Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeSteamburg – recenzja. Chmura twój wróg

Trudno uwierzyć w bezsensowność tej gry.

Facebook Twitter Google Wykop

„Drogi Vincencie,

Wiem, że wielokrotnie powtarzałam Ci, że prędzej czy później odkryjesz coś, w czym okażesz się naprawdę dobry. Że po latach bezowocnej pracy i nieprowadzących donikąd badań nad elektrycznością trafisz na swój moment. Wiem też, że wymyśliłeś to śmieszne urządzonko, co je rzucasz na ziemię i ono robi „bzz bzz bzz”, co przypadkiem zwraca uwagę podbijających ziemię robotów.

Platformy: PC
Producent: Telehorse
Wydawca: Microids Indie
Data premiery: 02.11.2017
Wersja PL: Napisy
Wymagania sprzętowe: Intel Core i3, 4 GB RAM, NVIDIA GeForce 9600 GT
Grę do recenzji dostarczył developer. Zdjęcia pochodzą od redakcji.

Może myślisz sobie, że za jego pomocą uratujesz świat. Jeżeli tak jest, to przestań. Vincent, na wszystko co piękne, dobre i słuszne, człowieku, Ty nie potrafisz poruszać się po okolicy, jeżeli nad głową leci Ci chmura albo sterowiec. Daj sobie spokój.

Twoja mama”.

Vincent nie posłuchał.

Ba, miał nawet na tyle tupetu, by powiedzieć, że to właśnie jego wynalazek może ocalić ludzkość przed zagrożeniem ze strony  morderczych maszyn. Bo jest w stanie zwabiać je w okolice Cewek Tesli, zaprojektowanych przez, no zgadnij Vincencie, przez kogo zaprojektowanych, na pewno nie przez ciebie.

Źródło bólu i cierpienia

Nic w tej grze nie ma sensu! Steamburg, stworzony przez polskie studio Telehorse, nie sprawdza się na poziomie narracyjnym, artystycznym, mechanicznym, nie mówiąc już o zwyczajnie rozrywkowym. To gra, przy której tworzeniu nikt nie zadał najwyraźniej jednego, podstawowego pytania – czemu ktokolwiek miałby chcieć w to grać? Po co? Co miałby z tego wynieść?

Nic w tej grze nie ma sensu

Na pewno nie wyzwanie logiczne. Steamburg to zbiór pojedynczych plansz, zajmujących zawsze jeden ekran, w których zadaniem jest wmanewrowanie stojących sobie spokojnie robotów w okolice wspomnianych Cewek Tesli. Tak, by wszystkie mordercze maszyny z poziomu zostały przez nie zniszczone. Jedyny dostępny głównemu bohaterowi oręż to kulki, odwracające uwagę robotów.

Kulek jest ograniczona liczba, trzeba więc trochę pokombinować, w jakiej kolejności i w którym miejscu je rzucić, by zwabić roboty w pułapkę. Mniej tu jest myślenia, więcej metody prób i błędów. W rzucie izometrycznym, wykorzystywanym przez grę, niewiele widać.

Trudno przewidzieć, kiedy dany robot zareaguje na przynętę, a kiedy nie. Kiedy zauważy głównego bohatera i ruszy w jego kierunku, a kiedy go zignoruje.

Całość to więc taka zabawa w Benny Hilla, że zaczynamy biegać, rzucać te rzeczy w lewo i prawo i patrzeć, jak reagują na to roboty, umieramy, powtarzamy, powtarzamy, ten sam, jeden, wkurzający, irytujący poziom, i w kółko, i w kółko, chociaż wiemy już dokładnie, jakie jest rozwiązanie, ale ani ta kamera nie pomaga, ani sterowanie wyłącznie kursorem myszy, na którym w ogóle nie  można polegać, i umieramy znów, i powtarzamy znów, aż w końcu jakimś cudem się uda, tylko po to, żeby „nagrodą” był kolejny, jeszcze bardziej irytujący etap i w tej grze nie ma praktycznie nic więcej.

Dawno się tyle nie nakląłem przed komputerem.

Stać cię na więcej

Chciałbym również napisać, że żartowałem z tymi chmurami i sterowcami. Ale nie! Kiedy taki obiekt przelatuje przez planszę, potrafi zasłonić jej spory kawałek – w tym miejsce, w którym znajduje się aktualnie główny bohater. I nic wtedy nie widać. Trzeba po prostu stać i czekać, aż chmura poleci sobie dalej. Czemu? Czemu Vincent nie widzi tego, co jest naokoło niego, kiedy ma nad  głową chmurę? To nie ma kompletnie żadnego sensu. Vincent, nie powinieneś ratować świata, skoro w poruszaniu się przeszkadzają ci chmury.

Żeby chociaż wprowadzało to jakieś dodatkowe wyzwanie czy intrygujący mechanizm. Wtedy może dałoby się wybaczyć idiotyzm tego konceptu. Ale nie, po prostu od czasu do czasu ktoś zasłoni ci, graczu, kawałek planszy tak, że nie będziesz tam nic widział i masz po prostu poczekać. W dodatku twórcy doskonale wiedzą o tym problemie, bo wprowadzają w grze urządzenie nazwane „odchmurzaczem”.

Dawno się tyle nie nakląłem przed komputerem.

Przecież to jakby FPS regularnie co kilkanaście minut wyłączał graczowi możliwość obracania się i jeszcze miał czelność wprowadzić umiejętność, pozwalającą na pewien czas zignorować ten efekt. To niewiarygodne, że ktoś mógł pomyśleć, że to jest dobry pomysł.

Za nic w świecie

Reszta Steamburga nie jest wcale lepsza. Fabuła jest tu tak pretekstowa i tak pozbawiona jakiejkolwiek iskry, że człowiek denerwuje się tylko, że dialogów, prowadzonych przez głównego bohatera pomiędzy misjami, nie można szybciej przewijać. Wpleciony w ratowanie świata wątek osobisty tylko dodatkowo dobija odbiorcę. Vincent szuka swojej zaginionej ukochanej, gracz kibicuje,  żeby mu się nie udało. Serio dziewczyno, stać cię na więcej niż wąsacz z bzyczącymi kulkami, który traci wzrok, jak ma nad głową chmurę.

Nie jest to wszystko szczególnie atrakcyjne ani na obrazkach, ani w ruchu. Plansze są do siebie wizualnie bliźniaczo podobne, znajdujące się na nich obiekty kompletnie pozbawione charakteru. Część z nich (np. wspomniany sterowiec) sprawia wrażenie modeli 3D bez jakichkolwiek tekstur, tylko ocieniowanych i wrzuconych do gry na odwal. Muzyka zaczyna irytować po 10 minutach. Aktorzy czytający dialogi są tak znudzeni, że łatwiej przejąć się ich marnym losem podczas tych nagrań niż postaciami, które mają odtwarzać.

Nie ma w tej grze nic, co sprawiałoby jakąkolwiek radość, przyjemność czy satysfakcję.

Dominik Gąska

ZAGRAĆ?
NIE
1.0