Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeThe Bard’s Tale IV: Barrows Deep – recenzja. Historia prawdziwa

Gdy się człowiek spieszy, to się bard nie cieszy.

Facebook Twitter Google Wykop

Bardzo ucieszyła mnie wieść o kolejnej części The Bard’s Tale. Nie wiem, czy to za sprawą wyjątkowego humoru, czy bycia czystą parodią gier RPG, ale poprzednie tytuły miały to coś. Piosenkę o piwie z Opowieści Barda z 2004 roku do dziś każdy nerd śpiewa na imprezach, ale czy Barrows Deep spełni obietnice Briana Fargo z Kickstartera złożone wiernym fanom?

Platformy: PC, PS4, Xbox One
Producent: inXile entertainment
Wydawca: inXile entertainment
Dystrybutor: Techland PL
Data premiery: 18.09.2018
Wersja PL: Tak, napisy
Wymagania: Windows 7-10, procesor Intel Core i5-2500K 3.3 GHz, 8 GB RAM, GeForce GTX 970
Graliśmy na PC. Grę udostępnił dystrybutor. Zdjęcia pochodzą od autora tekstu. Techland przygotował w Polsce wersję pudełkową z dodatkami cyfrowymi.

Bycie bardem, rzecz to nie prosta. Popijanie piwa miodem i błąkająca się na języku melodia wszak często lubią mieszać w głowie. A śpiewak gębę ma niewyparzoną, przez co często w kłopoty wpada pod wpływem wypitego Sznapsiku Chochlika. I on sam te kłopoty przyciąga, jak muchy lep, a co dopiero z drużyną ulepioną z przedziwnych psubratów, z taką kompanią w przednie tarapaty się ładuje, a świata ratować nie ma komu.

Chciałabym, żeby pijany bard wystarczył do okrzyknięcia gry najlepszą przygodą w świecie Caith. Wciąż czuć tutaj ducha The Bard’s Tale i widać, że nasz zapijaczony łajdak zbawiać świata nie ma zamiaru. Cała drużyna to zlepek dziwaków, u których wspólna motywacja właściwie nie występuje. Idą jedno za drugim w ostatni bój, zbierając po drodze kolejnych przypadkowych i osobliwych towarzyszy. I tak zdobywamy do zespołu elfkę, wrażliwą niczym listek dębu targany wiatrem. Cruxa, czarnoksiężnika-demona z silną potrzebą przejęcia władzy nad światem, przerośniętym ego i ostrym językiem. Do tego krasnoludzki wojownik, druidzka wojowniczka, wielka w barach jak sam niedźwiedź i harfiarka o estetyce mocno podejrzanej. I takiej samej skłonności do alkoholu jak moja bohaterka. Chociaż tak wyglądała moja ekipa, bo korzystałam z NPC-ów towarzyszących fabule, to nic nie stoi na przeszkodzie, by skompletować własnoręcznie drużynę idealną. I taka opcja w grze się pojawia pod przykrywką wynajęcia najemników (nasz bohater też nie musi być bardem, ale jak to tak? Bard’s Tale bez barda?).

Z tak skomponowaną brygadą, która z upływem czasu rozrasta się do sześciu osób, rosną zdolności specjalne barda, czyli po prostu uczy się on śpiewać nowe piosenki, których wpływ na środowisko jest bardzo duży. Jedna resetuje zagadki, druga odkrywa to co ukryte, trzecia jest symbolem Gildii Bohaterów, do której przynależy nasz bard i ma wyjątkowo duże znaczenie fabularne. Każda unikalna i równie potrzebna, a umiejętność korzystania ze wszystkich dobrodziejstw, którymi nas obdarzono to podstawa.

Plusem jest prostota w przyswojeniu mechanik gry. Mimo licznych zdolności używanych w przeróżnych warunkach, od walki, przez eksploracje na rozwiązywaniu zagadek kończąc, nie powinniście mieć problemu z ich ogarnięciem. Wszystko jest skrupulatnie wyjaśnione na wczesnym etapie gry, dzięki czemu korzystanie z kolejnych umiejętności przychodzi automatycznie.

Barrows Deep to typowy dungeon crawler z mocnymi akcentami RPG. Cała gra jest korytarzowa, a lokacje to prawdziwy labirynt, który nie raz wyprowadził mnie z równowagi. Mapa stała się więc najwierniejszą towarzyszką na czas gry, ratując mnie, gdy błąkałam się od ściany do ściany, szukając każdej możliwej drogi.

Nie zawsze jednak znalezienie jej było proste. W niektóre miejsca nie warto zapuszczać się na wczesnym etapie gry. Wrogowie po prostu zmiotą nas z powierzchni ziemi jednym ruchem. Parę razy w trakcie grania zdarzyła mi się absolutna blokada, bo jedyna droga prowadziła właśnie przez uzbrojonych po zęby żołnierzy, którym nasze ataki nie robią zupełnie nic. Takich wrogów poznamy po tym, że po najechaniu myszą podświetlą nam się na czerwono. Cóż pozostawało robić, jak nie szturmem wziąć przeciwnika z zaskoczenia? W ten sposób odkrywa się niestety pierwszy problem z balansem w grze.

Często okazywało się bowiem, że ‘’żółci’’ czy ‘’pomarańczowi’’ przeciwnicy stanowili większe wyzwanie, niż ci czerwoni. Czasem zdarza się z tego powodu zginąć, bo źle ocenimy zagrożenie, a to łączy się z kolejną wątpliwą sprawą, punktami zapisu. Te rozmieszczone są albo bardzo blisko siebie, najczęściej tam, gdzie jest spokojnie, albo wcale, tam gdzie ich najbardziej potrzeba. Zdarzało mi się cofać w grze o godzinę czy pół przez nierozmyślne planowanie zapisów. Ze względu na projekt lokacji i miejsca zapisu, rozgrywka przypomina masochistyczne godziny spędzone w Dark Soulsach.

Sama walka jest ciekawa. Postacie rozmieszczone na 16 kwadratach walczą w turach, przy czym w każdej kolejnej drużyna ma do wykorzystania żółte punkty szansy, a magowie i bardowie dodatkowo punkty many. Te ostatnie czasem warto zachować na później, aż uzbieramy ich dość na umiejętność specjalną. Jest to naprawdę przyjemna część rozgrywki, która wymaga taktycznego podejścia, ale również satysfakcjonująca i rewelacyjnie animowana. Ta część gry sprawiła mi najwięcej radości.

Nasze myślenie nie raz twórcy gry wystawiają na próbę nie tylko w czasie starć z przeciwnikami. Ilość zagadek środowiskowych potrafi przytłoczyć, zwłaszcza, gdy od godziny nie robimy nic innego, a mózg odmawia współpracy, ale są one różnorodne i szczególnie jeden ich rodzaj przypadł mi do gustu. Kopanie wróżek okazuje się wyjątkowo satysfakcjonujące, ale żeby docenić to poczucie humoru, trzeba zagrać w Barrows Deep!

Fabuła gry jest tylko luźno podparta o przygody w świecie Craith, ale nie da się wrócić do Skara Brae bez nutki melancholii. Zniszczone sto lat temu miasto znane z poprzednich odsłon zostało wiernie odwzorowane w postaci podziemnych ruin, ale nawet korzystając ze starej mapy z pierwszej części The Bard’s Tale, poruszanie się nie powinno stanowić problemu. Fajny smaczek dla fanów serii. Dodatkowo przy odpalaniu gry pojawia się narrator, również doskonale znany graczom z okładki pierwszej części trylogii, który z lutnią w dłoni opowiada swoim kompanom historię protagonisty.

Barrows Deep towarzyszy niepowtarzalny klimat surowej szkockiej krainy. Muzyka w grze nagrana przez gaelickie wokalistki, szkocki akcent, kraciaste kilty, dudy i wiele celtyckich detali sprawiają, że jest to bardzo immersyjna przygoda z widokiem FPP, co tylko potęguje efekt.

Sama fabuła też jest niezła. Nie dość, że nawiązuje do poprzednich części, to jeszcze potrafi zaskoczyć. Był taki moment, który wywołał u mnie autentyczny opad szczęki i byłam w ciężkim szoku, chociaż w gruncie rzeczy jest to prosta, uczciwa historia, z niewielką ilością zadań pobocznych, która ciągnie gracza za rękę do przodu. Nie martwiłabym się jednak na miejscu osób nie zapoznanych z Bard’s Tale, spokojnie można wejść do Barrows Deep, jako osobnej gry i czerpać tyle samo radości.

Ciężkie czasy nastały dla mieszkańców Skara Brae. Miasto odbudowane na ruinach starego miasta, góra opanowana przez Ojcowników i paladynów, tropiących wyjętych spod prawa członków Gildii Bohaterów, i mieszkańcy podziemia, w ukryciu walczący o przetrwanie oraz uratowanie świata oczywiście. To, co zniszczyło dawne miasto portowe, przeczekało 100 lat, nim na nowo przebudziło się w podziemiach pełnych bohaterów.

Są jednak rzeczy, które w Bard’s Tale mi się nie podobały. Brak balansu wywoływał u mnie frustrację raz za razem. Ciągle byłam zdenerwowana albo nadmiarem zagadek, albo walki, albo odległym zapisem, a sytuacji nie poprawiały liczne bugi. Przedmioty potrzebne do zagadek lubiły nagle znikać, jak wepchnięty w ścianę kamień, czy runa na ziemi, pozwalająca zresetować łamigłówkę. Wiele rzeczy nie działało tak jak powinno, lub wcale. Liczne dźwignie zamiast popchnąć, ciągnęłam do siebie i odwrotnie. Była też zagadka, która jeszcze do wczoraj była nie do przejścia, a nie przystoi to grze ani w wersji prasowej, ani tym bardziej w wersji finalnej, która premierę miała przedwczoraj o 17.

Nie ładnie jest również wypuszczać grę z niedokończonym tłumaczeniem, albo obiektami, które zawieszają postać, a niestety łatwo w jakimś utknąć. Mimo świadomości błędu u ludzi z inXile i obietnic ciągłych patchów i szybkiej poprawy, zostawia to niesmak, szczególnie w dniu premiery. Czy pośpiech nie pozwalał na naprawienie ich zanim ludzie mogli je zobaczyć? Przypadkowe błędy to jedno, ale jeśli twórcy z góry wiedzą i zapowiadają łatki po premierze, to coś tu jest nie tak.

Po 10 godzinach gry niesamowity klimat zaczynał działać mi na nerwy prawie tak bardzo jak niedociągnięcia. Przez następnych kilkanaście zmęczenie, zagubienie, szukanie odpowiedniej drogi i kompletne rozczarowanie, gdy ostatni zapis zresetował godzinny progres w grze doprowadzały mnie do granic cierpliwości. W takich chwilach szkockie przyśpiewki i błąkanie się po mapie bez pomysłu co dalej wysysały ze mnie chęć do życia. Naprawdę miałam ochotę wziąć przykład z mojej bardki, sięgnąć do kufla i zbyć wszystko śmiechem. Zdecydowanie nie polecam długiego grania, zwłaszcza, gdy człowiek jest zmęczony. Kiedyś takie masochistyczne gry były w modzie, teraz gdy deweloperzy rozleniwili nas szybkim multiplayerem, takie tytuły trzeba odpowiednio potraktować. Dać im czas, niezbędny do celebrowania każdej zagadki, a nie przechodzić na jednym wdechu. Zupełnie jak w Dark Souls, pierwsze 50 podejść do bossa kończy się porażką, a pierwsza następnego dnia sukcesem. Pułapka powtarzalności.

Bard’s Tale IV jest też mocno stylizowane na ‘’starą’’ grę. Nie jest to grafika, która wyczerpie zasoby GTXa 1080, ale rozumiem, że tutaj jest to powód nostalgii i pewnego rodzaju hołdu dla tych ciut starszych RPG. Tylko znowu optymalizacja pozostawia bardzo wiele do życzenia przy czymś tak niewymagającym. Średnie tekstury, mało efektów, a o antyaliasingu w ogóle można zapomnieć, bo przy włączeniu wygładzania gra cięła tak niemiłosiernie, że odruchowo zmniejszyłam wszystkie ustawienia na wysokie zamiast ultra. Spadki fpsów towarzyszyły mi przez całą rozgrywkę. Lokacje są zaprojektowane pięknie, ale tylko powierzchownie. Nie martwcie się jednak, światło wolumetryczne zawsze ratuje sytuację! I te efekty cząsteczkowe nawalone wszędzie, gdzie się da!

Gra działa na silniku Unreal Engine 4, który wykorzystuje również Hellblade: Senua’s Sacrifice. Rewelacyjna gra, która podobnie jak Bard’s Tale IV ma problem z brzydkimi teksturami, natomiast ogólna prezencja przy wykorzystaniu większej liczby efektów maskujących tekstury jest po prostu lepsza. I nie ładowała się tak długo jak Barrows Deep!

Dramatycznie długi czas loadingów między lokacjami, każdy po średnio 2 minuty, to jest jakiś żart. Przy końcu gry, gdzie trzeba pokonywać długie kilometry korytarzy poprzecinane dwuminutowymi przerwami na szybką podróż (tylko kilka punktów, biegania i tak jest sporo) i załadowanie kolejnych lokacji, nie zostaje nic innego jak chwycić za piwo lub zaparzyć herbatkę, albo odpalić filmik na YouTube. Cokolwiek postanowicie zrobić – zdążycie. A skoro już przy piwie jesteśmy…

…1…2…3…4…
To pewnie był uczony, co rozum miał za stu,
i zawsze wielkie dzięki będziem składać mu.
Popatrzcie co nam dał, dał szczęścia nam paliwo!
Niech żyje nam nasz Jasiek Kiep, który wynalazł…
Piwo. Piwo. Piwo. Pyszne z pianką piwo. Piwo!

Zawsze kiedy myślę o piwie, myślę o tej piosence i The Bard’s Tale. Niezapomniany humor, specyficzna relacja gracza z narratorem, naprawdę to było coś niesamowitego. Ogólnie scenarzysta zrobił dobrą robotę, bo wszystkie pisane treści są sympatyczne, ale część została kompletnie źle przetłumaczona np. wrogowie krzyczący na nas groźnie ‘’Zaraz wszyscy poumieramy!’’, albo tekst ‘’O co ci chodzi?”, który rozpoczynał handel z kupcem. Oj było tego tak dużo, że praktycznie w każdym zdaniu można wyłuskać jakiś cytat. I chociaż w Barrows Deep też jest kilka smaczków, to nie było tak zabawnie jak wcześniej. Brakowało takich majstersztyków jak ‘’Opowieść o Nuckelavee’’. Wyszła z tego przeciętnie zabawna wariacja o grze parodiującej gry RPG. Bardziej postawili na fajny klimat niż humor.

Bardzo czekałam na tę grę i niezmiernie trudno mi ją ocenić nawet subiektywnie, bo żywię wobec niej skrajnie mieszane uczucia. Wszyscy jednak wiemy, co znajduje się w połowie między 1 a 5, dokładnie tam, gdzie trafiają tytuły przeciętne. To jest wielkie okrągłe 3, które dostanie plusa w sercu tylko dlatego, że musiałam uciekać przed wahadłami (stary trik, a bawi dalej! Nie ma dobrego dungeon crawlera bez wahadła, pamiętajcie o tym.).

ZAGRAĆ?
MOŻNA
3.0

7
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
2 Komentarze
5 Odpowiedzi
4 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ZmanieryzowanyTim
Użytkownik

Świetna recenzja, brawo! Bardzo fajnie się czyta. Oj, InXile, te zabugowane premiery… czekałem na TBT IV długo, mogę poczekać jeszcze chwilę na łatki. Wszyscy chwalą klimat, ale co do systemu walki opinie są mieszane (a to jednak wydaje się być najważniejszy chyba komponent). I jeśli faktycznie checkpointy są źle rozmieszczone, a balans leży i kwiczy, to może być to dla mnie problem nie do przeskoczenia. Pozostaje mieć nadzieję w ekipie Fargo przez najbliższe tygodnie. Ale medialnie InXile jest już chyba na pozycji przegranej, pierwsze opinie na Steamie były dość negatywne (głównie słaba optymalizacja), przez co mają trzeci z kolei tytuł,… Czytaj więcej »

Sahne
Użytkownik

Dzięki wielkie! Obawiałam się, że fani ”starych erpegów” mnie zjedzą żywcem, ale prawda jest taka, że po prostu raz za razem wypuszczają niegotowe gry. Z najnowszych informacji wynika, że (być może!) jutro wyjdzie pierwsza łatka, ale równie dobrze gra mogła wyjść kilka dni później, za to w pełnej gotowości. Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Wkurza mnie taki brak szacunku do graczy, bo my im kibicujemy i wspieramy na Kickstarterze, a takie zagrywki są paskudne i nie fair.

Sahne
Użytkownik

P.S. Nie ma podanej mojej specyfikacji, a szkoda, bo warto zaznaczyć, że testowałam grę na porządnym sprzęcie. GTX 1080 8GB i Ryzen 1700x 3,4 GHz, a nie pozwalało mi to nawet na płynną rozgrywkę na średnich detalach. Taka optymalizacja jest wstydem w dniu premiery.

Bartosz Witoszka
Redaktor

Potwierdziło się to, co przy premierze Wastelanda 2 – Brian i jego ekipa jadą na nostalgii i to ostro, bo nawet wydają gry z bugami jak “za starych, dobrych czasów”. Klasyczne cRPG jest dobre, cóż, tylko na papierze. Jasne, są takie Pillarsy 10/10, czy inne Divinity, ale to wyjątki. Gry z lat 90. były trudne i teraz, gdy ktoś próbuje zrobić tę samą grę “co kiedyś była fajna” to to nie działa. Bardzo dobra recka, a za fragment o piwie daję 12/10 (czyli koalę na pandę według numeracji Niezatapialnych) 😀 .

lordszwed
Użytkownik

“Brian i jego ekipa jadą na nostalgii i to ostro, bo nawet wydają gry z bugami jak “za starych, dobrych czasów”
Śmiem twierdzić, że to za “nowych, lepszych czasów” wychodzi jednak więcej gier z bugami i łatek po kilka giga w tygodniach po premierze. Nie przypominam sobie, żebym w jakikolwiek sposób musiał łatać Baldury, Icewindy, Fallouty i resztę klasycznych RPGów.

ZmanieryzowanyTim
Użytkownik

To prawda – drzewiej twórcy nie mogli tak łatwo korzystać z internetu, żeby łatać gry, więc nie było wyboru, musiały być trochę bardziej dopracowane (przynajmniej w teorii). Z drugiej jednak strony… “”Nie przypominam sobie, żebym w jakikolwiek sposób musiał łatać Baldury, Icewindy, Fallouty i resztę klasycznych RPGów” – c’mon, kocham pierwszego Fallout a, ale bugów tam było co nie miara (crashe, questy których nie można było zakończyć, zachowanie postaci, zepsute save’y). Jeśli za klasyczne cRPGi uznać już czasy pierwszych Scrollsów (jak Arena i Daggerfall), to bez patchy nie dało się w to praktycznie grać. Co nie zmienia faktu, że InXile… Czytaj więcej »

Bartosz Witoszka
Redaktor

No i mi właśnie o to chodziło. 😉