Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeAssassin`s Creed – recenzja

Assassin’s Creed od dawna rozpalał wyobraźnię wielu graczy. Nie tylko z uwagi na osobę producenta – śliczniutką Jade Raymond. Przede …

Facebook Twitter Google Wykop

Assassin’s Creed od dawna rozpalał wyobraźnię wielu graczy. Nie tylko z uwagi na osobę producenta – śliczniutką Jade Raymond. Przede wszystkim chodziło o zupełnie nowe podejście do gatunku „skradanek”. Zamiast nocy i ciemności, największym sprzymierzeńcem naszego zabójcy miał być tłum. Ubisoft określiło ten gatunek mianem „social stealth”. Dzień przed oficjalną premierą otrzymałem płytkę z Kredem Zabójcy i czym prędzej przeniosłem się w czasy Trzeciej Krucjaty.

No może nie tak od razu. Musicie bowiem wiedzieć, że akcja Assassin’s Creed toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych. Już pierwszy rzut oka na instrukcję gry wyjaśnia wszystkie wątpliwości co do „futurystycznych” znaczków, jakie mogliśmy oglądać na trailerach. Nasz bohater nazywa się Desmond Miles i został porwany przez tajemniczą korporację Abstergo, by pomóc jej dostać się do iście niebiańskiego skarbu. By tego dokonać firma stworzyła maszynę o nazwie Animus, która pozwala sięgać do wydarzeń z przeszłości zapisanych w ludzkim kodzie genetycznym (a więc dziedziczonych z pokolenia na pokolenie). Oczywiście chodzi o przodków Desmonda, którzy należeli do Zakonu Asasynów, a konkretniej o jednego z nich – Altaira Ibn La-Ahada.

W trakcie średniowiecznej przygody zwiedzimy całkiem spory kawałek Bliskiego Wschodu. Większość akcji dzieje się w trzech miastach: Damaszku, Jerozolimie i Akce. Są one dodatkowo podzielone na dzielnice (biedną, bogatą i średnią), do których dostęp będzie nam dany wraz ze skreślaniem kolejnych celów z listy. Miasta różnią się miedzy sobą zarówno architekturą, mieszkańcami jak i klimatem. Właśnie dzięki temu ostatniemu czynnikowi najbardziej polubiłem Akkę. Brak w niej palącego słońca odbijającego się od dachów, w zamian mamy przyjemną, chłodną kolorystykę, która zachęca do podgrzania atmosfery kilkoma morderstwami.

Okazji do popisania się umiejętnościami na pewno nie braknie, gdyż Altair musi odkupić złamanie tytułowego kreda zabiciem 9-ciu celów wyznaczonych przez Mistrza Asasynów. Zanim jednak staniemy twarzą w twarz z wrogiem, musimy zebrać o nim informacje, a to oznacza konieczność odnalezienia ludzi, którzy je posiadają. Miasta żyją własnym życiem, a ich ulice roją się od różnego rodzaju mieszkańców. Spotkamy m.in. żołnierzy, kupców, namolnych żebraków, czy wreszcie niestrudzonych, politycznych agitatorów (warto porównać ich przemówienia w zależności od miasta) i mnichów, którzy niejednokrotnie uratują nam skórę stając się „ruchomą kryjówką” dla Altaira.

 

 

Zamiast brnąć w tym morzu ludzi szukając informacji, możemy wspiąć się na punkty widokowe, by zlokalizować najbliższe miejsca warte zainteresowania. Poruszanie się po dachach budynków jest o wiele wygodniejsze niż lawirowanie ulicami. Wychwalany w zapowiedziach free running sprawdza się znakomicie. Wystarczy trzymać wciśnięty prawy trigger i przycisk A, by Altair bez trudu wynajdował akrobatyczne sposoby pokonania kolejnych przeszkód. Towarzyszy temu fantastyczna animacja, będąca zupełnie nową jakością w grach video. Warto także zobaczyć jak Asasyn wspina się na wieże wykorzystując ich wypukłe elementy – czysta poezja.

Wróćmy jednak do pozyskiwania wiadomości o naszym celu. Można to robić na kilka sposobów: poprzez podsłuchiwanie rozmów, wydobywanie informacji siłą, kradzież przesyłek, czy wykonanie zadania zleconego przez informatora. Niestety, z pracą śledczą wiąże się jeden z największych minusów Assassin’s Creed – monotonia i prostota. Żadne z powyższych czynności nie stanowią jakiegokolwiek wyzwania dla gracza, są raczej pospolitymi wypełniaczami czasu. Do tego niezwykle wręcz prymitywnymi.

Co bowiem powiecie na fakt, że do podsłuchania rozmowy konieczne jest znalezienie w pobliżu ławeczki do siedzenia? Dopiero wtedy Altair jest w stanie skupić się na rozmówcach. Kradzież polega na zbliżeniu się do celu i przytrzymania klawisza B, zwykle zajmuje to ok. 5-10 sekund. Jeśli mamy wydobyć z kogoś informacje za pomocą pięści, wystarczy poczekać chwilkę, by sam udał się w jakieś miejsce odosobnienia, gdzie spokojnie możemy rozpocząć „przesłuchanie”. Co gorsza, w czasie tych zadań nie występują jakiekolwiek urozmaicenia. Za każdym razem wyglądają tak samo, od pierwszej do ostatniej misji.

Misje poboczne również nie są ratunkiem na szybko wkradającą się monotonię. Oprócz standardowego zbierania różnych ukrytych flag możemy jeszcze ratować cywilów dręczonych przez żołnierzy (wciąż ten sam schemat), wspinać się na punkty widokowe i zabijać napotkanych Templariuszy. Mało porywające, prawda?

 

 

Wielu ludzi krytykuje system walki zaimplementowany w Assassin’s Creed. Moim zdaniem jest on bardzo efektowny i sprawdza się znakomicie. Nie należy co prawda do najbardziej skomplikowanych, ale rozprawienie się z większą grupą żołnierzy wymaga dobrego wyczucia czasu. Podstawą są tu bowiem kontry i tzw. „combo kills” – by do nich doszło należy wcisnąć klawisz ataku dokładnie w momencie, gdy poprzedni cios dochodzi do celu. Nie jest to łatwe, ale czasem warto przejąć inicjatywę zamiast czekać na ruch przeciwnika. Arsenał zabójcy nie jest zbyt bogaty. Składa się na niego miecz, szpikulec ukryty pod nadgarstkiem, krótkie ostrze niezbędne do kontrowania oraz noże niezastąpione przy eliminacji wrogów na odległość.

Gdy zdobędziemy już pożądane informacje na temat przyszłego denata udajemy się z nimi do biura Zabójców, by lokalny dowódca dał nam ptasie pióro – symboliczną zgodę na atak. Później pozostaje już tylko dokończyć dzieła.

Zabójstwa są niewątpliwie elementem, który na krótki czas nadaje grze rozpędu. Najczęściej rozpoczynają się od małego przemówienia naszego „wybrańca”, w czasie którego nie możemy zrobić nic poza przechadzaniem się między gapiami. Po jego zakończeniu przystępujemy do pracy. W zależności od chęci, gracz może próbować wyrafinowanych metod dostania się w pobliże celu lub po prostu wyciągnąć miecz i wyciąć wszystkich w pień. Zwolenników solidnego kombinowania muszę jednak przestrzec, że w Assassin’s Creed nie ma go zbyt wiele. Fani Hitmana nie mają tu czego szukać.

Gdy ofiara leży już u naszych stóp następuje rytualne zamoczenie pióra w jej krwi i dialog (śmiesznie wręcz długi, zważywszy na okoliczności) o prawie metafizycznych problemach. Po chwili jednak przychodzi czas na błyskawiczną ucieczkę. Toread opisywał już mechanikę gubienia pościgu i nie pozostaje mi nic innego jak zgodzić się z jego oceną. Zmylenie strażników jest bardzo proste, a potem wystarczy wskoczyć w np. stóg siana, by w jednej chwili o nas zapomnieli

 

 

Tak pokrótce prezentuje się mechanika rozgrywki w Assassin’s Creed. Osobiście jestem nią bardzo rozczarowany i nie mogę opędzić się od skojarzeń z ostatnią częścią Tenchu, która znudziła mnie gdzieś w połowie do tego stopnia, że nie dobrnąłem do końca. Oczywiście, z grą Ubisoftu nie jest aż tak źle, ale w wielu momentach (zwłaszcza jeśli chce się zaliczyć wszystkie zadania „detektywistyczne” i poboczne) zwyczajnie wieje nudą, co dla mnie jest jednym z największych grzechów gier video.

Tym, co zapada w pamięć po przygodzie z Assassin’s Creed na pewno jest oprawa. Zarówno dźwiękowa, jak i graficzna. O fantastycznej animacji pisałem już wcześniej, ale konieczne jest także wspomnienie o bardzo ostrych teksturach i świetnym wymodelowaniu postaci. Parokrotnie złapałem się na przyglądaniu strojowi bohatera i podziwianiu najdrobniejszych detali. Widok Altaira przedzierającego się przez tłum (brutalnie, lub lekko się rozpychając) robi olbrzymie wrażenie. Podobnie jak miasto oglądane z „orlej” perspektywy.

Przez większość gry muzyka pojawia się sporadycznie i nie wychodzi na pierwszy plan. Dopiero, gdy akcja na ekranie nabiera tempa możemy usłyszeć ją w całej okazałości. Bardzo fajnie zrealizowano „voice acting”. Nasi przeciwnicy, choć w większości mówią po angielsku (zasługa Animusa) to zawsze mają choćby śladowy akcent arabski, brytyjski, francuski lub niemiecki. Szkoda tylko, że mieszkańcy mają bardzo mało kwestii, co sprawia, że po dwóch godzinach grania zaczynamy mieć powoli dość tych samych, powtarzających się tekstów.

W moim przypadku, wspomniany na początku „rozkrok” między dwiema rzeczywistościami lekko przeszkadzał w odbiorze tej pozycji. Trudno było mi wczuć się w grę ze świadomością, że za chwilę z tłumnej Jerozolimy przeniosę się do sterylnego laboratorium. Futurystyczne menu i pasek synchronizacji z pamięcią przodka zastępujący tradycyjny wskaźnik zdrowia również nie pomagały.

Moje rozczarowanie Assassin’s Creed bierze się zapewne w jakiejś mierze z oczekiwań odnośnie tego tytułu. Jednak, gdy zorientowałem się, że to nie jest gra jakiej się spodziewałem (a nastąpiło to bardzo szybko) przyjrzałem się jej bez tego balastu. Niestety nie mogłem zmienić zdania, że jest to gra oparta o kilka świetnych pomysłów, które jednak giną w szarej monotonii i prostocie powtarzania wciąż tych samych schematów. Wydaje mi się, że autorzy sami nie do końca wiedzieli czym ma być ich gra. Wskazuje na to końcówka, w której Assassin’s Creed praktycznie przeradza się w „slashera”. Szczerze żałowałem zaprzepaszczonego potencjału wykonując setny skok do stogu siana, szukając ławki by rozpocząć kolejne podsłuchiwanie, czy śledząc cel ze świadomością, że znowu nie stanie się nic nadzwyczajnego i po kilku ciosach ofiara wyśpiewa mi wszystko co chcę.

To może być gra idealna dla graczy, którzy nie mają zbyt wiele czasu. Siadając do niej na godzinkę dziennie, być może uda się odwlec znudzenie. W moim przypadku czas rozgrywki wyniósł około 25 godzin, ale bardzo szybko zrezygnowałem z zadań pobocznych i robiłem tylko niezbędne minimum. Szkoda, że Assassin’s Creed nie doczekał się wersji demonstracyjnej. To nie jest tytuł, który z czystym sercem poleciłbym każdemu, wiedząc, że będzie się przy nim świetnie bawił.

 

Zdjęcie Assassin
Assassin”s Creed (X360)

  • Gatunek: akcja
  • Kategoria wiekowa: od 16 lat

w okazje.info