Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeTrials Rising – recenzja. W świecie lansu i balansu

Nowe Trialsy pokazują, że wszystko dobre, ale trzymanie pionu nigdy nie wyjdzie z mody.

Facebook Twitter Google Wykop

Nie dotarłem jeszcze do pierwszej skoczni, a już czuję ból w odcinku lędźwiowym kręgosłupa – trzeba było przy starcie mocniej docisnąć przednią oś do podłoża, by uniknąć utraty równowagi na nierówności. Restart. Krótki lot w powietrzu kończy się zahaczeniem głową o wystającą z sufitu belkę i tak tracę kolejne sekundy. A pisali na ekranie ładowania, że czasami wolniej znaczy szybciej…

Platformy: PC, PS4, Xbox One, Switch
Producent: RedLynx
Wydawca: Ubisoft
Data premiery: 26.02.2019
Wersja PL: nie
Wymagania: Windows 7-10, Intel Core i5-2400, AMD FX-4100, NVIDIA GeForce GTX 650 Ti or AMD Radeon HD 7770, 23 GB HDD
Graliśmy na Xboksie One. Grę do recenzji udostępnił wydawca. Zdjęcia pochodzą od autora tekstu.

Restart, tym razem zdejmę nieco nogę z gazu. Tej rozpadliny nie da się przeskoczyć, chyba że najpierw przesunę środek ciężkości w kierunku koła napędzanego, by następnie przechylić się ku przedniej osi. Na szczęście długi lot w przepaść kosztuje mnie zaledwie 5 karnych sekund. Przeżyję, pora cofnąć się do punktu kontrolnego. W końcu nawet towarzyszący nam podczas zabawy złoty duszek symbolizujący perfekcyjny czas popełnia błędy.

Jak dwie dekady temu

Pewne pomysły nigdy się nie starzeją. Zwłaszcza gry polegające na pędzeniu motorem i przesuwaniu środka ciężkości tak, żeby wylądować w miarę gładko na danej powierzchni, ewentualnie podjechać pod wyboistą górkę. Trials Rising to podobnie jak wydana w 2000 roku Elastomania, nieustanne balansowanie na krawędzi równowagi i ciągła walka z czasem. Musimy unikać zahaczenia głową w elementy wystroju lokacji tak długo aż nie przekroczymy kraciastej flagi. Za linią mety i tak czeka na nas zwykle śmiercionośna „atrakcja” – otwarty właz rakiety, wagon z węglem, otwarty toi toi czy choćby wybuchające beczki.

Przy wydanej w 2000 roku Elastomanii niejedną informatykę spędził Bartek i niejedną spędziłem też ja, a przez te dwie dekady klonów pojawiło się tyle, że starczyłoby tego na książkę. Żaden nie dawał jednak aż tyle radości, co wydane początkowo wyłącznie w XBLA pierwsze Trialsy. Gra Finów z RedLynx cechowała się przede wszystkim świetnie zbalansowaną mechaniką i oprawą graficzną, o jakiej dwie dekady temu mogliśmy tylko pomarzyć. No i oczywiście całą masę specyficznego humoru. Rising jest w gruncie rzeczy identyczny co poprzedniczki, dorzuca do nich jednak odrobinę… lansu.

To Trials o niespotykanej dotąd skali.

W Rising nie ma już śladu po niewielkim hangarze, w którym umieszczono wszystkie tory z pierwszej odsłony serii. Teren akcji stopniowo zwiększał się w kolejnych odsłonach, aż urósł do rozmiarów… kuli ziemskiej. Efekt skali to pierwsze, co rzuca się nam w oczy – nieco większa premierowa cena (100 zł zamiast standardowych dla serii 65) nie jest wyłącznie efektem inflacji. To zaskakująco spora i pękająca w szwach od zawartości produkcja, na każdym kroku zasypująca nas nowymi mapkami i wyzwaniami.

Przez krańce Ziemii

Plansze rozłożone są tym razem na obszarze całej kuli ziemskiej, a ich wygląd nawiązuje do rzeczywistych miejsc. Norwegia to fiordy, Paryż pozwala na prześlizgnięcie się koło wieży Eiffla, okolice Valencii przypominają nam o corocznej La Tomatinie, a Bukareszt zachwyca Starym Miastem. Zróżnicowanie geograficzne jest przepotężne, nawet jeżeli nie wszystkie plansze są aż tak charakterystyczne jak przytoczone przykłady. Niemniej każa z udostępnionych jest co najmniej dobra. To imponujące zwłaszcza w kontekście tego, że torów jest łącznie 117. I na tym nie koniec, bo ponownie mamy jeszcze edytor, z którego społeczność wyciśnie zapewne sporo dodatkowych godzin.

Strukturalnie kampania to po prostu seria mistrzostw, na które składa się każdorazowo kilka wyścigów. Przechodzimy je sobie na czas, zbieramy medale i na koniec bierzemy udział w stadionowych finałach, gdzie pokonać trzeba kilku oponentów w złożonym z trzech rund wyścigu. Warto przy tym dodać, że najczęściej dostęp do kolejnych wyzwań blokuje nam nie tyle liczba zdobytych medali, co poziom konta. Za każdy przejazd dostajemy bowiem punkty doświadczenia i pieniążki, które wymienimy na skórki, względnie dwa dodatkowe pojazdy.

Czasem więc siłą rzeczy trzeba tu nieco pogrindować, ale nie jest to aż tak odczuwalne dzięki kontraktom – to dodatkowe zadania pojawiające się po spełnieniu określonych warunków, na przykład kupno konkretnego pojazdu. Niektóre to czasówki, inne każą nam zrobić konkretną liczbę back- i frontflipów, a przy tym nie przekroczyć dopuszczalnej liczby błędów, jeszcze inne każą po prostu zaliczyć trasę konkretnym pojazdem. To o wiele ciekawsze rozwiązanie, niż szlifowanie jednej planszy cały dzień i zastanawianie się jak tu jeszcze uszczknąć parę sekund. Zwłaszcza, że poziom trudności w Trialsach rośnie stopniowo, a zatrzymuje się dopiero w okolicach morderczego.

Na tym lista atrakcji zdecydowanie się nie kończy, bo mamy też misje szkoleniowe. Samouczki nie są wbrew pozorom przeznaczone wyłącznie dla żółtodziobów. Rzeczywiście uczą jak dokonywać niemożliwego i pokonywać przeszkody na pierwszy rzut oka nie do przebycia. Bez opanowania odpowiednich technik, trudno będzie się przez nie prześlizgnąć choćby na minimalną ocenę. Mamy też dodatkowe minigierki polegające przykładowo na wyskakiwaniu z siodełka i robieniu wsadów czy przeróbkę skoków narciarskich, polegającą na odbijaniu się od beczek z benzyną. Liczba dostępnych aktywności jest gigantyczna.

Czas się polansować

Twórcy zdecydowali się też mocno rozbudować kosmetykę dotyczącą pojazdów i naszego bohatera. To system co prawda zbudowany pod mikropłatności i loot boksy, ale przy tym w pełni opcjonalny. Chociaż pieniążki wpadają do kiesy stosunkowo powoli, kolejne skrzynki dostajemy z każdym zdobytym levelem i nie ma problemu z tym, żeby rozbijać się po planszach zielonoskórym ziomkiem w masce rodem z Anthema, ubranym w legisy i dżinsową kamizelkę. Można też zaprojektować ozdobne naklejki, a i w trakcie grania trafimy w skrzynce też jakąś nową, ładną ramę. Mimo wszystko nie czuć, że ktoś usilnie próbuje grzebać nam w portfelu.

Odrobinę ponarzekać można tylko na ceny dwóch opcjonalnych pojazdów, na które zbiera się mimo wszystko dość długo, ale w międzyczasie za postępy w kampanii odblokujemy też trzy inne. Poza tym nie różnią się one od reszty osiągami, a ich odblokowanie zaowocuje co najwyżej wspomnianymi już nowymi wyzwaniami. Mikropłatności można zatem (szczęście w nieszczęściu) uznać za stosunkowo niegroźny byt, co przy dzisiejszych standardach postrzegać należy jako zaletę.

Oprócz zabawy w trybie kampanii mamy też multiplayer, który z racji testowania gry przed oficjalną premierą (ta odbędzie się już jutro) widzialem tylko za pośrednictwem bety. Dostajemy w zasadzie to samo, co stadionowe mistrzostwa z botami, a jedyna różnica polega na tym, że żywi gracze mają większą skłonność do walenia głową w ziemię. Zabawa w gruncie rzeczy jest dość analogiczna do tej znanej z singla, może poza tym, że jest mniej przewidywalna.

Rising jest w gruncie rzeczy identyczny jak poprzedniczki, dorzuca do nich jednak odrobinę… lansu.

Trialsy wyglądają i brzmią fantastycznie. Ma na to wpływ nie tylko różnorodność świata (pustynia, miasta, tropiki, pokryte śniegiem obszary), ale też fajne zabawy perspektywą. Zachwyca też ilość detali w tle i różnorodność. Na planszach dzieje się naprawdę sporo i mam tu przed oczami zwłaszcza jedną z plansz na Syberii, gdzie próbujemy dostać się na drugi koniec pociągu. Trzeba przy tym uważać na infrastrukturę kolejową czy rozłączające się wagony. Innym razem trafimy do strefy wojny, względnie zobaczymy dinozaury – kreatywność twórców jest kapitalna. Przy okazji gra jest też dużym wyzwaniem dla podstawowego Xboksa One – zdarza jej się czasami zgubić parę klatek. Co w zabawie specjalnie jednak nie przeszkadza.

Patrząc tylko przez pryzmat świetnej zabawy, Rising zasługuje na wyższą nawet ocenę, niż ta wieńcząca tekst. Problem polega tylko na tym, że pomimo wszelkich usprawnień nie jest to gra mocno usiłująca wyjść poza sprawdzony schemat. Schemat co prawda świetny i działający wciąż świetnie, ale trzeba mieć na uwadze, że płacimy w dużej mierze za świetny pakiet nowych lokacji. Niemniej nowe Trialsy warto sobie kupić i trzymać na dysku nawet celem odpalenia w wolnej chwili i zaliczenia paru zadanek. Jeżeli tylko zdążyliście już rozszarpać i pożreć poprzednie części, nie ma się nad czym zastanawiać.

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0

2
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
1 Komentarze
1 Odpowiedzi
2 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
konbezzebow321
Użytkownik

Skoro gra gubi klatki na XO to ciekawe jak wygląda wydajność na Switchu, bo nie ukrywam grę najchętniej bym ograł właśnie na nim.