Zmien skórke
Logo Polygamii

PolecamyThrustmaster T-GT – najdroższa, najlepsza, ale czy na pewno potrzebna?

To wypasiony sprzęt stworzony specjalnie z myślą o jednej grze. Niestety, mam na myśli najnowsze Gran Turismo.

Facebook Twitter Google Wykop

Wcale nie zamierzam udawać, że przed moim telewizorem przewinęły się wszystkie dostępne na rynku kierownice, a regularne sesje w tytuły wyścigowe naznaczona są w moim umyśle pogardą dla grających na padzie. Wręcz przeciwnie. Sprawdzałem co prawda wiele niedorzecznie kosztownych sprzętów, głównie na prasowych pokazach organizowanych przez dystrybutorów, gdzie immersją (lub „przeżyciem”) próbuje się odwrócić uwagę od niedoskonałości samej gry. W zaciszu domowym, jak przystało na pedanta, preferuję jednak przestrzeń. Tydzień z rozłożonym zestawem Thrustmastera uświadomił mi to jeszcze mocniej. Kwestia gustu, oczywiście. Z kurzem i kablami walczę jak lew. A tutaj nie dość, że przewody ciągną się przez pół pokoju, to jeszcze sama kierownica zajmuje tyle miejsca, co suszarka pełna schnących ubrań. Weteranom nie muszę o tym, jak sądzę, przypominać, ale żółtodzioby powinny wiedzieć – to gadżet, który wymaga od użytkownika pomieszczenia przeznaczonego do grania, własnej jaskini.

Chociaż czy na pewno „gadżet” jest odpowiednim słowem? T-GT kosztuje… 3500 złotych. Nawet alternatywy od tego samego producenta (T300) są tańsze o nieliche dwa tysiące. Mówimy tutaj o kwocie, za którą kupicie nową konsolę z ładnym zestawem tytułów, dwutygodniowe wczasy nad przejrzystym morzem, albo rozpoczniecie poszukiwania używanego samochodu. Dodatkowo – sprzęt powstał specjalnie z myślą o Gran Turismo Sport. Wiecie, tej właściwie nie tak wyśmienitej produkcji, która wcale nie usprawiedliwiłaby opróżnienia całego portfela. Oczywiście, działa także z pozostałymi tytułami z gatunku, niemniej różnica pomiędzy graniem na T-GT w Gran Turismo a w dowolną inną ścigałkę jest porównywalna do oglądania tego samego filmu w IMAX-ie oraz regionalnym kinie Wawel, gdzie projektor przegrzewa się przy filmach trwających ponad dwie godziny.

Mówimy tutaj o kwocie, za którą kupicie nową konsolę z ładnym zestawem tytułów

W skład zestawu wchodzą: kierownica z wypasionym silnikiem, podstawka z trzema pedałami, dość standardowa dla Thrustmaster (choć w całości metalowe pedały można tutaj delikatnie przesuwać w pionie oraz poziomie), i pełne okablowanie z charakternym zasilaczem w kształcie turbosprężarki. Może to ja nie mogę przeżyć szoku ceną, ale Gran Turismo Sport też powinno leżeć na dnie gigantycznego pudła. Kurier ledwo po schodach wnosił, mówię Wam. Do testów używałem metalowego stojaka Wheel Stand Pro, który z czystym sumieniem mogę polecić pod dowolne posiadane przez Was kółko. Jeżeli konstrukcja wytrzymuje natężenie wstrząsów T-GT, to wytrzyma każdy starszy sprzęt, nie ma najmniejszych wątpliwości. Złożenie całości do kupy to kwestia dwudziestu minut i proszę – oto jeden z najbardziej elitarnych zestawów, jakie postawicie przed swoim telewizorem. Tylko przypomnijcie sobie, gdzie po tygodniu grania schowaliście Gran Turismo.

Thrustumaster nawet nie próbuje udawać, że istnieje więcej niż jeden „właściwy” wybór w domowej biblioteczce. Z przodu kierownicy znajdziemy wymowny przełącznik z „GT” na „Other”. I wcale bym się nie zdziwił, gdybyście ich za to skrytykowali, ale to fakt – pełnię możliwości kierownicy zobaczycie TYLKO przy dziele Polyphony. Po przełączeniu na drugi tryb ta bestia kurczy się do rozmiarów „zwykłego” sprzętu (T300 chociażby). Nie myślcie, że grając w Project Cars 2 lub Dirta 4 zostaniecie wystrzeleni w motoryzacyjny kosmos. Zgodnie ze swoją szczeniacką naturą zrobiłem jeszcze coś, o czym marzyłem od dawna – na sprzęcie za kilka tysięcy zagrałem w arcade’ówkę (padło na Drivecluba). Dostałem słabe wyczucie wychyleń koła oraz podstawowe, płaskie wibracje. No i szło mi dość opornie, czego mogłem się przecież spodziewać. Pragnę również rozczarować cwaniaczków, którzy na sprzęcie planują ponowne zaliczenie gigantycznej kariery w Gran Turismo 6 – zestaw nie jest kompatybilny z PlayStation 3. Można na nim pograć na pececie, ale tutaj podobna zasada: jeśli to nie gra Yamauchiego, lepiej zainwestować w coś kosztującego o ponad połowę mniej.

Oto jeden z najbardziej elitarnych zestawów, jakie postawicie przed swoim telewizorem

Dobra, znaleźliśmy pudełko z Gran Turismo Sport. Przełączamy na tryb „GT”, po czym… kosmos. Tylko tak można streścić te doznania. Stuprocentowo proporcjonalny force feedback zasilany olbrzymią bazą, potężne wibracje, przy których trudno utrzymać kierownicę w dłoniach, idealne oddanie zachowania samochodu, odczuwalna imitacja zawieszenia, delikatny orgazm zajawkowicza przy każdym wypadnięciu z trasy oraz totalny brak słów podczas jazdy na szutrze. Przy T-GT spokojnie można odpalić losową czasówkę i kręcić takie same okrążenia następne półtorej godziny, wyłącznie po to, by z satysfakcją pracować nad perfekcyjnym przejazdem i odczuwać wszelkie najdrobniejsze efekty kierownicy. Nie jestem technicznym człowiekiem, nie lubię rzucać wymyślnymi terminami dla garstki czytelników lub istnymi tabelkami statystyk, które i tak są w sieci. Ale zapewniam, że immersja przy kombie „T-GT + GTS” jest porównywalna do grania w wielkiej machinie rzucającej pechowym kierowcą jak lalką przy każdej kraksie (bawiłem się z tak z Project Cars 2 w Kolonii). Odczucia są wspaniałe, po prostu.

Granie w tym trybie jest aż tak przyjemne, że niemalże gasną standardowe bolączki nowego Gran Turismo. Niemalże. Przypominam, że to na razie dość mała produkcja, więc możliwości są mocno ograniczone. Wymagające oddańczego posłuszeństwa i kupy wolnego czasu rozgrywki sieciowe, małe zróżnicowanie warunków atmosferycznych, wstydliwy w porównaniu z poprzedniczkami oraz konkurencją garaż. Dopiero na kierownicy prawdziwe ukłuje też poczucie pędu, czy też jego brak w produkcji Polyphony. Jeżeli zamierzam wejść zakręt ze stówką na liczniku, chciałbym się tego bać. A się nie boję. Thrustmaster próbuje to zrekompensować – gdy zasuwam na maksymalnych obrotach, nawet jeśli tego „nie widzę” na ekranie, przynajmniej koło wymaga żelaznego uścisku. A zatem bogaty gracz, który planuje od początku do końca poznawać Sport na T-GT, ma szansę tym tytułem się mocniej zachwycić.

Co tak naprawdę nie powinno dziwić w przypadku równie elitarnego zestawu. Czy fakt, że wyłącznie jedna gierka wykorzystuje maksimum możliwości kierownicy za 3500 złotych, może być skutecznym argumentem przeciw jej kupnu? Nie, jeżeli za kilka(naście) miesięcy Polyphony rzeczywiście rozbuduje swoje dziecko, a cena kierownicy odrobinę spadnie. Wtedy znajdą się zajawkowicze, którzy nie poczują wyrzutów sumienia. I dobrze, bo płynące z zabawy wrażenia są niezapomniane.

Adam Piechota

Tekst powstał we współpracy z Thrustmaster

  1. 22:47 01.11.2017
    thrust

    Aż się zarejestrowałem, artykuł jest tak niejasny że muszę dopytać, czy naprawdę nie sprawdziłeś kierownicy choćby z Assetto corsa? Porównywanie GTS vs randomowe arcade to czego się spodziewałeś?

    Ukryj odpowiedzi()
    • 17:05 02.11.2017
      AntoniNasObroni

      A czegóż się spodziewałeś po sponsorowanym artykule na polygamii? Tutaj ludzie piszący często nie mają bladego pojęcia o czym piszą jak choćby z VR i praktycznie każdym poważnym symulatorem. Ja po przeczytaniu tego, pożal się boże, artykułu tylko wzruszyłem ramionami że to kolejny marketingowy bełkot i tyle. Założę się że w środku bebechy są prosto z T300 właśnie a jedynie zaimplementowany software i pare gadżetów jak ten buttkicker zamontowany z przodu dobrze współgra z GT sport. Ale fanboye playstation się i tak rzucą jak na szczerbaty na suchary 😉

  2. 02:14 02.11.2017
    Marrond

    Uhhh… zdecydowanie nie najlepsza i nie najdroższa… simowcy kupują dużo droższe konstrukcje, często robione w niskim nakładzie na zamówienie. Z drugiej strony simowcy nie grają na konsolach…