Zmien skórke
Logo Polygamii

Tracę tygodnie w Yakuzie 0 i nie mam z tym żadnego problemu

Wiecie, ile w tej grze jest do zrobienia?

Wierzę, że spora część z Was spędzi zarówno ten tydzień, jak i kilka następnych, w Kamurucho. Bo jak Yakuza 0 w końcu uderzyła w nasz rynek po dwóch latach, to zrobiła to z impetem. Wszystkie liczące się sieciowe media miały recenzję w okolicach embargo (my także!). Nagle sporo osób uświadomiło sobie, że jest taka seria, że to spore jest i chyba całkiem dobre, a skoro styczeń i spokojniejszy okres, bo na przykład nie przepada się za horrorami… to można zagrać w Yakuzę. O tym, że naprawdę warto (a jak serii nie znacie w ogóle, nawet da radę to pod „trzeba” podciągnąć), już na łamach Polygamii było. Drugiego takiego mafijnego dramatu nie znajdziecie, kropka.

Ale „zerówka” robi coś, czego dotychczas w moim domowym zaciszu nie osiągnęła żadna Yakuza. Uwielbiam tę serię, nie zrozumcie mnie źle. I z każdą odsłoną bawiłem się naprawdę dobrze. Niemniej bez względu na to, ile aktywności pobocznych miała dana odsłona, gdy zamykałem scenariusz, a po ekranie telewizora sunęły już napisy końcowe pełne orientalnych naziwsk, wiedziałem, że na tym koniec. Wyciągam płytkę, odkładam do biblioteczki, szukam czegoś nowego. Seria głównymi historiami dla mnie stała po prostu. Nic złego, wiadomo, takich gier jest sporo. Skoro przeciętna Yakuza i tak wyciągnie z gracza minimum trzydzieści godzin, przygodę należy uznać za satysfakcjonującą. I brzuszek pełny, i portfel nie żałuje.

Gdy dotarłem do finału najświeższej, prequelowej odsłony, co zajęło godzin czterdzieści pięć, poczułem się inaczej. Powinienem usunąć grę ze swojego wiecznie zapchanego dysku, recenzja była napisana, przed telewizorem spędziłem istny ogrom czasu. Ogrom. Bo jeśli Maciu nie podrzucił mi nic nowego do opracowania, to ja nie lubię za długo grać. Godzinka, maksymalnie dwie dziennie. Wolę poczytać przez resztę wieczoru, na przykład. Tymczasem Kazuma do spółki z postrzelonym Majimą nie tylko nie opuścili pięciuset gigabajtów mojej premierowej PS4, ale i wcale nie uznali naszej znajomości za skończoną. Popatrz, powiedzieli, masz jeszcze sześćdziesiąt zadań pobocznych do zrobienia. Powinieneś je zrobić.

Zaskakująco – minął tydzień od publikacji recenzji, a ja dalej spędzam niepoprawną ilość czasu przy Yakuzie. Codziennie, choćby kosztem snu. O co chodzi, skoro większość (60-70%) tych minigierek z bocznych uliczek już dobrze znam, ograny jestem i w yakuzowych kręglach, i w yakuzowych rzutkach, i w rewelacyjnie kiczowatym karaoke? W recenzji wspominałem bardzo pobieżnie, że nowy hit Segi idzie o wiele dalej, by jakoś Was wkręcić w te shenmueizmy, elementy symulatorów życia. Robi coś banalnego i – teraz już jestem pewny – genialnego. By zawartość poboczna nie była wydmuszką na kilkanaście minut relaksu, czyli nie skończyła podobnie, jak w poprzedniczkach, Yakuza 0 splata ją ze sobą. Tworzy istną pajęczynę, przy której nawet główny wątek po prostu pokrywa się rumieńcami.

Największy obowiązek spoczywa na barkach legalnej działalności, „dziennych” zajęć naszych protagonistów. Choć zarządzanie w czasie rzeczywistym lokalem z hostessami i zdobywanie firma po firmie kolejnych dzielniczek Tokio jako reprezentant agencji nieruchomości już na podstawowym poziomie dają sporą frajdę, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Oba wątki pod powierzchnią skrywają swoją własną, zupełnie nieobowiązkową kampanię. Jako Kazuma ścieramy się z Pięcioma Miliarderami Kamurucho, którzy zza kulis rządzą miastem, jako Majima z analogiczną piątką na rynku erotycznym. Trwa to wiele godzin, wymaga dyscypliny i zaangażowania w losy obydwu bohaterów. Łączy je jeszcze jedna cecha. Oba smakują najlepiej jako tak zwany endgame. Podjęte na poważnie dopiero po skończeniu fabularnej kampanii.

Tutaj do akcji wkracza wspomniana już pajęczyna. Kończysz grę i postanawiasz wziąć się za biznes Kazumy. Im więcej najbardziej dziwacznych rzeczy zrobisz teoretycznie dla zabawy, tym łatwiej prowadzi się całą firmę. W pewnym momencie zostaniesz wciągnięty w małą aferkę z lokalnym reżyserem, odegrasz rolę producenta jakiegoś przeciętnego programu kulinarnego. Minie kilka godzin. Spotkasz znowu tego reżysera, który poprosi Cię o dużo większą przysługę – pomoc w realizacji teledysku do „Thrillera” Michaela Jacksona… znaczy Miracle Johnsona, jego yakuzową parodią. Artysta będzie tańczył, a Ty obronisz go przed zombie. Minie jeszcze kilka godzin. Usłyszysz plotki, że Miracle wrócił do Tokio i okupuje niedaleką dyskotekę. Gdy tam wpadniesz i zmierzysz się z Królem w tańcu (nawet jeśli przegrasz), będziesz mógł go zatrudnić w swojej firmie. A jego doświadczenie na rynku rozrywki będzie BARDZO przydatne przy inwestycjach w lokale z najdroższych dzielnic.

Tak to wyglądało w moim przypadku, że właśnie po starciu z Johnsonem przekonałem się do minigry tanecznej. Wcześniej nie leżała mi ta wariacja logiczno-zręcznościowej stukaniny. A wtedy coś kliknęło, nie wyszedłem na całkowitą łamagę. Otworzyłem menu z nagrodami za minigierki – można było wytańczyć sobie mnóstwo punktów do wszelkich perków (na przykład zwiększyć kwoty, jakie przeciwnicy „gubią” w trakcie walki), wystarczyło osiągnąć trzy gwiazdki w każdej piosence na trzech poziomach trudności. Rozpocząłem dominację parkietu. Po kilku wywijasach podszedł do mnie młodziak, pechowiec, który pragnął się zmierzyć. Takim sposobem otworzyłem trzy misje pobocznego wątku „Króla Disco”. Oczywiście, gdy pokonam ostatniego rywala (to nadal przede mną, skurczybyk wymiata), w jakiś sposób wzmocni moją agencję nieruchomości.

Na Kroma, ileż tutaj jest takich motywów. Recenzje importowe sugerowały, że w salonach Segi zagrać można w Super Hang-On, takiego OutRuna na motorach. Ale biegałem po lokalach i nic, wszędzie tylko dwa tytuły (OutRun, Space Harrier). Po kilku godzinach domyśliłem się, iż „jazda mojego życia”, jaką obiecuje poznana pracowniczka jednego salonu, z którą konkurowałem o najwyższy wynik w wyścigach z czerwonym Ferrari, nie będzie miała zabarwienia erotycznego. I owszem, gdy pokonałem jej najwyższy rekord, w salonie stanął nowy automat. A właściciel uznał, że fajny ze mnie chłopak i oddał swoją firmę pod moją opiekę finansową. Tak zdobyłem 100% jednego obszaru Kamurucho i odblokowałem kolejne punkty do podbijania dodatkowych umiejętności.

Widzicie, zacząłem od Kazumy, ale tak serio o wiele mocniej kręci mnie biznes Majimy. Po prostu zauważyłem, że w grze jest możliwość przesyłania pieniążków od jednego bohatera do drugiego. Postanowiłem wymaksować jedną firmę, dającą większe przychody, by ta fajniejsza poszła już z górki. Dlatego od tygodnia nawet nie przełączyłem postaci. Kręcę się po mieście i robię dosłownie wszystko, od samochodzików elektrycznych po zbieranie znajdziek (kart z panienkami), bo wszystko daje mi jakieś korzyści. Ale też wszystko w odczuwalny sposób uzupełnia ten „drugi” scenariusz, związany z moją firmą oraz walką z Pięcioma Miliarderami. Gdy pokonam ich tajemniczego szefa, prześlę całą ciężarówkę pieniędzy do Osaki i „jak księciunio” prowadzić będę bardziej intrygujący mnie biznes – klub z hostessami.

Do czego tak naprawdę dążę? Yakuza 0 jest grą, w której aktywności poboczne nie sprawiają nigdy wrażenia wepchanych na siłę. Co już samo w sobie można uznać za mały cud tytułu z otwartym światem. Ile razy ogarnęliście, jak wiele znajdziek jest w losowym Assassin’s Creed, i uznaliście „hej, zrobię 100%”? Ja nigdy. Gry to dla mnie zazwyczaj przygody na dwa tygodnie. Zawsze jest następny tytuł do sprawdzenia, zawsze można odkurzyć ten lub inny sprzęt. Nie spędzam przy jednej pozycji nigdy za wiele czasu. Szkoda mi go. I tak nie ogarnę wszystkiego. Próbuję zatem przynajmniej liznąć interesującą mnie większość.

Ale „zerówka” będzie pięknym wyjątkiem 2017 roku. Pierwszym, a kto wie, czy nie ostatnim. Zostanę przy niej do momentu ukończenia obu biznesów. Czyli zrobieniu niemal wszystkich zadań pobocznych. Gram codziennie i dochodzę do pięknego wniosku – ta gra nie musiałaby mieć nawet podstawowego scenariusza, by dawać ogromną frajdę. Tyle razy czytam o grach-piaskownicach, że zadań pobocznych jest tyle, iż można by spędzić przy nich jeszcze tygodnie. I zazwyczaj pukam się w głowę z uśmieszkiem politowania. Tymczasem sam właśnie zrobiłem taki tekst o Yakuzie. Życie pełne niespodzianek. Uciekam do Kamurucho, mam tam jeszcze mnóstwo rzeczy do (nie)zrobienia. Ale fajnie.

Adam Piechota

Więcej na temat:

  1. DeadPoison
    17:26 26.01.2017
    DeadPoison

    Ja czekam T.T będzie dopiero w poniedziałek.

    Ukryj odpowiedzi()