Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeNight in the Woods – recenzja. Chodźcie na dwór

Do Firewatch i Oxenfree dołącza nowe dzieło, tworząc świętą trójcę „gier dialogowych”.

Facebook Twitter Google Wykop

Poznajcie Mae – dwudziestoletnią dziewczynę, która rzuciła właśnie studia i wraca po dwóch latach do swojego rodzinnego miasteczka. Swego czasu zostawiła tu nie tylko rodzinę, ale i bliskich przyjaciół; ci zdążyli się trochę zmienić, wydorośleć, małomiasteczkowe realia nie pozostawiły im bowiem zbyt wielkiego wyboru. Mae żyła zgoła innym, studenckim życiem. Zdaje się trochę oderwana od tutejszej rzeczywistości, wyjęta z kontekstu, jakby wciąż była świeżo upieczoną absolwentką lokalnego liceum, biegającą po rusztowaniach i szukającą rozróby.

Platformy: PC, PS4
Producent: Infinite Fall
Wydawca: Finji
Dystrybutor: –
Data premiery: 28.02.2017
Wymagania: Intel i5 Quad-Core; 4 GB RAM; Intel HD 4000
Graliśmy na PC. Grę do recenzji udostępnił GOG.com, zdjęcia pochodzą od redakcji.

Zastygła w czasie, podobnie jak samo Possum Springs. To mała, górnicza miejscowość przygarbiona gdzieś na skraju lasu, w cieniu wzgórz. Młodzi zazwyczaj uciekają stąd przy pierwszej okazji. Starzy ciężko pracują lub ciężko u nich z pracą. Czas płynie wolno, lokalna galeria handlowa przypomina grobowiec, a szwankujący sygnał telefoniczny sprawia, że nie warto nawet korzystać z komórek. I tak jak wiele innych podobnych miasteczek, tak i Possum Springs zdaje się mieć nie tylko swój własny urok, ale i własny sekret.

Ale to nie tajemnica będzie siłą napędową opowieści, tylko wspomniani przyjaciele. Jeśli chcecie szybko dowiedzieć się, czym właściwie jest Night in the Woods, to powiem wam, że jest to gra o wychodzeniu na dwór ze znajomymi. O jedzeniu pizzy, próbach zespołu w kanciapie, alkoholowych kompromitacjach i leżeniu na torach kolejowych w leniwy, jesienny dzień. O porno pieńku, rybach-dinozaurach i tym dupku z imprezy, który próbuje wyrwać laski pseudowrażliwą grą na gitarze. Ale też o tęsknocie za przeszłością, zagubieniu, alienacji, braku perspektyw, depresji i próbach odbudowania dawnej więzi. Mae stoi w rozkroku między dawną, nastoletnią beztroską a dorosłością, która czeka na nią na zimnym przystanku, potupując nogą i zerkając nerwowo na zegarek.

2017-03-01 10_16_45-Greenshot
Widzicie go? Tam jest, na drugim planie - dupek z gitarą

Młodzi zazwyczaj uciekają stąd przy pierwszej okazji. Starzy ciężko pracują lub ciężko u nich z pracą

Niesamowite jest to, jak twórcom udało się celnie zaakcentować wszystkie te wątki. Night in the Woods to przede wszystkim niezwykle dojrzały scenariusz, który w jednej chwili będzie śmieszył błyskotliwie absurdalnymi dialogami, by po chwili sprowadzić na ziemię tak precyzyjnym portretem obyczajowym, że nie sposób nie odnieść go do własnych doświadczeń. Bo nawet jeśli nie wszyscy utożsamią się ze słodkim, małomiasteczkowym marazmem Possum Springs, to każdy znajdzie tutaj jakąś cząstkę własnych strachów, doświadczeń czy przemyśleń. Do tego stopnia, że nawet kiedy już wyłączy grę, poruszone w środku struny dalej będą drżeć.

A mamy też przecież oderwaną rękę. I to akurat nie jest żadna metafora. Mae ze znajomymi znajdują kończynę przed lokalną pizzerią. Nie wiadomo, do kogo należy i kto ją tutaj zostawił. Bardziej niż strach budzi fascynację, na tle nudnego krajobrazu miasteczka jawi się bowiem jak rekwizyt z filmu. I choć tajemnicza ręka nie ma może pięknego uśmiechu i nie jest lokalną królową balu, to w Possum Springs pełni podobną funkcję co znaleziona w folii Laura Palmer.

Intryga przez większość czasu pozostaje na drugim planie. Rytm gry wybijają kolejne pobudki Mae i skromne przygody przeżywane z odzyskanymi po latach przyjaciółmi. I nie tylko z nimi – zwiedzając ulice w urokliwym, rysowanym 2D, wejdziemy w interakcję z wieloma postaciami, które będą sprawiać wrażenie niecodziennych i realnych zarazem. Nauczyciel zafascynowany gwiazdami, piętnastoletnia outsiderka, szczury mieszkające w brzuchu zapomnianej maskotki z dzieciństwa… Night in the Woods to dziesiątki takich mniejszych i większych historii. Czasami tak cudownie przyziemnych, że aż trzeba się położyć i przyłożyć ucho do asfaltu. Mówi się, że przejście gry zajmuje jakieś osiem, dziesięć godzin, ale osobiście w Possum Springs spędziłem tych godzin z trzynaście – nie chciałem przegapić żadnych wątków pobocznych. Rzadko w grach trafia się na tak wysoką jakość pisania i potem szkoda się z nią rozstawać.

2017-03-01 12_14_22-Greenshot

W grę warto zagrać więcej niż raz. Nie dość, że nawet po parunastu godzinach można przeoczyć niektóre wątki poboczne, to dochodzi jeszcze kwestia wyborów. Czasami nie sposób spotkać się ze wszystkimi naraz, musimy więc decydować, z kim spędzimy popołudnie. Podczas jednej rozgrywki nie przeżyjemy wszystkich przygód.

Night in the Woods to dziesiątki takich mniejszych i większych historii. Czasami tak cudownie przyziemnych, że aż trzeba się położyć i przyłożyć ucho do asfaltu

Dlatego zazwyczaj po wyjściu z domu szwendałem się po ulicach miasteczka, chłonąc jego melancholijną, swojską atmosferę. Do tego tak naprawdę sprowadza się sama gra, także pod względem rozgrywki. Tu i tam pojawią się elementy platformowe, bo Mae lubi zwiedzać Possum Springs także na dachach i słupach energetycznych. Kilka razy trafią się też nieoczekiwane minigierki ilustrujące nasze działania. Poza tym jednak spacerujemy i gadamy, gadamy i spacerujemy, dzień za dniem.

A jeśli w pewnym momencie zmęczy nas taka formuła – każdy potrzebuje czasem zmiany tonu – twórcy włożyli do swojej gry… inną grę. Nazywa się Demontower, znajduje się w laptopie Mae i jest wszystkim tym, czym nie jest Night in the Woods – dynamiczną, prostolinijną grą akcji o zabijaniu szkieletów i wymagających bossów. I nawet nie spodziewacie się, jaka to piekielnie wciągająca zabawa. W pewnym momencie za każdym razem, gdy wracałem wieczorem do domu, zamiast pójść bohaterką spać, odpalałem jeszcze laptopa i przeżyty w grze dzień odreagowywałem umieszczoną w grze grą. Ale meta, co? Demontower funkcjonuje jako świetnie wkomponowany kontrast do leniwego tempa Night in the Woods. Myślę, że spokojnie spędziłem z dwie godziny na samym łojeniu potworów i powtarzaniu coraz trudniejszych poziomów.

Potem, zrelaksowany bezmyślną rzeźnią testującą moją zręczność, wracałem z głębin Demontower na powierzchnię Night in the Woods, do spraw znacznie bardziej skomplikowanych niż sposób na zabicie plującego lawą żywiołaka ognia. Na przykład rozmowy o studiach z mamą. Zawsze towarzyszyła mi przy tym muzyka – tak dobra, że gdy pierwszy raz uruchomiłem grę, pięć minut spędziłem w menu, słuchając z zachwytem głównego motywu. W przerwach od pisania akapitów tej recenzji, przeszukuję sieć w poszukiwaniu poszczególnych numerów, bo na rynku nie ma jeszcze oficjalnej ścieżki dźwiękowej.

Piosenki potrafią być bardzo zróżnicowane – od mistycznej, ambientowej ody do lasu w nocy, przez sentymentalną melodię na cymbałkach, po chwytliwą, nieco ckliwą „popówkę”. Mało tego, w pewnych sekwencjach sami mamy kontrolę nad brzmieniem i kompozycją. I chyba już na screenach widzicie, że w parze z pierwszorzędną muzyką idzie charakterystyczny styl graficzny. Trochę w nim Oxenfree, a trochę unikatowego sznytu autorów, pełnego barw, minimalizmu i pociesznych zwierzakoludzi.

2017-03-01 10_42_05-Greenshot
Demontower rządzi!

Niestety, Night in the Woods ma dwie wady – merytoryczną i techniczną. Pierwsza sprowadza się do ostatniego rozdziału, który zbyt nagle i niezdarnie zmienia ton opowieści. Do tego momentu poważnie rozważałem najwyższą notę. Trudno jednak zignorować takie potknięcie, tym wyraźniejsze na tle dotychczas świetnie prowadzonej historii. Epilog wraca już na odpowiednie tory, ale poprzedzające go pół godziny jest jak rozstrojony bas w fantastycznym utworze, zgubione tempo na perkusji, pomyłka w zwrotce. Do technicznych mankamentów zaliczam natomiast bardzo dużą liczbę ekranów ładowania. Nie są długie, ale potrafią pojawiać się co kilka sekund – przy wejściu do pokoju, po wyjściu z domu, podczas przechodzenia do następnej partii miasta… W tytule tak nastawionym na wędrówkę potrafi to trochę zmęczyć.

Tak czy inaczej ci, którzy szukają nieśpiesznej, magicznie powszedniej opowieści psychologicznej, nie mogą trafić lepiej. Zakochacie się w Possum Springs i wszystkich życiach, które płyną z jesiennym nurtem miasteczka. Równie często będziecie śmiać się z poszczególnych żartów czy sytuacji, co popadać w niezbyt wesołą zadumę. A miejscami może nawet zmierzycie się z niewidzialnymi ninja krojącymi przy waszych oczach cebulę. Są takie momenty, kameralne i zbyt znajome, gdy potrafią być bardzo uparci. Sam z nimi trochę przegrałem.

Patryk Fijałkowski

ZAGRAĆ?
WARTO
4.5

  1. 15:14 08.03.2017
    Adam Piechota

    Patryk jeszcze nie wie, że jego „chodźcie na dwór” może rozpocząć dyskusję o regionalizmach w języku polskim!

    Ukryj odpowiedzi()
  2. Freszu
    16:57 08.03.2017
    Freszu

    Too bad you didn’t die at writing this review.

    Ukryj odpowiedzi()