Zmien skórke
Logo Polygamii

Blog - Walkthrough, czyli na Piechotę przez gry

27.03.2017

Taka gra, że bierze coś popularnego, sentymentalnego i wyrzuca ponownie, jak gdyby rynek wcale przez ten czas się nie zmienił. Nie pierwsza, nie ostatnia. Jasne, ja także tęsknię za wieloma tytułami. Tęsknię za arcade’ową definicją Burnouta. Tęsknię za street racerami i moim ukochanym Midnight Clubem. Tęsknię za MotorStormem. Za Outrunem, za Ridge Racer, za Sega Rally, za WipeOutem, za Rollcage, za Test Drive, za Moto Racer. Wszystkim teoretycznie życzę „rychłego do zdrowia powrotu”. Ale gdy powrót się urzeczywistnia, gram z zażenowaniem. Nie ufałem do końca Maciowej recenzji Moto Racer 4. Spędziłem przy grze, podejrzewam, jeszcze więcej czasu niż recenzenci. A potem, jak oni, bez wyrzutów sumienia odinstalowałem grę przed wymaksowaniem trybu kariery. Bo takie są dziś próby rezurekcji.

W Moto Racer zagrywałem się w podstawówce. Grę miałem na rosyjskiej składance, wraz z dziewięcioma innymi hitami. Wspaniałe to były twory. Wyciąć muzykę, wyciąć filmiki, wyciąć jak najwięcej, byle tylko kilka pozycji na jednym cedeku upchnąć. Zatem w przerwach od Crasha („dwójka” bodajże była na tej płycie) śmigałem motorem po Murze Chińskim, zastanawiając się, kto o zdrowych zmysłach mógłby pokochać wyścigi. Kuzyn zawsze cisnął o Moto Racer. Bo wiedział, że nie mam najmniejszych szans na dzielonym ekranie. Dawne dzieje. Kuzyn spaceruje teraz z córką, do gier go w ogóle nie ciągnie, ja jestem wyścigowym specem na Polygamii. Najwyraźniej zdrowe zmysły utraciłem gdzieś po drodze.

Moto Racer 4 to ostry powrót zza grobu. Zależy, jak serię się postrzega – bo albo po ośmiu latach i Moto Racer DS, albo po piętnastu i „trójce”. Teoretycznie sporo elementów na swoim miejscu. Pomysłowe tory, klimat z salonów z automatami, brak poszanowania do praw fizyki, ryjące beret prędkości. Do tego nitro na stójkach połączone z hazardowym systemem punktów stylu, przez który każdy wyścig zamienia się w łańcuszek ryzykownych akcji, byle tylko mnożnik trochę podbić. Generalnie nic, przez co ściągałbym majty przez głowę, ale też nic, co przyprawiłoby mnie o raka. Perfekcyjne „można” w naszej skali.

Ale potem na scenę wkraczają babole techniczne. A ile tego jest, to już musiałbym listę przygotować od myślników. Że chrupnie czy coś mi się dorysuje nagle – normalka, niższa półka. Czasem jednak motor zablokuje mi się w poboczu pod koniec dziesięciominutowego wyścigu. Odbije od ciężarówki, wylatując na orbitę. Przestanie skręcać. Szczęście takie, iż technofatum dotyka także przeciwników, więc czasem gracz skorzysta. Ale nie zawsze. Tutaj zaczynają się schody. Bo gracz nie będzie chciał czegoś powtarzać w Moto Racer 4. To tytuł nie sprawiający ogromnej frajdy. Gdy coś przeciętnego staje się za trudne, frustracja bywa ponadprzeciętna.

Dotarłem do trzeciego od końca rozdziału kampanii. A grindowałem bardzo dużo. Tak, grindowałem. Wszystkie kluczowe umiejętności, bez których nie sposób wygrać części wydarzeń (nitro po lądowaniu, nitro w tunelu aerodynamicznym, podwójne nitro), zdobywa się o wiele za późno. Co oznacza mozolne powtarzanie dawniejszych epizodów. Z kilkoma trasami na podorędziu czynnik ziewnięciogenny jest koszmarnie wysoki. Dlatego zapytałem współlokatora, czy słaby ze mnie będzie gracz, jeśli tego nie dokończę. Kilka sekund minęło od jego „nie” w odpowiedzi do wywalenia Moto Racer 4 z dysku.

Całkowicie zgadzam się z Maciem i w ogóle jestem mu winny przeprosiny za ten moment nieufności. Z tym że dla mnie „ostatecznie” oznacza „jako uzupełnienie serii w kolekcji”. Jestem ciekaw, czy stare odsłony Moto Racer mają dziś cokolwiek do zaoferowania. Ile tak naprawdę kryje się za otoczką sentymentu. Do tego mnie zainspirowała smutnawa przygoda z „czwórką”. Tych circa dziesięciu godzin żałuję, bo mogłem po Hyrule się poszlajać. Ale przynajmniej Koleinę pierwszą od dłuższego czasu mam z tego.

Komentuj
(0)
Facebook Twitter Google Wykop
Udostępnij