Zmien skórke
Logo Polygamii

Super Mario Odyssey może zdetronizować Breath of the Wild

Serio. Nawet Homer tutaj się chowa.

O “odysei” dziś będzie krótko. Znacie taki motyw, że obserwowanie opinii na temat jakiegoś bliższego Wam tytułu zupełnie wystarczy do radosnego wyczekiwania jego premiery? Po E3, kiedy po raz pierwszy udostępniono fragment nowego Mariana, z zachodnich redakcji posypały się szalenie optymistyczne teksty. Uznałem wtedy, że “mnie styka”, nie chciałem już psuć sobie ewentualnych niespodzianek przed premierą gry. To Paweł uświadomił mi na redakcyjnym komunikatorze – “zły zawód do takich praktyk, tutaj musisz psuć sobie wszystkie niespodzianki, które zepsuć w ogóle można i śledzić każde info o grze”. I proszę – dwa miesiące później jestem na Gamescomie. Mam umówioną wizytę w Nintendo – gdzie Mario Odyssey będzie na sto procent – na czwartek, a ja już w poniedziałek trzydzieści minut stoję w kolejce podobnych mi dziennikarzy pod czerwonymi ściankami. “Raz przytnę, żeby wiedzieć, o co chodzi”.

Dwa dni później siedzę w biznesowej strefie Nintendo. “Możesz pograć we wszystko” – słyszę. Ale ja już wcześniej grałem we wszystko. Przyszedłem z konkretnym zamiarem: wycisnąć ostatnie soki z dziesięciominutowego dema Super Mario. To nie jest gra, co łaskawie opuszcza głowę odbiorcy. To narkotyk w postaci platformówki. Po godzinie poznawania na wylot pustynnego świata byłem gotowy do taktyki “na speed run”. Udało się, w trakcie dziesięciu minut pokonałem wszystkie paskudne przepaście, ominąłem każdy dwuwymiarowy pocisk, zobaczyłem Bowsera w garniturze i trzy razy skoczyłem na głowę bossa tego poziomu. Moje zmagania z zainteresowaniem śledziła pracowniczka Conquestu. Jeżeli nie kłamała, to byłem pierwszą osobą, która ukończyła cały fragment.

Nie czułem satysfakcji, bo mam się za ponadprzeciętnego gracza. Takie wyczyny lepiej pozostawić prawdziwym wymiataczom. Czułem satysfakcję, bo Odyssey jest wyjątkowe. Chciałem zobaczyć wszystko w tym małym fragmencie, który i tak zaspoilerowałem sobie za wcześnie. Nintendo raz jeszcze, w innym gatunku, wykorzystuje ideę ostatniej Zeldy – to gra o nauce, odkryciach i doświadczeniach. Kolorowe królestwa pełne sekretów oraz smakowitych minigierek (to drugie szczególnie w karykaturalnym New Donk City, które kojarzycie z pierwszych zwiastunów) nijak mają się do nostalgicznych krajobrazów Hyrule, ale ich poznawaniu również towarzyszy dziecięcy zachwyt. Niemal za każdym winklem skrywa się coś świeżego, coś, o czym nie powinienem pisać.

Wspomnieć mogę o dwóch mechanikach: “opętywaniu” przeciwników i “wchodzeniu” w ściany. Pierwsza jest czymś absolutnie nowym, czyli odpowiednikiem armatki wodnej z Sunshine czy planet z Galaxy. Motyw jest prosty, ale całkiem genialny. Każdego dużego przeciwnika (oraz postaci niegrywalne, które nie chcą ukatrupić Wąsatego) można sobie na chwilę wypożyczyć – wystarczy rzucić weń tą czapką z oczkami z okładki. Wszyscy mają unikalne zdolności – wyluzowany totem na pustyni ma magiczne okularki, w których dostrzega ukryte przejścia, a Bullet Bill, jak to robi od trzech dekad, lata. Ile łącznie takich alternatyw dla Mariana będzie w całej grze? Ja nie chcę wiedzieć. Ale cierpliwie czekam na T-Rexa.

Drugim dziwactwem są fragmenty na ścianach. Dosłownie. Kolejne zapożyczenie z Zeldy, tym razem bezdyskusyjne, bo przenoszenie postaci na ścianę budynku widzieliśmy w A Link Between Worlds. Nasz Patryk jest zakochany w tym motywie (próbowałem go namówić, żeby się dopisał, ale chyba najpierw musi odespać cały tydzień). Mario nagle pojawia się na boku wysokiej wieży i wspina się na nią w klasycznej sekcji dwuwymiarowej, z obowiązkową oprawą graficzną rodem z NES-a. To wszystko, przynajmniej w granicach dema. Banalne i cwane – bo przy okazji wspaniale podsumowuje gigantyczną historię całej serii, zataczając swego rodzaju koło.

Niczego więcej nie chcę pisać. Nie żałuję, że zagrałem i wycisnąłem z demka niemal wszystko. Ale do premiery nie dotknę już żadnego nowego wycinka Odyssey. Chciałbym w tę przygodę wejść tak ślepo, jak praca mi tylko pozwoli. Po Gamescomie pewny jestem jednego – to będzie najlepsza platformówka roku, nie tylko dlatego, że konkurencja mogłaby być liczniejsza. W moim oczach ten infantylny, wychodzący antynintendowcom bokiem hydraulik ma nawet małą szansę, by zawstydzić samego Linka. Przyrzekam, że rzadko już odczuwa się podobną radość z samej rozgrywki. Jeżeli to, co zobaczyłem, jest nieśmiałym wstępem do całej przygody, dotychczasowi pretendenci do tytułu roku powinni szykować się do trudnego starcia tej jesieni.

Przeczytaj także:

Pod tagiem Prosto z GC 2017 znajdziesz nasze wrażenia z innych ogrywanych i oglądanych w Kolonii gier.

Adam Piechota

Więcej na temat:

5
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
3 Komentarze
2 Odpowiedzi
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
gsg
Użytkownik

Jeśli czapka nie psuje się po pięciu założeniach na głowę tak, że trzeba szukać nowej, a do tego rozgrywka jest bogatsza w typy starć i wyzwań niż BOTW to wciągnie Linka nosem bez popijania :>

Na przechwytywaniu umiejętności od przeciwników były swoją drogą budowane puzzle w Brave Fencer Musashi. A ja nigdy nie przegapiam okazji, żeby napisać, że to jedna z moich najulubieńszych rzeczy na świecie.

Sevven
Użytkownik

Zelda ani mnie ziębi ani grzeje ale dla Mariana zamierzam kupić konsole.

Sevven
Użytkownik

Znowu wysłałem komentarz przez przeczytaniem go i wyszedł mały potworek stylistyczny.

mirek83
Użytkownik

Czyżby o tutył gry roku Zelda biła się z Marianem?

mirek83
Użytkownik

tytuł*