Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeGwiezdne wojny: Ostatni Jedi – recenzja. Szkoła R2-D2

Spokojnie, w środku nie znajdziecie żadnych spoilerów. Ba, nie powiem wam nawet, na czym polega główny wątek.

Facebook Twitter Google Wykop

Nie chciałem, żeby się kończyło.

Brzmi wystarczająco dobrze, co? Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z najlepszą częścią „Gwiezdnych wojen” w historii, jak sugerowały pierwsze, klasycznie entuzjastyczne opinie. Ale serce tego uniwersum bije głośno w każdej minucie filmu. To nie ulega wątpliwości. I nie chodzi tylko o obowiązkowy repertuar z walkami na miecze świetlne i kosmicznymi bitwami na czele, nie chodzi o kupę rekwizytów i kultowe udźwiękowienie czy przepiękne pejzaże obcych planet, nie chodzi nawet o Luke’a Skywalkera, choć Mark Hamill ponownie udowadnia, że jest utalentowanym skurczybykiem – nie, chodzi przede wszystkim o rytm tego filmu, jego awanturniczego ducha, poczucie wielkiej przygody, które pojawia się w pierwszych minutach i pozostaje aż do napisów końcowych.

Ta czysta, entuzjastyczna magia – przepraszam, Moc – pozostaje żywa. Samo to jest już dużym sukcesem, biorąc pod uwagę, że teraz „Gwiezdne wojny” dostajemy co roku. Od czasów „Przebudzenia Mocy” szaleńcza, podlana nostalgią ekscytacja zdążyła osłabnąć. „Ostatni Jedi” naturalną koleją rzeczy mają bardziej pod górkę niż siódma część, film musiał więc zrobić coś więcej niż tylko uciekać się do przepisania starego scenariusza.

Częściowo mu się udało. Seans momentami przypomina jednak obstawianie wyników na wyścigach, gdy co rusz zastanawiamy się, czy w danej sytuacji fabuła pójdzie po linii najmniejszego oporu, czy jednak spróbuje nas zaskoczyć. Bywa różnie; jest lepiej niż w „Przebudzeniu”, ale ostatecznie mam wrażenie, że analogii wciąż jest zbyt dużo. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że twórcy z tych podobieństw korzystają z pełną premedytacją i czasami się nimi bawią. „Tani chwyt”, mówi Luke, gdy R2-D2 w sentymentalnej scenie odwołuje się do przeszłości, i trudno nie odebrać tego jako metakomentarza, zdającego się uspokajać widzów: spokojnie, widzimy to. Wiemy, co robimy. Tak, ewidentnie wiedzą, potwierdzają to choćby ostatnie sekundy filmu, ale nie każdemu ich podejście przypadnie do gustu.

Gdy jednak nie patrzy się na zbyt nachalne kalki z „Imperium kontratakuje” (czy nawet „Powrotu Jedi”), „Ostatnich Jedi” ogląda się zwyczajnie fantastycznie. Mówiłem o dynamice całej przygody, ale duża w tym też zasługa postaci. Każdy bohater nowej i starej ekipy – może poza Chewbaccą, który po wydarzeniach „Przebudzenia” zdaje się wyrwany z kontekstu – ma odpowiedni czas antenowy, perypetie każdego śledzi się z uwagą. Te mniejsze historie zdają się zresztą najskuteczniej oddalać fabułę od „Imperium kontratakuje”. Najlepiej z nich wypada wątek Poe Damerona, bawiący się trochę koncepcją szarej moralności zapoczątkowaną w „Łotrze 1”. Pamiętajcie jednak, że to wciąż zabawa, a film nie schodzi do ciemniejszych tonów prequela „Nowej nadziei” – nawet jeśli Luke Skywalker nie jest już tym samym, pociesznym rycerzem z fryzurą inspirowaną garnkiem.

Do znanej ekipy dołącza też kilka nowych twarzy

Te mniejsze historie zdają się zresztą najskuteczniej oddalać fabułę od »Imperium kontratakuje«

Wspomniałem, że Mark Hamill świetnie wypada w swojej roli, ale podkreślę to jeszcze raz: mamy do czynienia z postacią ciekawszą i zagraną lepiej niż w Starej Trylogii. Brawa należą się też Adamowi Driverowi, który wbrew wszystkim internetowym śmieszkom czyni z Kylo Rena pełnokrwistego bohatera. O Carrie Fisher aż trudno mi wspominać – każde jej pojawienie się na ekranie jest poruszające. Nie tylko dlatego, że odtwórczyni roli księżniczki Lei nie ma już wśród nas, ale też dlatego, że diabelnie dobrze wciela się ona w swoją ikoniczną postać. Jej dziarskość autentycznie inspiruje. Z kolei postać grana przez Laurę Dern w intrygujący sposób urozmaica gamę gwiezdnowojennych postaci.

Cieszy również nieco bardziej kameralna skala konfliktu rozgrywającego się w „Ostatnich Jedi”. Nie zrozumcie mnie źle – gdzieś tam na szali wciąż jest oczywiście równowaga całej Galaktyki, ład i pokój wszystkich światów, bla, bla, bla, ale film opowiada o tym za pomocą nieco skromniejszych narzędzi, co akurat wychodzi scenariuszowi na dobre. Twórcy mogliby tylko darować sobie kilka kiepskich usprawiedliwień dla działań bohaterów. Jeśli zaś chodzi o obowiązkowe zwroty akcji i odpowiedzi na palące widzów pytania – są, owszem, i mogą was zaskoczyć. Jeden twist, ten najważniejszy, oceniam bardzo dobrze, drugi w aktualnym kontekście jest słaby, ale wierzę, że trzecia część go dopełni. No i tak to już jest z tymi spoilerami – trudno o nich napisać cokolwiek sensownego bez zdradzania szczegółów, przejdźmy zatem do…

Daisy Ridley kontynuuje dobrą robotę. Rey to charyzmatyczna bohaterka

Wybuchów! Piorunów! Mieczy świetlnych! Piu-piu i złowieszczego ryku TIE-Fighterów! Akcji w „Ostatnich Jedi” oczywiście nie brakuje. Zrealizowano ją z mistrzowską wprawą, a kamera zawsze dba o to, byśmy nie gubili się w natłoku wydarzeń. Rozdziawienie buzi w pewnych momentach macie jak w banku; trudno nie docenić widowiska kosmicznych bitew czy choreografii walk. Boli tylko stosunkowo niewielki czas antenowy dla mieczy świetlnych, szczególnie że sekwencje z nimi prezentują się perfekcyjnie. Wizualne fajerwerki wybuchających maszyn i śmigających wiązek blasterów dopełnia jak zawsze wspaniała, choć zbyt bezpieczna, ścieżka dźwiękowa.

Fani BB-8'a nie będą narzekać

„Ostatni Jedi” pozostawiają nas z mniejszą liczbą znaków zapytania, sprawiając, że łatwiej będzie czekać kolejne dwa lata na zakończenie nowej trylogii. Pewnym pocieszeniem jest też fakt, że jeśli twórcy zechcą dalej iść drogą analogii, to do skopiowania zostało im już tak naprawdę niewiele. Coś mi mówi, że dziewiąta część będzie najświeższą z odsłon Disneya, czyniąc „Ostatnich Jedi” etapem przejściowym; czymś pomiędzy śliczną kalką a w pełni autonomiczną historią.

Trudno jednak odmówić, że jest to znakomicie zrealizowany etap przejściowy. Twórcy rozumieją, w czym tkwi urok „Gwiezdnych wojen” i zaklinają go w wartkim tempie opowieści. Bawiłem się doskonale, nawet jeśli w pewnym momencie zacząłem życzyć autorom więcej odwagi.

Patryk Fijałkowski

  1. 01:22 13.12.2017
    pear

    Poprzednia „wspaniała” część sprawiła, że zacząłem doceniać prequele, a na Ostatniego Jedi na pewno nie wydam ani grosza.

  2. 07:57 13.12.2017
    focka01

    Miałem podobnie po poprzedniej części, trailerów nie oglądałem, żadnych oczekiwań, siadam w fotelu, muzyka zaczyna grać, widzę napis gwiezdnych wojen, poczułem się jak gnojek gdy pierwszy raz oglądałem Nową Nadzieję.
    Przymykałem oko jak biedne i płytkie było Przebudzenie Mocy bo to przecież STAR WARS, kilka dni po seansie gdy hype miną, zdałem sobie sprawę że zostałem nakarmiony disnejowym, nostalgicznym, gównianym rimejkiem mojej ulubionej IV częsci w przeciętnym opakowaniu.
    Ale może to była wina JarJara Abramsa? może Rian Johnson zrobił coś dobrego dla SW? nie wiem, pieniędzy na Disneya nie wydam, poczekam aż będzie dostępne w sieci 🙂

    Ukryj odpowiedzi()
    • 22:27 17.12.2017
      nikanorbosy

      Hype minął…? Ale co to znaczy? „Przebudzenie mocy” to był prezent od JarJar Abramsa dla czterdziestolatków, którzy dawno, dawno temu, mając lat siedem z otwartą paszczą przeżywali pierwsze „Gwiezdne wojny”. Znowu mogłem zobaczyć ten sam świat: stare wraki na pustyni, brudnego i steranego Sokoła Millenium, bar pełen dziwadeł, Hana Solo, który postarzał się tak, jak ja. Świat, w sumie, dzieciństwa. Frankly, Disney nie mógł mi zrobić lepszego prezentu.

      „Przebudzenie…” w sumie tylko przedstawiło bohaterów. „Last Jedi” to już zaproszenie dalej. Rozkręca fabułę, wciąga w nową opowieść. Dobre jest i klimatyczne. I w sumie – pewnie pójdę jeszcze raz.

  3. 10:56 13.12.2017
    JohnStar

    W sumie spoko nie idzcie, mniejszy tłok w kinach będzie….Przebudzenie mocy miało swoje magiczne momenty, miało swoje bolączki ale do jasnej cholery Wy chyba nie pamiętacie części 1-3 :O Disney przywrócił nam Gwiezdne Wojny więc fale hejtu są idiotyczne…Co roku dostajemy naprawdę dobry film SF w najlepszym możliwym świecie pod SF…A narzekanie typu o jeeeżu jeżu Gwiezdne wojny „kopiujo Disney ebany” nic im nie dam zarobić jest po prostu śmieszne:)

    Ukryj odpowiedzi()
    • mcklop.
      15:07 13.12.2017
      Ukryj odpowiedzi()
      • 16:08 13.12.2017
        JohnStar

        Hehe No tak go teraz czytam i faktycznie 🙂 lirycznymi zdolnościami się nie popisałem 🙂 Star Wars to emocje 😉 i wkurza mnie krytyka bez pokrycia…

        Ukryj odpowiedzi()
        • 17:13 14.12.2017
          Olmer

          Krytyka bez pokrycia? FA krytykowany jest jak najbardziej słusznie, to filmowy recykling na całego ocierający się o zwyczajny remake. Z TLJ jest już lepiej, to niezły film, który wytycza własne ścieżki zamiast kopiować jak leci starą trylogię.

          Ukryj odpowiedzi()
          • 09:11 15.12.2017
            JohnStar

            Prosze CIę….Pisałem wyraźnie porównaj sobie części 1-3 ( aktorsko, wizualnie ) z VII i VIII częścią dodaj do tego Łotra 1 i teraz zastanów się na spokojnie, mimo wad VII części ( wiele podobieństw do części IV , choć z własnymi oryginalnymi pomysłami ) czy Disney nie uratował tej serii? Wiadomo mi też nie podoba się to żę Star wars wyskakuje teraz dosłownie z lodówki, ale taka jest cena za perfekcyjnie technicznie zrealizowane kino… Disney dzięki za kolejne Gwiezdne Wojny i że wróciły!

            Ukryj odpowiedzi()
            • 13:41 15.12.2017
              pear

              Nie uratował. Po stokroć wolałem historię rodem z greckiej tragedii z części 1-3, które na dodatek wyraźnie chciały rozwinąć uniwersum o parę rzeczy znanych z Expanded Universe*1 niż kolejną odsłonę bajki dobrzy-źli-i-moc, gdzie w roli głównej mamy tuptającego nóżką ze złości, krzyczącego i płaczącego emo, który chce być jak dziadzio, ale nie będzie, bo Vader używał szarych komórek, a emo nie*2.

              Postaci pod względem tego jak są napisane i zagrane, również gorzej. Rey- kłoda bez wyrazu, ale cudownie wszystko jej się udaje, czy to szermierka mieczem świetlnym bez żadnego treningu, czy od razu wygranie pojedynku na moc z Emo. Tym samym postać ta kompletnie łamie zasady kina nowej przygody, które zakłada, że bohater napotyka trudności i dzięki swej ciężkiej pracy i charakterowi udaje mu się je przezwyciężyć. Rey nie miała żadnego z tych.

              Finn- slapstickowy mudżin, któremu potem nieumiejętnie starano się nadać jakiejś głębi, na miejscu aktora czułbym ujmę w takiej roli.

              Jeszcze ten trzeci, którego właściwie nie ma przez cały film.

              Disney zarżnął to uniwersum.

              *1 z wyłączeniem Jar Jara, ale Disney dobił do tego poziomu wprowadzając debilną Maz Kanatę, która najpierw wydarła ryj na całą kantynę „Han Sooooooloooo”, komunikując WSZYSTKIM obecnym, że zawitał najbardziej znany Rebeliant, by 5min później z powagą uciszać swych rozmówców „bo szpiedzy Nowego Porządku mogą być dookoła!”, ponadto trzymała niezabezpieczony w żaden sposób miecz świetlny w wychodku, do którego każdy mógł wejść. Różnica jest taka, że Jar Jar był planowany jako postać komediowa dla dzieci, stąd jego idiotyzm mniej raził niż Maz Kanaty, która była wprowadzona na serio, jako poważna postać, a zachowała się jeszcze głupiej.

              *2 najpierw bezmyślnie zabija jedyną znaną osobę, która wie gdzie jest mapa, nie pomyślał jak Vader, aby przeszukać jego statek kosmiczny, a jak ten kolejny odlatuje na nim, Emo każe go zestrzelić wraz z upragnioną mapą- no tytan intelektu adekwatny do widowni Disneya

  4. archigame
    10:02 14.12.2017
    archigame

    Nie wiem czemu mój komentarz się nie dodał wczoraj, to napiszę raz jeszcze.

    Byłem z siedmioletnim synem na prapremierze wczoraj. Jestem fanem epizodów IV-VI. Dla mnie zawsze będą one tymi najwspanialszymi. Ale to nie powód by hejtować te nowe części, które ogląda się o niebo lepiej niż serię I-III. Najfajniejsze jest to, że w tej nowej trylogii są i starzy bohaterowie i nowi. Dzięki temu, łatwiej jest mi ich zaakceptować. A swoje role odgrywają całkiem nieźle.

    Mi się podobało. Synowi również.

    Ukryj odpowiedzi()
    • 09:14 15.12.2017
      JohnStar

      archigame – zgadzam się z Tobą w pełni :), ale jest moda na hejt to hejtują. Jako stary fan Star Wars jestem zachwycony , że mogę sobie pooglądać raz do roku nowe przygody.

      Ukryj odpowiedzi()
      • archigame
        10:01 15.12.2017
        archigame

        I tak mnie wszyscy hejtują. Mam wrażenie, że najbardziej osoby, które wychowały się na serii I-III, ale żeby być bardziej tru będą się stylizować na fanów podstawy. Ech. To dobry film. Zdania nie zmienię. Jest w nim moc, Luke, a nowi bohaterowie są ok. Film ma swoje zgrzyty, ale które SW ich nie miały? Dajcie spokój.

      • 12:56 16.12.2017
        pear

        @JohnStar

        „ale jest moda na hejt to hejtują”

        Tak jak moda na hejt na prequele? Ludzie po prostu sobie uświadamiają, że wcale nie były takie złe, oczywistym więc staje się porównywanie do nowych „dzieł” Disneya i narastanie hejtu wobec ich leniwego i pozbawionego jakichkolwiek nowych wartości filmideł.

        @archigame

        „Mam wrażenie, że najbardziej osoby, które wychowały się na serii I-III, ale żeby być bardziej tru będą się stylizować na fanów podstawy.”

        Mam wrażenie, że takie opinie piszą osoby, które części IV-VI uważają za najwybitniejsze dzieła kinematografii (IMO były spoko, ale tylko tyle), bo za wielu filmów nie widzieli, a jak już to kolejne „Szybcy i wściekli” czy „Transformersy”, i wolą nieudolne, złe próby kopiowania i odtwarzania tego samego, niż ambitniejsze (ambitniejsze nie równa się w każdym wypadku lepsze! To tak, żebym nie został zaraz zrugany) podejście jakie widzieliśmy właśnie w prequelach.

  5. 13:34 15.12.2017
    quendae

    FIlm niestety przeciętny, tak 5.5/10 w filmwebowej skali – „średni” to byłaby ocena nieco krzywdząca, „niezły” to już trochę za dużo.

    Zgodzę się że całkiem nieźle się go oglądało (mimo wymienionych negatywów poniżej), podobał mi się bardziej niż „Przebudzenie” – jednak nie ma się czym zachwycać.

    Na minus:
    – gra aktorska, o ile to nie był zabieg celowy, jest bardzo nierówna. Nawet Hamill gra czasem jak z telenoweli, o Rey (drewno), Snoke i Huxie (przesadna teatralność) nie wspominając
    – dialogi w większości słabe
    – kilka absurdalnych sytuacji (BB-8, Leia) nawet jak na film tak luźny jak SW
    – wszechobecny i wysilony humor. Bardzo rzadko działa, jednak humorystyczne wstawki podczas dramatycznego finału to już trochę przesada. Ja wiem że Disney, że dzieci/młodzież targetem (mimo że trup ściele się gesto, a ubranio-flaki lecą z turbiny jak wióry w tartaku), ale jest czas na humor i jest czas na powazne podejscie do tematu.

    Na plus:
    – muzyka
    – efekty specjalne
    – scenografia

  6. Aimagylop
    08:47 17.12.2017
    Aimagylop

    Ależ to był beznadziejny film. Chyba Jar Jar Binks go stworzył, to by wyjasniało jego nieintencjonalną komiczność. Wiele scen powodowało śmiech sali (np. Leia frunąca w kosmosie) mimo że nie powstało z takim zamierzeniem. Sam motyw najwolniejszego pościgu wszechświata nie pozwalał obrazu brać na poważnie. Aktorsko nierówno, Rey jakby czytała z promptera, Kylo jakby brał nauki od Nicolasa Cage’a. Niestety fabularny potencjał tych dwóch postaci został kompletnie zaprzepaszczony, skończyły jako płytkie jednowymiarowe charaktery. Kylo pozostał „tym złym” emo a Rey „tą dobrą” z tą różnicą że umie teraz przesuwać kamienie. Snoke we własnej osobie też rozczarował. Jedyne warte czegokolwiek sceny w tym filmie to te z Lukiem tłumacząchm istotę mocy, ale tylko do momentu pojawienia się Yody, który swoją muppetowatością powodował kolejne salwy śmiechu. Niestety nauka Luka poszła w -kamienie- las. W filmie było też wiele sztucznego budowania napięcia. Cały wątek szukania hakera w mieście kasynie i pokazujacy że rebelia to walka klas był strasznie nużący i zbędny. Trzeba przyznać że Del Toro świetnie zagrał, jak zwykle. Całość sprawiało wrażenie dzieła powstałego z przypadku, czegoś co przeszło przez development hell i ręce dziesięciu scenarzystów a nie starannie zaplanowaną część kosmicznej sagi…

    Ukryj odpowiedzi()
    • 10:18 18.12.2017
      JohnStar

      Ok oglądałem, jestem po seasnie i odwołuje to co mówiłem wcześniej….Disney to ZARZNĄŁ…..Film jest dla Mas nie dla fanów…Kajam się, byłem nahaypowany, ale to było mordetstwo sagi

      Ukryj odpowiedzi()
      • 21:39 18.12.2017
        pear

        I teraz nie wiem czy zrobili jeszcze gorszy film od koszmarnego Przebudzenia Mocy, czy w końcu dobry, dlatego psioczysz.

        Ukryj odpowiedzi()
        • 08:24 19.12.2017
          JohnStar

          TFA – było filmem niezłym ( nie było idealne, ale miało swoje momenty ), gdyby nie to że rozwalili wtedy tą Star KIller Base co było totalnie słabe, dało radę to obejrzeć z jakiś takim uśmiechem ( Han Solo ) i nostalgicznym zacięciem.
          TLJ natomiast to film totalnie wypełniony dziurami logicznymi i scenami które przy TFA są totalnie o kant. Leaia, motywacja Lukea, BB8 Deus Ex Machine, humor 5-latków.
          Jeden film totalnie nie wynika z drugiego może dlatego, jestem zawiedziony, bo TLJ mogło być naprawdę filem o dwie klasy lepszym niż pozostałe. Ciężko mi nawet ocenić ten film, nie był totalną żenadą, ale z wieloma elementami jako miłośnik sagi po prostu nie mogę się zgodzić.
          Roqe One był świetny, TFA – poprawny, TLJ – Niestety bzdurny ( acz parę scen naprawdę miodnie zrobionych).
          Tylko jak wychodziłem z Ataku klonów miałem takiego WTF jak po TLJ.