Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeTeam Sonic Racing – recenzja. Czy wymieni stryjek?

Siekierką niech będzie Mario Kart 8.

Facebook Twitter Google Wykop

W gatunku wyścigów, a może poprawniej – „wyścigów gokartowych” (bo w grze nie musimy śmigać gokartami, żebyśmy mieli do czynienia z tą odmianą. Logiczne, prawda?), Sonic ma jednego śmiertelnego rywala więcej niż w swej tradycyjnej kategorii. Owszem, walczy z Mario, jak walczył od lat dziewięćdziesiątych, gdyż Mario Kart nie tylko nie chce umrzeć, lecz również ani na chwilę nie odpuszcza pod względem jakości, a „ósemka” to właściwie współczesny ideał. Niemniej z grobu wstaje kolejny gigant czasów minionych. Ten rudy, czasem lisowaty. To nie bez znaczenia. Ponieważ normalnie zastanawialibyśmy się, czy Team Sonic Racing ma w sobie wystarczającą krzepę, by w środku imprezy, gdy ktoś krzyknie: „Odpalać Mariokarty!”, rezolutnie odrzec, iż co prawda ich nie ma, ale Sonic godnie je zastąpi. Co oznacza, że nie musiałby być wyśmienity, tylko „wystarczająco miodny”. Z taką zaś konkurencją nie ma już wyboru.

Platformy: PC, PS4, Xbox One, Switch
Producent: Sumo Digital
Wydawca: Sega
Data premiery: 21.05.2019
Wersja PL: napisy
Graliśmy na bazowym PS4, paliliśmy resztki gumy na gałkach DualShocków Adama.

Tytuł to nie tylko parafraza ostatniego Crasha od Naughty Dog

Sumo Digital odpowiadało co prawda za dwie poprzednie ścigałki z Niebieskim, lecz od All-Stars Racing Transformed minęło siedem lat, więc bez problemu odcinamy nowy tytuł od przeszłości. Studio zapożycza się w trzech miejscach: z tradycji gatunku bierze luźne poślizgi, w których opanowaniu tkwi połowa satysfakcji po stronie odbiorcy. Z ósmego Mario Kart podprowadza powykręcane trasy oraz generalną niechęć w stosunku do praw fizyki, zatem często śmigać będziecie po ścianach lub sufitach.

A z Sonic Heroes, w zasadzie już zapomnianej platformówki, pożycza ideę działania w zespołach. Bo tytuł Team Sonic Racing to nie tylko parafraza ostatniego Crasha od Naughty Dog, ale również realna zapowiedź charakteru tutejszej rozgrywki. Wyścigi drużynowe. W multi – wiadomo, niech będzie. Jednak nawet samotni maniacy od „drużynowości” nie uciekną.

Owszem, rozbudowany, wymagający lekko ponad dziesięciu godzin tryb przygodowy ani razu nie pozwoli Wam odpowiadać wyłącznie za siebie. Zapomnijcie o tym w ogóle, poza klasycznymi czasówkami. Zawsze jest gracz oraz jego dwóch towarzyszy. To mogą być koledzy z własnymi padami, rzecz jasna. Jeśli tych brakuje – rolę przejmuje maszyna.

Aby zwyciężyć, trzeba wspólnie wyciągnąć wystarczająco wysokie pozycje. Ciągnie to za sobą multum pomniejszych zmian, bez których akceptacji trudno byłoby w TSR-a do końca wsiąknąć. Losowane dopałki lepiej odesłać komuś z drużyny. Gdy pozostali się wleką z tyłu, lepiej dać się wyprzedzić oraz zapewnić im tunel aerodynamiczny. Bowiem bez takiego kółeczka wzajemnej adoracji nie naładujecie paska SUPERKUMPLODOPALACZA (Sega, z chęcią sprzedam wam tę nazwę). A bez Superkumplodopalacza trudno będzie w dalszych etapach wygrywać.

Nie czuję się z tym do końca dobrze. Z jednej strony widzę, że model jazdy/poślizgów sam w sobie nie jest na tyle rewelacyjny, abym czuł najprostszy, a tak rzadki rodzaj growej satysfakcji (iż wszystko płynie pięknie w miarę sprytnego ogarniania kontrolera), więc Sonic skazany jest na jedną pozycję za dwoma największymi przeciwnikami. Powinienem zatem doceniać odważną próbę wynagrodzenia strukturalnych ułomności. Jednak ze mnie taki rodzaj gracza, że wolałbym własnym wymiataniem gwarantować sobie postęp, a nie pilnować na każdym kroku kolegów czy – najgorzej – sterowanych przez komputer prostaków. To szczególnie bolesne, gdy fabuła zmusza do czteroczęściowego turnieju, jaki kończy się na drugim miejscu, ponieważ nie cała drużyna jechała na tyle dobrze, co jej kapitan. A kapitan zachowywał się jak klasyczny jedynak.

Gdy pozostali się wleką z tyłu, lepiej dać się wyprzedzić oraz zapewnić im tunel aerodynamiczny.

Trasy są barwne i powykręcane jak rozmowy telefoniczne z redaktor Kowalczyk, ale to nie zawsze wystarczy. Wytłumaczę na przykładzie zbieranych dopałek. Są te standardowe – bomby, przyspieszenia, miny – są też takie dedykowane dla „roli” w zespole (prędkość, siła albo technika), ale po wielu dniach nie pamiętam symbolu żadnej broni, żadnej nie potrafiłbym nazwać. O wszystkim decyduje charakter. Trasy z Crash Team Racing lub starszych Mario Kartów nie potrzebują jeżdżenia po ścianach, wielkich skoków, feerii kolorów mogących odpalić atak epileptyczny, żebyśmy cieszyli się niczym gówniaki na ich powrót we współczesnych produkcjach. To trochę jak z tymi poślizgami. Tam są perfekcyjne, więc w jakimś stopniu już na nich rozpoczyna się satysfakcja z czasu przed telewizorem. Tutaj odrobinę zawodzą, nawet jeśli wyszło całkowicie funkcjonalnie.

Sonic przypomina mi doświadczenia z kategorii „przyjemne, póki trwa, ale ciśnienia do powrotu nie odnotowano”

Oto właśnie mój największy problem całego Team Sonic Racing (bo do drużynowego przymusu byłbym w stanie się przyzwyczaić). Zawsze „standard”, nigdy „ponad”. Bonusowe tryby w karierze, jak trafianie rakietami w cele po drodze lub zbieranie pierścieni (polskie tłumaczenie pozostawia „ringi”, tfu) na czas, tylko czasem działają uzależniająco. Podobnie śmiganie przez neta, które zakończyłem po jednym dłuższym wieczorze. Swego czasu działałem ze znajomymi przy ambitnym „projekcie” historii gier wyścigowych jednej (siódmej) generacji konsol. Przerobiłem wtedy kilkadziesiąt pozycji. Sonic przypomina mi te doświadczenia z kategorii „przyjemne, póki trwa, ale ciśnienia do powrotu nie odnotowano”. Rozumiecie?

Zawsze ‘standard’, nigdy ‘ponad’.

Dla niektórych nie bez znaczenia będą kwestie techniczne. Cholera z tym, że tło fabularne (głupie jak but, wiadomo) przedstawiono niskobudżetowymi „gadającymi głowami”, przecież przerywniki można wyłączać. Ale kasłająca na moich oczach animacja z momentami „stanowczo mniej niż trzydzieści klatek” naprawdę kąsa. Dorzucę też, bom czasem wredny, „sklepik” z częściami do samochodów, który działa jak skrzynki z lootem. Czyli losowo, zmuszając nas do „wstrzymującej dech” animacji otwierania się kolejnych pierdółek. Po godzinie dobrej jazdy trzeba tam spędzić kilka męczących minut. Po co? No bo takie czasy. Nawet jeśli to bez sensu.

Team Sonic Racing, proszę państwa! Niezła gra, która cierpi na to, że jest niezła. W oczach kogoś autentycznie przejętego gatunkiem oraz jego rozwojem. Znając od podszewki Mario Kart 8, widząc jakość czerwcowego Crash Team Racing Nitro-Fueled – trudno mi produkcję Sumo Digital i Segi polecić z czystym sumieniem. Ale to trochę casus Sonica. Zawsze z jakiegoś dziwnego powodu trzeba przy nim napisać kilka zdań ostrzeżeń. Jeśli powyższe problemy przełkniecie, jak i ja przełknąłem, pozostaniecie z… niezłą ścigałką. Zatem może najpierw wymęczyć konkurencję, a potem, przy większym głodzie, wrócić tutaj?

ZAGRAĆ?
MOŻNA
3.0

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o