Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeShadow Warrior 2 – recenzja. Kontynuacja jakich mało

Ambicja. Jedno z moich ulubionych słów. Tak się jakoś składa, że odnoszące największe sukcesy polskie firmy growe dobrze znają jego znaczenie.

Facebook Twitter Google Wykop

Każda kolejna część Wiedźmina była większa, lepsza, ambitniejsza. Techland ambitnie rozwinął formułę Dead Island w znakomite Dying Light. A teraz do tego zacnego grona dołącza Flying Wild Hog. Jak nazywa się ambicja w wykonaniu Flying Wild Hog? Wangbicja.

Platformy: PC; w planach również PS4 i Xbox One
Producent: Flying Wild Hog
Wydawca: Devolver Digital
Data premiery: 13.10.2016
Wymagania: Intel Core i3-6300 (2 * 3800) or AMD A10-5800K APU (4 * 3800) ; 8GB RAM; GeForce GT 560Ti (1024 MB) or Radeon HD 6850 (1024 MB)
Grę do recenzji udostępnili autorzy, zdjęcia pochodzą od redakcji

Ok, to może nie był najlepszy żart, ale wszyscy fani pierwszego Shadow Warriora wiedzą, czego spodziewać się po scenariuszu i dialogach drugiej części. Shadow Warrior 2 rzuca żartami na prawo i lewo, od odzywek Lo Wanga podczas walki przez uszczypliwe dialogi między postaciami na nazwach broni skończywszy. I wiecie co? Te wszystkie żarty z penisów wcale nie przeszkadzają.

Wangować każdy może

Na samym początku gry obawiałem się, że zaczną bawić dopiero po jakimś czasie, kiedy słowo „Wang” tak bardzo wbije się człowiekowi w głowę, że nawet najgłupsze zabawy słowne zaczynają śmieszyć, ale nie… Shadow Warrior 2 w najlepszym wypadku potrafi naprawdę rozbawić, w najgorszym zaś po prostu pozostawia człowieka obojętnym wobec dialogu, ale nigdy nie irytuje. Przez ani jeden moment nie wydaje się, że coś tu jest wymuszone czy wstawione na siłę.

Grając w Shadow Warriora 2 ma się poczucie, że jego twórcy świetnie bawili się podczas pracy.

Grając w Shadow Warriora 2 ma się poczucie, że jego twórcy świetnie bawili się podczas pracy. Wspomniane powyżej poczucie humoru przenika bowiem z postaci i ich odzywek w świat gry. To nie jest przestrzeń, która próbuje sprzedać nam swoją wiarygodność, wręcz przeciwnie, na każdym kroku podkreślany jest jej umowny, popkulturowy charakter. Choćby przez liczne nawiązania do innych gier czy filmów.

Dla przykładu, jeden z pistoletów żywcem wyjęty z „Łowcy androidów” nosi nazwę DECK-ard. Podczas jednej misji w Zilla City, futurystycznym, lśniącym mieście, któremu klimatem bliżej do pierwszej gry Flying Wild Hog, czyli Hard Reset, napotykamy większego przeciwnika noszącego dumną nazwę Unit-65 Commodore. Służąca do walki wręcz piła mechaniczna zaś to Warrrsaw. Ktoś bardzo dobrze się tu bawił podczas pracy i to poczucie dobrej zabawy przerzuca się na gracza jak stara piosenka, której człowiek nie może sobie wybić z głowy.

Lepsze cztery Wangi w garści niż jeden

A w czym, zapytacie, przejawia się wspomniana na początku artykułu ambicja, skoro jak na razie dowiedzieliśmy się, że w Shadow Warriorze 2 jest pełno dobrych żartów? Ano w rozwinięciu w zasadzie wszystkich elementów rozgrywki i dodaniu do tego kilku nowych. No bo powiedzcie, jaka druga część liniowej strzelanki dodaje w kolejnej odsłonie otwarte mapy, misje poboczne, dziesiątki rodzajów broni oraz możliwości ich modyfikacji, a do tego jeszcze tryb współpracy? Odpowiedź brzmi: żadna.

Wangów nie zabraknie

Tak naprawdę dzisiejsi twórcy grają bardzo bezpiecznie. Jeśli tylko udało im się znaleźć formułę, która spodobała się graczom, to nie starają się jej raczej zmieniać ze strachu przez naruszeniem nie zawsze do końca rozumianej delikatnej równowagi elementów rozgrywki. Flying Wild Hog pokazuje takiemu podejściu swojego wanga. Dorzuca więc nieliniowe, otwarte poziomy, w których istnieje wiele ścieżek dojścia do celu, zaś wszystkie one okupowane są przez przeciwników. Do miejscówek, które już zwiedziliśmy możemy sobie wrócić w poszukiwaniu lepszych przedmiotów lub aby wypełnić misje poboczne dla tej czy tamtej postaci, co zdecydowanie zwiększa ilość godzin, które w Shadow Warriora 2 można wbić.

Kolejną nowością w stosunku do oryginału są modyfikacje broni, których w grze znajdujemy na pęczki. Na początku wydaje się, że dotyczą one tylko i wyłącznie lekkiej zmiany tej czy tamtej cechy danej spluwy, jak choćby obrażeń zadawanych mniejszych przeciwnikom czy czasu przeładowania magazynku, ale już po chwili zaczynamy znajdować modyfikacje, które naprawdę potrafią zmienić rozgrywkę. Irytuje was, że nie można używać dwóch spluw jednocześnie? Nie ma sprawy, jest na to modyfikacja. Chcielibyście, aby ładunki wybuchowe wystrzeliwane z granatnika zamiast odbijać się dookoła przyklejały się do wroga? Nie ma sprawy. Trzeba je tylko znaleźć, ale sądząc po częstotliwości ich wypadania z ciał i skrzynek nie powinno z tym być problemów.

Jedna z wielu śmiercionośnych zabawek

Do tego wszystkiego dochodzi żywcem wyjęty z action-RPG-ów system umiejętności i wytrzymałości przeciwników. Najprostsi wrogowie nie są trudni do pokonania, wystarczy wcisnąć w nich wystarczająco dużo amunicji albo naciąć ich w odpowiedniej ilości miejsc i po sprawie. Z bossami jest już trochę większy problem, ponieważ wykazują się oni odpornością na niektóre z naszych ataków, ale nie martwcie się, napakowanie pociskami położy tak czy siak każdego. System odporności sprawia, że kombinowanie z upgrade’ami broni ułatwia rozgrywkę i sprawia, że jest ona ciekawsza. Dzięki temu w naszym arsenale nosimy uzbrojenie przystosowane do konkretnych rodzajów przeciwników. Dodaje to lekki element kombinowania z rozwijaniem postaci.

System odporności sprawia, że kombinowanie z upgrade’ami broni ułatwia rozgrywkę i sprawia, że jest ona ciekawsza.

Nasz bohater zyskuje również punkty, które możemy wydać na konkretne umiejętności zaprezentowane w formie kart do gry. Podobny system istniał już w poprzedniej części, ale tutaj jest on zaprezentowany dużo przejrzyściej i ciekawiej. Grałbym w taką karciankę.

A na koniec dodany zostaje tryb współpracy, który w zasadzie zmienia Shadow Warriora 2 w troszkę mniejsze Borderlandsy. Niestety nie udało nam się go przetestować ze względu na problemy techniczne. Zrobimy to po premierze. Muszę tylko wspomnieć, że podczas samotnej gry nie odczułem ani przez chwilę, że jest ona zaprojektowana tylko i wyłącznie pod większą ilość graczy, co się chwali. Zbyt często przy tworzeniu gier do trybów osobowych zapomina się o tym, że nie zawsze człowiek jest w stanie zebrać odpowiednio dużą ekipę albo ma ochotę pobiegać sam.

Jeden Wang, wiele śmierci

Ambicja jest fajna, ale tylko wtedy, jeśli to, co dzięki niej powstaje, jest dobre. A jaki jest Shadow Warrior 2 podczas rozgrywki? Wpisuje się on w wyśmienity strzelankowy trend nieprzejmowania się realizmem i taktyką. Podobnie jak w Doomie, tutaj ważne jest zachowanie odpowiedniego tempa walki, i właściwego wykorzystania broni. Amunicja potrafi się szybko kończyć, więc lepiej jest nosić przy sobie kilka ulubionych rodzajów broni, choć zawsze pozostaje do wykorzystania broń biała (albo pazurowa), która w mig pokroi przeciwników na kawałki.

Rozgrywka w Shadow Warriorze 2 jest więc po prostu radosna, jeśli w ogóle można użyć takiego przymiotnika w kontekście gry o strzelaniu do setek przeciwników, potwornych, ludzkich czy mechanicznych. W kwestii różnorodności mięsa armatniego utwór ma bowiem wiele do powiedzenia. Ani przez moment człowiek nie czuje, że widział już wszystko i jest na wszystko przygotowany. Kiedy już myśli, że nic mu nie zagrozi, atakuje go chmara radośnie piszczących stworów-samobójców, samoleczący się drzewiec albo irytująco śmigający dookoła dron. Albo niegroźnie wyglądający potworek, który zmienia się w groźnego giganta. Albo mech strzelający rakietami. Albo cyberninja.

Zemsta atarowca, co dostawał z gumowca
Wang kończący

Premiera nowego Dooma i Shadow Warriora 2 sprawiły, że rok 2016 oficjalnie stał się wyśmienitym rokiem dla strzelanek pierwszoosobowych. O ile jednak ta pierwsza gra to jednak liniowy shooter (choć genialny), to Shadow Warrior 2 zaprojektowany został po to, aby cieszyć dłużej. Tak w ogóle to wydaje mi się, że to była jedna z ambicji twórców. Skoro pierwszy Shadow Warrior tak bardzo się spodobał, to powiększmy drugą część, ale nie po prostu przez dodanie większej ilości poziomów, ale całego grona elementów, broni i upgrade’ów, które pogłębiają i wydłużają rozgrywkę oraz zachęcają do ponownego odwiedzania miejscówek. Wyśmienita strzelanka, która nie traktuje samej siebie zbyt poważnie, ale graczy – już tak.

ZAGRAĆ?
TRZEBA
5.0
Michał Piwowarczyk

  1. 12:51 13.10.2016
    DontBeSoRambo

    No i super, mamy kolejnego shootera w którego da się grać w tym roku!

    Ale recenzja jakaś taka sucha jakoś za mało tekstu o tym… jak się wam grało.

  2. Ukryj odpowiedzi()
  3. Aimagylop
    15:50 13.10.2016
    Aimagylop

    Poprosiłbym w recenzji o sprecyzowanie czym jest tryb współpracy: czy można przejść główną część fabularną w co-opie czy jest to oddzielny tryb tak jak w szrotach pokroju darkness 2 albo far cry 3?

  4. 10:02 14.10.2016
    soulsonist

    Pamietam ze pierwszego Shadow Warrior przeszedlem do polowy, pozniej musialem wymienic dysk w kompie I juz do gry nigdy nie wrocilem, ale zabawa byla przednia. Wiadomo bylo ze z kazdym kolejnym miejscem tak naprawde wchodzi sie do mniejszej lub wiekszej areny w krorej celem bedzie wybicie wszystkiego w kolo, ale mechanika gry I czysta frajda z pokonywania przeciwnikow wynagradzala powtarzajacy sie schemat. Mam nadzieje ze w 2 bedzie podobnie, chociaz martwi mnie troche wzmianka o tymz e amunicja konczy sie szybko, z jednej strony urozmaica to gre I zmusza do kobinownaia, zmieniania broni I taktyki, z drugiej czasami nie ma nic przyjemniejszego niz isc przez plansze rozwalajac jej znaczna czesc na „jednym” magazynku 🙂