie zakłada już żadnych zmian. Od samego początku jesteście w stanie rozpracować każdy znak zapytania. Nie oczekujcie jednak podpowiedzi. Cofamy się w czasie do lat osiemdziesiątych. Ja nawet nie jestem pewny, o ilu sekretach nadal nie wiem. I wcale nie zamierzam sobie psuć zabawy przez następne kilka dni (spokojniejszej już) rozgrywki.

Częsty ekran śmierci wcale nie oznacza, że jest się słabym graczem. To sygnał, że wszystko idzie, jak powinno – iż często się eksperymentuje. Jasne, kilkupiętrowy podboss Was zaciuka jednym pstryknięciem. Ale głupio przecież nie spróbować, gdy przypadkowo się na niego trafiło. Link, któremu kończą się strzały, będzie dla grupki bokoblińskich jeźdźców zwykłą zabawką. Link, który nie jest przygotowany na mróz, zamarznie w górach. Pospieszny Link, który bierze się na barki z fabularnym lochem bez upichcenia kilkunastu dań zwiększających liczbę serduszek zdrowia, mógłby tam utknąć na wieki (całe szczęście teleportować się do odwiedzonych wcześniej miejsc można zewsząd). Ten Link musi umierać. Tak daje znać, iż trzeba chwilę się zastanowić.

Każdy moment, w którym macie jakąś przewagę, jest tylko Waszym sukcesem

The Legend of Zelda: Breath of the Wild

Gotowanie to dobry przykład. Przez lata materiałów promocyjnych wiele razy atakowani byliśmy widokiem pichcącego bohatera, taką pocieszną animacją rodem z Monster Huntera. Ale gra nie pokaże, w jakich miejscach można sobie tak okrasować, że należy rozpalić pod garnkiem ogień, a nawet jak wrzucić do środka składniki, z których chcemy przyrządzić potrawę. Przynajmniej nie tak wprost, „tutaj stań i to wciśnij”. Bez tej umiejętności można co najwyżej pooglądać widoczki, więc chęć zdobycia potrzebnej wiedzy przychodzi sama. Gotowanie okazuje się banalne, zaskakująco przyjemne i cholernie satysfakcjonujące. Z odpowiednimi posiłkami nawet najtrudniejsze starcia mogą Was co najwyżej rozbawić.

Trudno zliczyć podobne motywy. Szkoda byłoby też większości zdradzać. O gotowaniu po prostu wiedzieliśmy wcześniej. Ale każdy moment, w którym wyprzedzacie grę, macie jakąś przewagę, jest tylko Waszym sukcesem. Zdziwicie się, ile zastosowań ma oraz na ile elementów wpływa dzierżona w ręce tarcza. Może uratować życie, przyspieszyć podróż, pomóc w zbieractwie, „złamać” przerażających Strażników, albo stać się kolejnym powodem napisu „game over” na ekranie (gdy słychać grzmoty). Nie bójcie się wypróbować nawet najgłupszych pomysłów.

The Legend of Zelda: Breath of the Wild

Zdaniem Patryka Fijałkowskiego: W nocy z soboty na niedzielę, gdzieś między drugą a czwartą, po około dwudziestu godzinach gry dołączyłem do fanklubu nowej Zeldy. O okolicznościach tego kameralnego przejścia opowiem przy następnej okazji. Tutaj wspomnę tylko, że seria nigdy mnie nie interesowała, ale zamieszanie wokół Breath of the Wild sprawiło, że chciałem dowiedzieć się „o co to całe halo”. Teraz już chyba rozumiem. Nowa Zelda od początku niesamowicie wciąga i uświadamia graczowi swój ogrom, potrzeba jednak kolejnych parunastu godzin, by wyczuć bogactwo tego ogromu. To taka baśń w otwartym świecie, pełna tajemnic i magii płynącej z samego podróżowania. A ja raczej nie jestem fanem bezcelowego biegania. Tutaj jednak są takie momenty, że cały sens tej gry tkwi w napędzanych ciekawością wędrówkach. Jeśli otworzyć się na ten tytuł, doświadczyć można czegoś wyjątkowego. Tyle wiem, jako absolutny żółtodziób, po dwudziestu pięciu godzinach. A co dalej? Ganon wie, ale przede mną jeszcze chyba z 3/4 nieruszonej mapy i nieustanna chęć eksploracji.

Oddech nieperfekcji

Wielu niebawem będzie twierdzić, że Breath of the Wild to rzecz idealna, nowa definicja gier z otwartym światem. Dlaczego? Bo bierze skostniałą, anachroniczną być może nawet serię i z powodzeniem wrzuca we współczesne środowisko. Podobny zachwyt pamiętam przy premierze Metal Gear Solid V: The Phantom Pain. Ale nowe The Legend of Zelda widzę gdzieś w środku – między tym, czym rzeczywiście okazało się ostatnie dzieło Hideo Kojimy (bo ta gra jest przynajmniej ukończona), i tym, co z Breath of the Wild chce zrobić branża. Czyli nowym mesjaszem. Wiecie od samego początku, iż mówimy tutaj o szalenie udanej pozycji, niemniej nie wyobrażam sobie, by każdy fan marki bez problemu przełknął kilka ewidentnych łyżek dziegciu.

Wielu niebawem będzie twierdzić, że Breath of the Wild to rzecz idealna

Pomijam w ogóle aspekty techniczne. Gra lubi się zakrztusić (szczególnie w pierwszej lokacji, lasach oraz wioskach) na obu platformach i to żadna tajemnica. Spokojnie można z tym żyć, nie mam ochoty karmić troli. Po pięćdziesięciu godzinach zabawy będziecie mieli za to po dziurki w nosie kilku survivalowych decyzji Nintendo – na przykład rozpryskujących się po kilku ciosach broni, wiecznego braku strzał elementarnych lub nieustannej konieczności gonitwy za funduszami. To rzeczy, które (generalnie częsty motyw ambitnych piaskownic) pięknie wzbogacają pierwsze dni grania, lecz frustrują, gdy nareszcie przychodzi otrzeźwienie z narkotycznego stanu i chęć dobrnięcia do napisów końcowych.

Założenie „przechodź w dowolnej kolejności” zepsuło odrobinę dotychczasową magię dungeonów. To nadal większe zagadki wymagające ponadprzeciętnego planowania, nadal udana, psychodeliczna izolacja od reszty wirtualnego świata. Jednak bez nowych przedmiotów oraz związanych z nimi odkryć, a także przez chęć utrzymania stylistycznej spójności wszystkich lochów – gdzieś ulotniła się prawdziwa unikalność. W każdej Zeldzie trafiał się przynajmniej jeden dungeon, który zapamiętam do końca życia (Stone Tower Temple z Majory? Panie Boże na motorze). Z Breath of the Wild wolę pamiętać otwarte Hyrule. To może przez to, iż dziesiątki świetnych zagadek odizolowano dla luźniejszych Shrine’ów, rozrzuconych po całym świecie. Tylko stawiając im regularnie czoła wzmocnicie wystarczająco bohatera przed finalnym pojedynkiem, więc warto szukać tego na horyzoncie.

Nie udało się także całkowicie ominąć pewnej schematyczności wirtualnej piaskownicy. Kolejne fragmenty mapki odkryjecie, gdy zdobędziecie „asasyńskie” wieżyczki – kilku ostatnich szukałem już tylko z obowiązku. Podobną koniecznością jest odwiedzanie licznych stajni czy zagadywanie w nich malarza, który podpowie, gdzie znajdziecie następne wspomnienie z przeszłości protagonisty. Cykanie fotek wszystkim gatunkom fauny i flory w celu ich „rejestracji” (przydatne do zadań pobocznych) za bardzo pachnie mi szybką wrzutką po premierze No Man’s Sky. A walki w 90% przypadków lepiej unikać, bo nic nie usprawiedliwia zużywania kolejnych dobrych broni. Jeżeli wyparuje Wam piękne przekonanie „przygody dla samej przygody”, możecie nagle mieć z Breath of the Wild kilka irytujących problemów. Całe szczęście – nie sądzę, by przyszło to szybko.

Założenie „przechodź w dowolnej kolejności” zepsuło odrobinę dotychczasową magię dungeonów

Wydech

Doświadczenie z Breath of the Wild wspominać będziecie bardzo długo i – jak podejrzewam – bardzo pozytywnie. Szczególnie piękne Hyrule, które skrywa nadal wiele intrygujących tajemnic. Często pomija się przy chwaleniu Breath of the Wild oczywisty wkład Monolith Soft, ojców obu Xenoblade Chronicles, a przecież bez nich Nintendo nie zdołałoby tego dokonać. Wszyscy wolą zatrzymywać się przy zachwycie nad skokiem, jaki wykonała między Skyward Sword i tą odsłoną cała marka. Że nagle fan Zeldy może bez problemu podyskutować z graczem pozanintendowym, że Zelda uciera nosa wszystkim gigantom, że – NARESZCIE – powstała japońska odpowiedź na Wiedźmina. Z tego ostatniego szczególnie jestem zadowolony, gdyż po piętnastym Finalu prawie straciłem nadzieję.

Kilka słów o wersji na Wii U od Patryka: Breath of the Wild cieszę się na tej starszej konsoli i moje wrażenia są bardzo pozytywne. Gra wygląda ładnie, jakościowo trzyma się bardzo blisko Switcha. Działa zazwyczaj płynnie, sporadycznie atakując pojedynczymi chrupnięciami. Nie spodziewajcie się wykorzystania ekranu na tablecie, Nintendo nie przygotowało tutaj żadnych oddzielnych funkcji. Można na nim po prostu grać, i tyle. Okropnie wypadają za to sporadyczne zagadki z wykorzystaniem żyroskopów – działa to strasznie ociężale. Mam jednak wrażenie, że podobnie narzekają ci, którzy rozwiązują je na Switchu. Końcem końców w ogóle nie żałuję, że nie zaczekałem z grą na nowszą konsolę. Choć czasami brak możliwości pogrania w podróży doskwiera. Głównie dlatego, że Zelda cholernie wciąga.

Ale mam jeszcze pewność, że na moich oczach wyrośnie teraz nowego pokolenie fanów. Od premiery minęło półtora tygodnia, a już poza hermetyczną grupkę zwolenników Wielkiego N można znaleźć chętnych do dyskusji o (prawdopodobnie) najdoskonalszej serii naszej pasji. Co uważam za totalny ewenement. Breath of the Wild nie jest i najpewniej już nie będzie dla mnie najlepszą Zeldą w dziejach. Ba, nie zdobędzie nawet miejsca na podium. Ale z całą pewnością jest godną Zeldą. Co w przypadku takiego tytułu należy i tak uważać za wyczyn godny wyłącznie mistrzów samych mistrzów.

Jeżeli Nintendo utrzyma taką formę przez całą generację, o sukces Switcha można być spokojnym.

Adam Piechota

Grę do recenzji udostępnił sklep Electronic Dreams.

ZAGRAĆ?
TRZEBA
5.0

  1. 13:58 13.03.2017
    simpson

    5/5 bo i tak większość z Was nie zagra i nie sprawdzi

    Ukryj odpowiedzi()
  2. 14:13 13.03.2017
    konbezzebow321

    Fajna recenzja. Jeszcze bardziej będę płakał masterujac shovel knighta na switchu w oczekiwaniu aż Nintendo wyśle mi wygraną w konkursie Zelde. Super że wspomniałeś o Monolith, bo rzeczywiście mało kto o tym pamięta.

    Ukryj odpowiedzi()
  3. 16:45 13.03.2017
    makimura

    Czy naprawdę wszyscy muszą porównywać nową Zeldę z Wiedźminem? Pomijając już to, że jedyne podobieństwo to otwarty świat, to jak można określać Wiedźmina jako nowy standard? Nowy standard w czym? Otwarty świat, który jest pusty i biedny, spartolona nie satysfakcjonująca „mechanika” walki, upośledzony koń, Geralt ginący po upadku z dwóch metrów, 90% questów polegających na łażeniu za śladami i ubiciu jakiegoś potworka pijąc uprzednio kilka mikstur i naparzanie w dwa ataki na przemian? Wiedźmin jest ok fabularnie i może graficznie pod względem technologicznym. Wiedźmin niczego nie definiuje na nowo. Może tylko fajne jest to, że prawie każde zadanie poboczne jest mocno fabularyzowane.

    Ukryj odpowiedzi()
  4. ZeusEx
    17:46 13.03.2017
    ZeusEx

    5/5 – aż musiałem przeczytać tę recenzję. Dowiedziałem się, że gra ma enigamtycznie przedstawioną fabułę, wymaga zaangażowania w rozwikłanie niektórych zasad jej mechaniki, eksploracja jest bardzo satysfakcjonująca. Przeczytałem też, że gra nie jest do końca zoptymalizowana i zdażają się duże spadki fps ale nie wolno o tym mówić, bo wtedy jest się trollem. Jest też kilka mniej istotnych gameplayowych niedoróbek, które nieco irytują ale who cares. Koniec – a ja dalej nie wiem za co ta ocena…

    Bo na streamach chyba oglądałem inną grę: owszem fajną ale w żaden sposób nie odkrywczą ani rewolucyjną, grę o boleśnie wtórnym systemie questów, rodem z koreańskich mmo. Grę, gdzie się łazi, coś się zabije, a między jednym wtórnym questem a drugim, otworzy się parę skrzyń. Fajnie ale 5/5 to chyba za Zelda w nazwie ta gra dostała.

    Ukryj odpowiedzi()
    • 17:52 13.03.2017
      lecho

      Mam dokładnie to samo – po lekturze nie bardzo rozumiem, skąd maks, bo jedyne zachwyty dotyczą czysto subiektywnych odczuć autora względem serii. Ja wiem, że recenzja to rzecz z natury subiektywna, ale w tym przypadku ten rozdzwięk jest naprawdę zauważalny – za takie minusy gra nie będąca Zelda dostałby tróję.

  5. newnadgnilykangur
    20:24 14.03.2017
    newnadgnilykangur

    Kolejna świetna recenzja. Adam zachęciłeś mnie jak diabli. Szkoda że jeśli kupie Switcha to dopiero jak N będzie wydawało następce tej konsoli i będzie ona dostępna za grosze. Póki co gratulacje dla fanów serii, w końcu macie grę którą inni mogą Wam pozazdrościć.

  6. gorges
    22:02 14.03.2017
    gorges

    Oddajmy się przez chwilę marzeniom….. NS jest w 99% wstecznie kompatybilne z grami BiG N….. Dziękuję za uwagę