Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeStranger Things (sezon) 3 – recenzja. Neverending Stooory

Lepiej przypomnijcie sobie słowa tego utworu!

Facebook Twitter Google Wykop

Nie jestem ultrafanem „Stranger Things”. Dzieło braci Duffer nie stanowi dla mnie regularnego Kulturowego Wydarzenia Roku. Byłem z Dominikiem na Open’erze i spotkanie z dwoma młodocianymi aktorami okazało się dla mnie mniej istotne od słabego piwa za horrendalne sumy. Co nie oznacza od razu, iż fenomenu marki nie rozumiem, zaś mając okazję zbinge’owania trzeciego sezonu wybrałbym cokolwiek innego.

Nostalgii za kinem lat osiemdziesiątych dostajemy obecnie aż za dużo, niemniej oczko w cybergłowie Netfliksa to jej absolutne ukoronowanie. Przede wszystkim dlatego, że w centrum sentymentalnego cyrku wrzuca bohaterów, których zwyczajnie można obdarzyć sympatią. Cała reszta, superowość lub niesuperowość poszczególnych sezonów, to wypadkowa pozostałych inspiracji. A gdy widzę, co panowie wrzucili do kotła za trzecim razem, mam ochotę…

Nie bez znaczenia dla sukcesu marki jest fakt, iż aktorzy rzeczywiście dorastają na naszych oczach

Klasnąć w ręce z cichą satysfakcją. Klasyka body horroru, John Carpenter, „Blob”, „męskie” kino ze Schwarzeneggerem, trochę dojrzałego George’a Romero – rzeczy zdecydowanie barwniejsze niż ostatnim razem (sezon drugi, nie ukrywajmy, delikatnie zasysał). Nie bez znaczenia pozostaje tutaj karta zaufania od samej platformy, bowiem budżet „Stranger Things” wyleciał w kosmos, a gigantyczne scenografie, z olśniewającym centrum handlowym na czele, pozwalają już całkowicie zapomnieć, że pozostajemy w tym „mniejszym” medium. Nie ma momentów przejściowych, nie ma zbędnego „budowania napięcia”. Pozostaje wyłącznie gigantyczna przygoda w „ejtisowym” tego słowa znaczeniu. Pragnąca tak samo mocno ukłonić się swoim idolom, jak do nich wstydliwie dołączyć.

Nie bez znaczenia dla sukcesu marki jest tutaj również fakt, iż aktorzy rzeczywiście dorastają na naszych oczach. Ich miłostki, sprzeczki, zderzenia z brutalnością dojrzałego świata, cały ten rytuał przejścia nabiera zatem realnego wymiaru. A momenty prawdziwie „dziecinne”, jak totalnie absurdalna, przez co jeszcze cudowniejsza, piosenka z „Niekończącej się opowieści”, także dla bohaterów stają się echem czasów minionych. Zobaczycie w trzecim sezonie nieprzypadkową scenę, gdzie wataha wskoczy do samochodu, by wykręcając przewrócić stojące obok rowery (ulubiony dotychczas środek lokomocji) – młodość jeszcze jest niedaleko, jednak coraz rzadziej można z niej tak naprawdę skorzystać.

Dlatego ekipę można bez bólu rozdzielić przez większość odcinków, rozrzucić po mapie Hawkins, zająć niepowiązanymi początkowo sprawami. Tym dać wątek horrorowy, a tamtym kiczowatą bazę oczywiście-że-złych Rosjan do infiltracji. Kiedy wszystko złączy się nareszcie w całość na potrzeby wybuchowego finału (nie żartuję, nie widzieliście jeszcze takiej skali w tym serialu), a za młodzikami, niczym T-Rex w „Parku Jurajskim”, pędzi gigantyczny potwór, można albo westchnąć, że równie „intymny” serial doszedł do takiego momentu, albo zrozumieć, iż to szczyt „Stranger Things” w ogóle. Oczywiście, że Netflix nie pozwoli marce odpocząć jeszcze kilka lat, bo już teraz mami nas otwartą furtką na kontynuację, jednak gro kluczowych wątków dobiega do naturalnej konkluzji właśnie pod koniec trzeciego sezonu. Czy od teraz rozpocznie się odcinanie kuponów?

Można albo westchnąć, że równie „intymny” serial doszedł do takiego momentu, albo zrozumieć, iż to szczyt „Stranger Things” w ogóle

Zanim ktoś zarzuci, że Piechota pisze brzydkie recenzje filmów/seriali (od streszczeń mamy opisy), podkreślę, jak ważna dla mnie była decyzja ulokowania źródła złych mocy, ulubionego Łupieżcy umysłów, w postaci Billiego (żaden spoiler, litości, to pierwszy odcinek!). Już ostatnio zobaczyliśmy, jak dobrym czarnym charakterem może być ta kopia Zaca Efrona, więc rosnący gdzieś poza miastem demon, który „łączy się” ze światem zewnętrznym wykorzystując brata rudowłosej Maxine, jest strzałem w dziesiątkę. Podobnie jak większe zainteresowanie fizyczną manifestacją najważniejszej bestii w całym uniwersum – „Stranger Things 3” zamienia się z czasem w rasowe monster movie, co chłopaka wychowanego na VHS-ach z osiedlowej wypożyczalni „Bartek” po prostu musi zachwycać. Toteż zachwyciło.

Czy oglądać? Oczywiście. To chyba nawet „osiem na dziesięć”, co przy jakości poprzedniego sezonu oznacza niemałe zaskoczenie. Kwestią gustu pozostanie, czy ktoś bawić się będzie lepiej przy ociekającej kolorami, dużej „trójce” (nie bez powodu rozgrywającej się u zarania kalendarzowego lata), czy tajemniczym, mocniej spielbergowskim pierwowzorze. Ale na pewno są podobnie dobre.

5
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
3 Komentarze
2 Odpowiedzi
4 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Lord Bart
Użytkownik

Dla mnie, kiedy po pierwszych dwóch sezonach zostałem dzifką i ćpónem tego serialu, trzeci sezon był jak… połowiczny detoks z jednoczesną sceną otwierającą Facetów w Czerni. Nie wiem ile z głosów ogólnej widowni Dufferowie biorą na poważnie, ale ludzie którzy płaczem wymusili żenujący humor, gagi prostackie nawet na amerykańskie sitcomy i w końcu… żeby bez spoilerów – tych ludzi, w tym miejscu, w tym kraju – jak to mawia Dustin oh my god, oh my god, oh my god – no :/ Momentami miałem wrażenie, że oglądam zupełnie inny serial. Było to chyba nawet głębsze niż zmiana scenariusza Gry z… Czytaj więcej »

pear
Użytkownik

No dla mnie już drugi sezon był mega rozczarowaniem, główny paranormalny wątek praktycznie nie ruszył się z miejsca, za to mieliśmy odgrzewanego kotleta w ciut innym sosie, serialowe dzieciaki też wiały już sztampą i zaczęły irytować (Willa przypalałbym żywym ogniem), również romanse starszych nastolatków mnie nie interesują.

A jeden jedyny ciekawy, świeży odcinek i zawarty w nim wątek kumpli Eleven został zjechany przez fanów, którym opowiadanie w kółko tego samego z drobnymi zmianami najwyraźniej pasuje, a wszelkie próby wprowadzenia czegoś nowego już nie.

Lord Bart
Użytkownik

Też nie rozumiem czemu (cyber)punkowy/shadowrunowy odcinek tak zapiekł wielu ludzi. Pasuje idealnie do czasów, do kompozycji, do nastroju.
Nie rozumiem wielu rzeczy i im jestem starszy tym mniej mnie to przejmuje 😛 Chociaż jeśli przekłada się to na jakość czegoś co lubię…

Krzysztof Kempski
Redaktor

Tez już obejrzałem. Nie jest to wybitne arcydzieło sztuki filmowej, niemniej całkiem sprawnie nakręcona produkcja z drobną porcją nowych przypraw, ale kierowana jednak do fanów. Najbardziej na plus, że wreszcie zajęli się tym, co cały czas funkcjonowało gdzieś sobie w tle, czyli delikatna sugestia, że to tak naprawdę serial w głównej mierze o zimnej wojnie. A że nieraz komiksowo i w przerysowany sposób się dzieją pewne rzeczy to taka już uroda konwencji. W czwartym sezonie mogliby tylko wreszcie ogarnąć lepsze zakończenie. Nie tyle fabularnie, co technicznie. Już trzeci sezon i trzeci raz oglądając ostatni odcinek niemal przegapiłem moment, kiedy wszystko… Czytaj więcej »

wintersun
Użytkownik

Najbardziej z 3 sezonu zapamiętałem Nową Colę i Burger Kinga, więc reżyser chyba zrealizował swoje ambicje