Zmien skórke
Logo Polygamii

PolecamyWolałbym, żeby That Dragon, Cancer nigdy nie musiało powstać

Ale skoro już powstało, cieszę się, że jest właśnie takie – odważne, boleśnie szczere i niezwykłe.

That Dragon, Cancer

1.

Ryan i Amy Green czekają ze swoim czteroletnim synem Joelem w gabinecie lekarskim. Złowróżbna cisza sygnalizuje, że nie będzie to rutynowa kontrola. Jako gracz mogę rozejrzeć się po pokoju i użyć zabawki. To błękitna tarcza z żółtą, plastikową strzałką. Wybieram za jej pomocą jedno z czterech zwierząt hodowlanych, a potem słucham, jak głos farmera dzieli się prostym, zabawnym tekstem na jego temat. Joel chichocze przy każdej puencie. Jego beztroski śmiech brzmi dobrze. Ciepło. Chcę go wywoływać.

Za oknem pada deszcz. Pojawia się dwójka lekarzy i oznajmia małżeństwu, że nie uda się powstrzymać raka, z którym od długiego czasu walczy Joel. Chłopcu zostało od kilku tygodni do czterech miesięcy życia. Patrzę na zabawkę i widzę, że się zmieniła – rysunki słodkich zwierząt zastąpiły portrety obecnych w pokoju osób. Teraz mogę wybierać, czyje myśli chcę poznać, z której perspektywy obserwować tę scenę. Żółtą, radosną strzałką skazuję się na emocje rodziców, którzy dowiadują się, że ich małe, bezbronne dziecko umrze.

That Dragon, Cancer

W pokoju pada deszcz. Powoli wypełnia się wodą. Ryan myśli o tych wszystkich mądrych, medycznych pytaniach, które zadał i zada, o odpowiedziach pełnych obcych, łacińskich terminów, których nie zrozumie, Amy hamuje w sobie wyznanie o ciąży, bojąc się, że ludzie pomyślą, że zrobiła sobie „dziecko zastępcze”, a gabinet wypełnia się wodą. Rozmowa o zerowych szansach chłopca trwa, Joel umrze, mówi lekarz, przykro mi, możemy tylko zminimalizować ból, dodaje, plastikowa strzałka wiruje, poziom deszczówki rośnie, sięga ramion, słyszymy harmider sztormu i przekrzykiwanie rozmówców. Toną. Zabawka tonie.

That Dragon, Cancer to suma podobnych scen; różaniec złożony z koralików opisujących poszczególne etapy zmagań – Joela z rakiem, rodziców ze śmiercią synka. To nie jest przyjemna modlitwa. To modlitwa, która wybrzmiała naprawdę i wybrzmi jeszcze wiele, wiele razy, zmieniając tylko imiona bohaterów, tony płaczów, rodzaj poszukiwanej otuchy. Ryan i Amy Green istnieją. Joel też. Zmarł 13 marca 2014 roku, większość swojego niespełna pięcioletniego życia spędzając na walce z tym paskudnym, bezwzględnym smokiem, którego ktoś kiedyś nazwał Rak.

Rodzice Joela zaczęli tworzyć tę grę jeszcze za życia chłopca. Chcieli przekuć w coś rozszalałe emocje wynikające z trwającego koszmaru. Do samego końca wierzyli, że ich historia wciąż może mieć szczęśliwe zakończenie.

Chcę, aby ludzie pokochali mojego syna tak, jak ja go kocham – tłumaczył Ryan Green w jednym z wywiadów, jeszcze przed śmiercią Joela. – A żeby mogli go pokochać, muszą go poznać. Gra wideo pozwala poznać mojego syna i naszą rodzinę, i być na naszym miejscu, ale w bezpiecznej odległości.

Potem stała się nieuchronna tragedia – Joel przegrał walkę. Gra, która wyszła kilka dni temu, stała się nie tylko poetyckim, brutalnie szczerym zapisem zmagań rodziny Greenów, ale i cyfrowym epitafium chłopca. Prawdopodobnie najpiękniejszym, jakie mógł otrzymać.

That Dragon, Cancer
That Dragon, Cancer

2.

Nie jest możliwe grać w That Dragon, Cancer dla przyjemności. Gracz nie znajdzie tutaj żadnej rozrywki. To bardziej wyzwanie, zaproszenie do świata, w którym absolutnie nie jest miło, choć niewyobrażalny ból i rozpacz przeplatają się z bezgraniczną miłością, ciepłem i uparcie płonącą nadzieją. Małżeństwo Greenów dokumentuje swoją tragedię, próbując uczynić z niej coś więcej. Chce ją zrozumieć, uszlachetnić, okiełznać, przekuć w coś dobrego. Staje przed nami nagie, odsłaniając nawet te najbardziej wstydliwe myśli.

Od zarania dziejów w taki sposób powstawała najlepsza sztuka i nie inaczej dzieje się teraz, tyle setek lat później, na ekranach komputerów. Słyszę autentyczne rozmowy Greenów próbujących wytłumaczyć pozostałym dzieciom, dlaczego ich braciszek jest opóźniony, słyszę ciepły śmiech Joela, jego gaworzenie, wszystko z prywatnych, domowych nagrań rodziny i czuję, że ktoś naprawdę zaprosił mnie do swojego niewyobrażalnie trudnego świata.

That Dragon, Cancer

Słyszę autentyczne rozmowy Greenów próbujących wytłumaczyć pozostałym dzieciom, dlaczego ich braciszek jest opóźniony, słyszę ciepły śmiech Joela, jego gaworzenie, wszystko z prywatnych, domowych nagrań rodziny i czuję, że ktoś naprawdę zaprosił mnie do swojego niewyobrażalnie trudnego świata.

Jestem tym w pewien sposób onieśmielony; wycieram dokładnie buty, nie wiem, gdzie usiąść i czy w ogóle usiąść, a słysząc podczas gry wesołe rozmowy między rodzicami a Joelem, do oczu napływają mi łzy. Ten chłopiec, którego słyszę, nie jest zmyśleniem – myślę. Ten chłopiec żył naprawdę. Naprawdę jak nic na świecie kochał psy i naleśniki, naprawdę na tatę mówił „dah-dah”, naprawdę wył z bólu tak, że zaczynał walić głową o barierki swojego dziecięcego łóżka, sprawiając, że jego wycieńczony pełną krzyków nocą ojciec modlił się do Boga już nie o to, by jego syn przeżył walkę z rakiem, ale żeby chociaż zasnął.

W That Dragon, Cancer absolutnie nie gra się z przyjemnością i właściwie niewiele gra się w klasycznym rozumieniu tego słowa. Mamy do czynienia z serią mini-gierek sprowadzających się najczęściej do klikania na różne elementy otoczenia. Działania, których się podejmujemy, niekiedy są bardzo przyziemne – możemy bujać Joela na huśtawce czy spacerować po parku – ale często przyjmują też formę niekonwencjonalnej metafory. W jednej z nich Joel ma założony na uszach stetoskop, a my wędrujemy głowicą urządzenia po ciele siedzącego obok psa – w zależności od tego, gdzie najedziemy, słyszymy nie organizm zwierzęcia, a różne fragmenty zarejestrowanych rozmów z życia rodziny Greenów, zupełnie jakby dla chłopca ukochany psiak magazynował wszystko co w życiu dobre, warte zapamiętania. Prosty, poetycki zabieg sprawił, że wyłapywanie zalążków śmiechu Joela i jego rodziców stało się parokrotnie silniejszym przeżyciem.

That Dragon, Cancer

Takich pełnych niezwykłej atmosfery momentów, ujmujących fragmenty codzienności w ramy przenośni, dodatkowo osnutych doskonałą, emocjonalną ścieżką dźwiękową, znajdziemy mnóstwo. Jednocześnie nie są to wydumane komunikaty – Joel w kosmosie na pęku balonów ze szpitalnych rękawiczek lawirujący między smolistymi grudami nowotworu to obraz czytelny i fascynujący zarazem. Duże znaczenie ma tutaj również interaktywny aspekt doświadczenia – mamy kontrolę nad frunącym Joelem, ale nieważne jak dobrym graczem jesteśmy, jak zręcznym, nie możemy uratować chłopca. Zgubnych grud jest coraz więcej; mimo naszych starań przebijają kolejne balony, aż Joel spada.

Jesteśmy bezradni, ale nie w ten bierny, typowy widzowi sposób. Możemy podejmować działania; po prostu są one skazane na porażkę, podkreślają beznadziejność sytuacji. My również nie uratujemy chłopca. Ale my również spróbujemy. Przedstawienie jego walki z chorobą w formie oldskulowej platformówki z automatów to zresztą kolejny doskonały przykład zmieszania pozornie rozrywkowej spuścizny gier z niestrawną, ciężką tematyką.

3.

Choć That Dragon, Cancer nie opowiada tylko o walce Joela. Opowiada o walce wszystkich, którzy są do niej zmuszeni. Jednym z najbardziej poruszających momentów mojego trzygodzinnego doświadczenia z grą było odwiedzenie oddziału szpitalnego wypełnionego kolorowymi kartkami z życzeniami. Były wszędzie – na biurkach, szafkach, łóżkach, fotelach, sznurkach zawieszonych pod sufitem… Żadnego człowieka, tylko dziesiątki tęczowych kartek. Każdą mogłem otworzyć i przeczytać. Każda była dedykacją dla osoby, która walczyła z rakiem – to fundatorzy gry z Kickstartera dostali możliwość postawienia wirtualnego znicza dla bliskiej osoby.

That Dragon, Cancer

Jeśli wcześniej czułem się jak gość w świecie Greenów, na tym szpitalnym oddziale stałem się turystą cichego mauzoleum. Kartek zostawiono tyle, że w pewnym momencie zmęczyłem się ich czytaniem. Tyle osób przegrało. Tyle jeszcze przegra.

Wiadomości były wzruszająco różnorodne – od cytatów i prostych epitafiów z nazwiskiem zmarłego oraz datą śmierci, przez klasyczne wyrazy miłości, tęsknoty i szacunku, po intymne słowa w pełni zrozumiałe prawdopodobnie tylko dla głównego zainteresowanego. Niektóre – choć za mało, o wiele za mało – zaadresowane były do osób, które pokonały tytułowego smoka. Wszystkie, bez wyjątku, wzbudzały zarazem uczucie smutku i pokrzepienia. Jeśli wcześniej czułem się jak gość w świecie Greenów, na tym szpitalnym oddziale stałem się turystą cichego mauzoleum. Kartek zostawiono tyle, że w pewnym momencie zmęczyłem się ich czytaniem. Tyle osób przegrało. Tyle jeszcze przegra.

Jednocześnie atmosfera zjednoczenia w bólu i pogodzenia się ze stratą była niezwykła. Nagle zrozumiałem, że gra może opowiadać o Joelu, ale tak naprawdę chłopiec reprezentuje przerażająco długą listę osób zmarłych na raka lub pozbawionych przez niego ojca, matki, dziecka, przyjaciela… W ten sposób That Dragon, Cancer staje się pomnikiem na cześć wszystkich osób walczących ze smokiem – i tych dzierżących miecz, i tych służących wsparciem w katorżniczym boju. A kiedy to sobie uświadomiłem, poczułem dziwny spokój.

That Dragon, Cancer

I być może właśnie to w tej grze sprawia, że nie jest tylko surrealistyczną wycieczką przez ciemność, nie składa się wyłącznie z mdlących wrzasków cierpiącego dziecka i listów zrozpaczonych rodziców. Jest tutaj próba pogodzenia się ze stratą, odnalezienia światła, ciepła, sensu. Być może choćby dlatego warto zmierzyć się z That Dragon, Cancer. Kochamy smutek w sztuce, bo pomaga nam poradzić sobie z własnymi problemami, upiększa nasze prywatne cierpienie i pozwala się oczyścić. Zjednoczyć.

Nie inaczej jest z utworem Greenów. Wolałbym, żeby ta gra nigdy nie musiała powstać. Ale skoro już powstała, cieszę się, że jest właśnie taka. That Dragon, Cancer jest kolejnym, być może decydującym, krokiem gier w kierunku wymagających, poważnych i jednocześnie pięknych form twórczego przekazu. Powtarzam: w to nawet przez sekundę nie gra się z przyjemnością. W to gra się z drżącym sercem i ze łzami w oczach – i jeśli rozumiecie dlaczego to dobrze, to jest to tytuł dla Was. W naszym wciąż młodziutkim medium byliśmy już przyczyną i świadkiem niezliczonej ilości zgonów. Ale choćby zebrać je wszystkie do jednej, cyfrowej trumny, nie będzie miała ona takiego ciężaru jak nieunikniona śmierć Joela Greena.