Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeThe Banner Saga 2 – recenzja. Wędrówka wciąż trwa

Po dwóch latach znaleźliśmy się w środku rozpisanej na trylogię opowieści.

The Banner Saga 2
Facebook Twitter Google Wykop

Dwa lata przyszło nam czekać na kontynuację przesyconej nordyckimi klimatami strategii taktycznej The Banner Saga, jednego z pierwszych wielkich growych sukcesów na Kickstarterze. Czy warto było poczekać? A może kontynuacja zadowoli tylko najzagorzalszych fanów oryginału? Czy powstanie trzecia część obiecanej trylogii? To tylko niektóre pytania, jakie stawiałem sobie siadając do gry.

Zanim przejdę do opisywania gry, muszę wyrazić swój podziw dla niewielkiego zespołu Stoic, który sumiennie, od kwietnia 2012 roku, kontynuuje wspieranie swojej kampanii na Kickstarterze. Na początku udało im się zebrać ponad 720 tys. dolarów (7 razy więcej niż prosili), później zaś nastał długi proces komunikowania się ze wspierającymi, przekazywania im informacji na temat projektu, wsłuchiwania się w ich głos oraz opinie na temat kolejnych grywalnych wersji gry. Ten proces trwa już cztery lata i potrwa pewnie jeszcze kilka, pokazując innym deweloperom jak wygląda prawdziwy szacunek wobec graczy – inne studia powinny z nich brać przykład!

The Banner Saga od samego początku zapowiadana była jako trylogia, więc nietrudno się domyślić, że jesteśmy dokładnie w środku tego, co pomysłowość i programistyczna zręczność twórców chce nam przekazać. Ponad dwuletni okres, jaki minął od premiery pierwszej odsłony, sprawił jednak, że powrót do serii nie należał dla mnie do łatwych. Instalując i odpalając grę, zastanawiałem się, o czym ta Saga, do cholery, była? Wielka karawana chodziła ciągle w lewo, były taktyczne bitwy, świat chylił się ku upadkowi, ktoś tam umarł, ale o czym to było? W epoce gier epizodycznych i corocznych sequeli wielkich serii, naprawdę trudno przypomnieć sobie tytuł ogrywany tak „dawno” temu.

“To opowieść, w której klimat, realia, grafika i muzyka robią olbrzymie wrażenie”  Przeczytaj recenzję pierwszej części The Banner Saga.
Miłe tego samego początki

Na szczęście The Banner Saga 2 przygotowana jest na takich zapominalskich jak ja. Już z poziomu menu głównego możemy obejrzeć animację „w poprzednim odcinku” przypominającą wydarzenia oraz postacie z pierwszej części gry. Kolejnym krokiem dla osób znających serię powinno być zaimportowanie zapisu z oryginału i kontynuacja rozgrywki zmodyfikowanej o wcześniejsze wybory. Jako że mój zapis gdzieś się zawieruszył, to skorzystałem po prostu z wyboru jednej z dwóch grywalnych postaci – myśliwego Rooka oraz jego córki Alette, a ponieważ do tego czasu przypomniałem już sobie moje decyzje z oryginału, to kontynuowałem przygodę jako młoda łuczniczka.

Powracają starzy znajomi

Mimo że opowieść rozpoczyna się od ósmego rozdziału, co też wyraźnie podkreśla ciągłość fabuły, to gra przygotowana została na tyle przystępnie, że również nowi gracze szybko się w niej odnajdą. Zresztą tutorial i porady wyświetlane przez pierwsze kilkanaście minut rozgrywki przydały się także zapominalskiemu mnie, dzięki czemu w świecie gry szybko poczułem się jak łosoś płynący w górę lodowatego strumienia.

Już od pierwszych chwil z The Banner Saga 2 nie sposób oprzeć się wrażeniu pewnego déjà vu. Już to wszystko gdzieś widzieliśmy, a konkretnie – w pierwszej części. Styl graficzny, mechaniki rozgrywki, większość postaci oraz wątków fabularnych, to kontynuacja rodem z gry epizodycznej, a nie żadne nowe otwarcie i wymyślanie koła na nowo. Paradoksalnie właśnie to wydaje mi się jedną z największych zalet gry – sprawdzona formuła została tutaj wykorzystana do zabrania graczy w niezwykłą podróż.

Już od pierwszych chwil z The Banner Saga 2 nie sposób oprzeć się wrażeniu pewnego déjà vu.

Łapanie króliczka

Fabuła The Banner Saga 2, podobnie jak poprzedniej odsłony, przypomina trochę “Władcę Pierścieni” czy “Hobbita”. Bohaterowie idą, maszerują, płyną, spacerują, wspinają się, wędrują, biegną, a potem jeszcze kawałek idą. To opowieść o tzw. ściganiu króliczka, gdzie cel podróży zawsze czai się tuż za rogiem i pozostaje na wyciągnięcie ręki. Ale też taka, w której z czasem ten ostateczny cel traci na znaczeniu, bo liczą się ci najbliżsi nam towarzysze podróży stojący z nami ramię w ramię, niezależnie od napotykanych przeciwności losu.

The Banner Saga 2 doprowadza tę formułę „gry drogi” niemal do perfekcji. Jako Alette prowadziłem moją karawanę ludzi i rosłych, rogatych varli przez śniegi, błota, lasy i równiny. Z każdym kolejnym krokiem stawiałem czoła przede wszystkim wyzwaniom tuż przede mną jak głód i depczące nam po piętach siły ciemności, niekoniecznie przejmując się faktem, że świat wkrótce ulegnie zagładzie. Gra nie pozostawia zresztą złudzeń, że tak się stanie i to czyni całą przygodę niezwykłą – skazane na zagładę postacie wciąż znajdują w sobie jeszcze trochę siły by przetrwać kolejny dzień. I jeszcze kolejny.

Trudno jest pisać o fabule. unikając spoilerów, a o te w przypadku The Banner Saga niezwykle łatwo. Podobnie o nieścisłości, bo wiele drobnych decyzji, a nawet ton niektórych odpowiedzi podczas dialogów, mogą dość znacząco zmodyfikować kształt opowieści. A przynajmniej takie miałem wrażenie po przejściu pierwszej części. W dwójce ten czar nieco pryska, a twórcom wyraźnie zabrakło finezji we wplataniu niektórych wątków oraz postaci.

Sytuacje, kiedy podczas postojów postacie pojawiały się, by porozmawiać z moją postacią, w więcej niż kilku przypadkach wydały mi się wymuszone, związane wyłącznie z zamysłem twórców, a nie podejmowanymi przeze mnie decyzjami. Tak było chociażby z niespodziewanym i zupełnie niemającym znaczenia dla przygody powrotem starego varla Ubina, naszego mentora w pierwszej części. Nie zdradzę wiele pisząc, że w dwójce pojawia się on na chwilę, stwierdza że cały czas nam towarzyszył (nie jest grywalną postacią ani nie pojawił się w żadnej wcześniejszej scenie), ale teraz nasze drogi się rozchodzą – i tyle go widzieliśmy…

Sytuacje, kiedy podczas postojów postacie pojawiały się, by porozmawiać z moją postacią, w więcej niż kilku przypadkach wydały mi się wymuszone

Gdzieś pod koniec gry podobną niezręczną sytuację zaliczyłem z inną, tym razem już grywalną postacią. Jego umiejętności nie były dla mnie przydatne i prawie w ogóle nie korzystałem z tego bohatera podczas walki. Mimo to pojawił się on nagle pod koniec gry, zwracał do mojej postaci jak do starej przyjaciółki i sypał różnymi wyznaniami… Podczas swojej przygody nie nawiązałem z nim żadnej relacji, ale twórcy i tak ją na mnie wymusili.

Taktyczne bitwy to wciaż klasa sama w sobie

Podobne mieszania uczucia mam odnośnie samego zakończenia. O ile bowiem pierwsza część posiadała pewną zamkniętą historię i wstęp do kolejnej odsłony, tak finał dwójki pozbawiony jest już tego salomonowego zabiegu. The Banner Saga 2 kończy się w pół zdania. Kiedy już udaje nam się dotknąć białej, puszystej sierści tego króliczka, to… mija osiem godzin, nara, widzimy się za dwa lata. I pewnie byłbym tym faktem niesamowicie oburzony i rozczarowany, gdyby nie to, że w czasie tych ośmiu godzin odwiedziłem mnóstwo malowniczych zakątków i stoczyłem dziesiątki emocjonujących potyczek, które ostatecznie przesądziły o wysokiej ocenie gry.

Bitewny szał i taktyczna rozkosz

Oprócz podróżowania przez ręcznie malowane, przepiękne, przesycone barwami i mistycyzmem dwuwymiarowe krainy, The Banner Saga 2 oferuje również rozbudowaną i wciągającą strategię taktyczną. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy pod tym względem, to bogactwo postaci, które możemy trenować oraz wybierać do naszej drużyny przed każdą bitwą.

Wracają dobrze znani bohaterowie z Rookiem i Alette na czele, ale również narcystyczny książę Ludin, łuczniczka Oddleif, rośli varlowie – ich król Hakon, pozbawiony ręki weteran Iver oraz inni. Po drodze dołączamy do nich kolejne postacie jak bard Aleo oraz wiecznie pijany asasyn Oli. Wraz ze wzrostem ich doświadczenia, u każdego woja możemy rozwijać umiejętności ofensywne oraz defensywne charakterystyczne dla danej klasy. Część posiada także zdolności wyjątkowe tylko dla nich, jak chociażby rzuty toporami Oliego czy szał bojowy Bolverka, innego varla, który w przypływie gniewu może zadać przeciwnikowi podwójne obrażenia, ale przy okazji zranić też swoich towarzyszy.

W grze pojawia się również zupełnie nowa rasa i zarazem strona konfliktu. Horseborni to coś w rodzaju krzyżówki koni (poniżej pasa) i elfów (powyżej pasa), którzy w walce dobrze sobie radzą zarówno wręcz, rażąc oszczepem na krótkim dystansie, jak i szarżując oraz uderzając przeciwników z kopyta. Niektórzy przedstawiciele tej rasy przyłączają się do naszej karawany, podczas gdy pozostali ją atakują, co oprócz ciekawych sytuacji taktycznych, stanowi również ciekawy wątek fabularny.

Ty tu rządzisz

Nowości nie brakuje również po stronie przeciwników – i to nie tylko za sprawą konnych. Dużo częściej w The Banner Saga 2 walczymy z innymi ludźmi, wśród których desperacja i zwierzęca chęć przetrwania zastąpiła współczucie dla strudzonych wędrowców takich jak my. Ciekawym przeciwnikiem są chociażby dzicy mieszkańcy zielonych równin, którzy umiejętnie czają się wśród mokradeł. Również kamienne siły Dredge, naszych głównych rywali z pierwszej części, wciąż mają w zanadrzu kilka niespodzianek i nowych typów wojaków, jak chociażby bardzo uciążliwe „jeżozwierze”, które niewidzialne przemieszczają się po planszy, stanowiąc ruchomą pułapkę. Warstwa fabularna nadaje też Dredgom więcej głębi, zdradzając nieco na temat przyczyn ich niszczycielskiego marszu przez krainy ludzi.

Same starcia to wciąż potyczki turowe rozgrywane na średniej wielkości planszach. W porównaniu do oryginału, scenografie oraz warunki, w jakich toczymy walki, są w The Banner Saga 2 dużo bardziej różnorodne. Na zniszczonych mostach niezwykle trudno jest operować drużynami złożonymi z masywnych varli, ratunkiem dla słabszych jednostek ludzkich często bywają zaś umocnienia wybudowane przed bitwą.

Częściej prowadzimy też oblężenia obozów przeciwnika wymagające forsowania barykad, a niektóre potyczki w ogóle nie wymagają od nas wybicia wszystkich przeciwników. Czasami wystarczy pokonać teleportującego się po całej planszy dowódcę, innym razem trzeba przeżyć określoną liczbę tur. Są też bitwy wymagające unikania przeciwników i niszczenia zasp śniegu blokujących naszej karawanie drogę ucieczki. Dzieje się wiele, a wszystkie rodzaje potyczek dopracowane są w najdrobniejszym szczególe, co sprawia że ich przechodzenie, to czysta przyjemność i masa emocji!

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy pod tym względem, to bogactwo postaci, które możemy trenować oraz wybierać do naszej drużyny przed każdą bitwą.

Królestwo i pół księżniczki dla orkiestry!

Już pierwsza The Banner Saga pozbawiona była udźwiękowienia dialogów i pod tym względem w dwójce właściwie nic się nie zmieniło. Podczas rozgrywki nadal czytamy spore ilości tekstu (w momencie premiery dwójka nie ma polskiej wersji językowej), a rolę głównego budowniczego napięcia oraz klimatu gry pełni muzyka. Jej kompozytorem ponownie jest Austin Wintory, autor nominowanej do Grammy ścieżki dźwiękowej do Podróży (Journey).

The Banner Saga 2 to zdecydowanie największe dzieło w dorobku tego kompozytora. Wykonana przez Orkiestrę Symfoniczną stanu Kolorado ścieżka dźwiękowa umiejętnie łączy sekwencje orkiestrowe, solówki grane na nordyckich rogach czy egzotycznym didgeridoo, wokale, chór oraz różnej maści naturalne odgłosy, tworząc w ten sposób znakomity, niepowtarzalny nastrój. Muzyka ta dostarcza wzruszeń podczas trudów naszej wyprawy, bawi w trakcie nielicznych chwil wytchnienia, wreszcie wywołuje niesamowite napięcie, gęsią skórkę i motywuje w ogniu bitwy, nawet kiedy mierzymy się z przeważającymi siłami wroga bez szans na wygraną.

To ważne, więc powtórzę w osobnym akapicie. Muzyka w The Banner Saga 2 to absolutne mistrzostwo świata, dlatego kupując grę, koniecznie kupcie również ścieżkę dźwiękową!

Ciąg dalszy... nastąpi

Warto chyba w końcu jednoznacznie odpowiedzieć na pytania postawione we wstępie. Tak, zdecydowanie warto było czekać dwa lata na kontynuację The Banner Saga. Jednocześnie umiejętna konstrukcja wstępu do dwójki sprawia, że nie tylko szybko przypomina on zasady rozgrywki weteranom, ale doskonale wprowadza do świata gry nowych graczy, którzy mogli nie mieć do czynienia z oryginałem.

Wątpliwości nie budzi również fakt, że zwieńczenie historii ludzi, varli i innych ras żyjących w przepełnionym mistycyzmem świecie gry nastąpi dopiero w trzeciej odsłonie, podczas gdy ta pozostawia pewien fabularny niedosyt. To jednak nic w porównaniu z niezwykłymi wrażeniami oraz emocjami, jakich przysparza podróż u boku naszych towarzyszy oraz wspólne stawianie czoła wyzwaniom na szlaku.

The Banner Saga 2 to więcej tego samego, czyli wyśmienita kontynuacja znakomitej gry. To przygoda, którą przeżyć powinien każdy miłośnik strategii oraz fantasy. Oby tylko na trzecią część nie przyszło nam czekać kolejne dwa lata.

  • Platformy: PC
  • Producent: Stoic
  • Wydawca: Versus Evil
  • Data premiery: 19. 04. 2016 r.
  • PEGI: 16
  • Wymagania sprzętowe: Procesor dwurdzeniowy 2 GHz, 4 GB RAM, Nvidia GeForce GT 720 / Radeon X1900 GT, 6 GB HDD

Grę do recenzji dostarczył developer. Screeny pochodzą od redakcji.

6
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
3 Komentarze
3 Odpowiedzi
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
michut
Użytkownik

Ech, miałem nadzieję że jednak odejdą od modelu walki gdzie ruszasz się jednym chłopkiem, i jednym rusza się komputer, i tak w kółko bez względu na wielkość drużyny. Może i to jakaś odmiana od tradycyjnego modelu taktycznego, gdzie najpierw rusza się cała jedna strona konfliktu, później druga, albo każda postać aktywuje się kolejno pod względem inicjatywy/szybkości, ale mimo oryginalności jest to również kompletnie nierealne. Ostatecznie wychodziło że lepiej było walczyć drużyną 3-4 osobową niż pełną 6. Gdzie tu logika.

madoc
Użytkownik

Nie do końca, bo występuje w tej grze pewien mechanizm (nie pamiętam jak się nazywa), który sprawia, że gdy po jednej stronie zostanie tylko jeden wojownik, to wtedy bohaterowie przełączają się po kolei, a nie na zmianę, więc o ile jeszcze 2 przeciwko 4 ma jakieś szanse, o tyle 1 przeciwko 4 już jest na przegranej pozycji. Do tego mając przewagę liczebną łatwiej się likwiduje przeciwników, bo jest po prostu mniej celów do obijania. Mi bardziej przeszkadzał system rozwoju postaci, polegający na tym, że trzeba było ubić określoną ilość wrogów, by bohater mógł awansować, co było czasami dosyć męczące i… Czytaj więcej »

michut
Użytkownik

Jeśli masz przewagę liczebną, przeciwnik zaczyna się ruszać drugi raz od początku swoimi, kiedy ty masz wciąż postacie które nie wykonały akcji. W ten sposób często ginął mi ktoś słabszy który miał zacząć jako ostatni (kiedy próbowałem grać pełną drużyną), albo obrywał tak, że już i tak się nie nadawał do walki (zadawane obrażenia spadają wraz z posiadanym zdrowiem). Także robiłem odwrotnie, brałem 3 najmocniejszych wojów, którzy dzięki temu pozostawali bierni tylko 3 tury przeciwnika i okładałem wrogów (każdego po trochu, żeby nie zabić) zanim się jeszcze ruszą (obserwując kolejność akcji). Wtedy komputer tracił swoje tury na ruchy jednostek które… Czytaj więcej »

elrond
Gość
elrond

Nareszcie! Teraz tylko poczekać do weekendu, może w tym czasie poprawią wszystkie najistotniejsze bugi, i można grać 🙂

madoc
Użytkownik

Horseborni w pierwszej części byli nazwani po prostu centaurami, przynajmniej w polskiej wersji.

Mam pytanie – jak jest z udźwiękowieniem dialogów i ogólnie z dubbingiem? W pierwszej części było tego bardzo mało, nawet narrator się rzadko odzywał, przez co dialogi były nieco męczące.

emter
Użytkownik

Głosy niektórych postaci pojawiają się w formie krótkich monologów na podejściach do ważniejszych miast, monumentów oraz w trakcie niektórych cutscenek (w innych są komiksowe dymki) . Dialogi oraz wydarzenia na trasie, to nadal ściany tekstu.