Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeStories: The Path of Destinies – recenzja. Bajka na ćwierć setki zakończeń

Stories nie wzięło się w tytule gry z przypadku. Jednorazowe dojście do ostatniej planszy to kwestia niecałej godziny. Kto odłoży wtedy grę, popełni błąd i wyrobi sobie o niej nieodpowiednie zdanie.

Facebook Twitter Google Wykop

Tym, co odróżnia Stories: The Path of Destinies od innych hack&slashów, jest fakt, że sami w dużej mierze kreujemy przebieg opowieści. Gdyby tylko Quantum Break podchodziło do sprawy wyborów tak poważnie, gra Remedy byłaby arcydziełem.

Chodź, opowiem Ci bajeczkę

Wcielamy się w Reynardo – pirata, którego kopie zaszczyt zostania ostatnią nadzieją krainy nękanej przez inwazję złego imperium. Nasz lisek wcale się o to nie ubiegał, ale akurat tej karty losu odwrócić nie może. Może natomiast zdecydować, w jaki sposób spróbuje obronić krainę. Po zaliczeniu etapu gracz sam wybiera, gdzie powędruje później. Wybór jednej z dwóch lub więcej dróg będzie jednak miał konsekwencje.

Czasem śmiertelnie poważne, kiedy indziej mniejszego kalibru. Ale dopóki nie spróbujesz, to się nie dowiesz czy zostawienie na początku przyjaciela na pastwę losu, by spróbować zdobyć potężną broń, jest drogą do sukcesu czy wyrzutów sumienia.

Reynardo

Kiedy indziej konsekwencje mocno wpływają na nasze założenia dalszej przygody, bo prawie każdy zacznie grać z wizją zostania herosem, ale po drodze może się wiele wydarzyć. Mimo oprawy przywodzącej na myśl kreskówki, Stories: The Path of Destinies nie gwarantuje happy endu i raczej nic nie pójdzie tu graczowi jak z płatka. Po drodze trzeba będzie coś poświęcić, a i tak ostatecznie może się okazać, że jedyne, co udało się osiągnąć to ledwie pyrrusowe zwycięstwo.

Cała przygoda jest rozpisana na kartach magicznej księgi

Ale każdy taki ćwierćtriumf przybliża Reynardo do pełnego sukcesu, bo wracając do pierwszego rozdziału, nie tracimy ani umiejętności, ani wiedzy o możliwych konsekwencjach wyborów. Możemy upleść z nich inną opowieść, która zawiedzie nas do innego finału. Pojawiają się też nowe lokacje, postaci i wybory, więc nie jesteśmy skazani na granie ciągle tych samych 5 rozdziałów, tylko nieco inaczej. Czy Remedy mnie słyszy?

Mieczem ich!

Jako bajka, w której próbujemy znaleźć drogę do szczęśliwego zakończenia (albo po prostu sprawdzić, co jeszcze może czekać bohatera), Stories spisuje się świetnie. Naprawdę ciekawi, przy kolejnych okazjach dopowiadając to i owo o napotkanych postaciach. Jedno przejście od startu do mety to kwestia godzinki (maksymalnie), więc nawet widząc, że nasza przygoda zmierza w niewesołym kierunku, jesteśmy wolni od świadomości, że daliśmy ciała i trzeba będzie się z tym męczyć przez pół dnia.

Niestety jako hack&slash gra niedomaga.

Niestety jako hack&slash gra niedomaga. Dziwną decyzją było zastąpienie tu płynnego siekania wrogów systemem, który bardziej kojarzy się z klepaniem oprychów w Batmanach. Początkowo mechanika nie pozwala nawet na uniki, po kilku ulepszeniach (marny wybór) po każdym ciosie czy kontrze czas mocno zwalnia, pozwalając nam na przemyślenie kolejnego ruchu. Szlag, pauza, szlag, pauza – tak to mniej więcej wygląda.

Bitki prezentują się tu biedne, tworzone w trakcie rozgrywki miecze są w zasadzie swoimi klonami z innym efektem (ogień, lód, leczenie), a przeciwnicy nie powalają różnorodnością. Przez pauzy walce brak satysfakcjonującej dynamiki, płynności, a dodatkowo lubi gubić klatki animacji, wkurzając gdy przez to nie zdążymy z blokiem. Im dalej w grę, tym łatwiej Reynardo radzi sobie z wrogami, ale gracz nie ma z tego wielkiej frajdy. Ot, szybciej dowie się co czeka go na końcu danej fabularnej ścieżki. Nie ma też bossów. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy Reynardo wkraczał na pokład latającego okrętu Imperatora, po czym nie dane mi było stoczyć z nim walki… O finale poinformował mnie tylko narrator.

Jest stale obecny i dorzuca sporo do klimatu, gdy komentuje nasze poczynania albo opowiada o świecie gry. Gorzej, gdy zacznie żartować. Wiele kwestii to odwołania do popkultury, które są jednak podane tak bez emocji, że nie wzbudziły u mnie nawet lekkiego uśmieszku. Ale to on i wewnętrzne monologi Reynardo są naszym najlepszym źródłem informacji o tym, jak idzie misja, więc trzeba się uodpornić. Same plansze też są rozczarowująco puste. Nowe miecze pełnią tu rolę kluczy do zablokowanych wcześniej obszarów, ale oznacza to tylko dojście do skrzyni ze skarbami czy do kolejnej areny, na której pojawią się wciąż ci sami wrogowie.

I co my z Tobą mamy zrobić, drogi Lupino?
Mogło być pięknie

Stories: The Path of Destinies to ciekawy pomysł, ale gorsze wykonanie. Po pierwszym przejściu historii zacząłem się zastanawiać, czy na pewno dostałem pełną grę. Ale potem przeszedłem ją znowu i kolejny raz, i kolejny. I zacząłem widzieć w tych przygodach sens. Podobało mi się, że autorzy nie bali się zrobić z Reynardo gościa, który czasem przegrywa. Nie dosłownie, bo do finału dotrze, ale niektóre ścieżki zabierają go w naprawdę mroczne miejsca. Szkoda tylko, że rozgrywka kuleje. Z porządnym, dającym frajdę i ciekawe możliwości systemem walki Stories: The Path of Destinies byłoby perełką. Bez niego jest ciekawym tytułem do sprawdzenia… kiedyś.

  • Platformy: PC, PS4
  • Producent: Spearhead Games
  • Wydawca: Spearhead Games
  • Data premiery: 12.04.2016 r.
  • PEGI: 12
  • Wymagania: Intel CPU Core i3-2500K 2.0GHz+ / AMD CPU Phenom II 570; 4GB RAM; GeForce 8800 GTX / GT640 / GT730 / Radeon HD 5850 / HD Graphics 530

Grę do recenzji dostaliśmy od wydawcy. Testowaliśmy wersję na PS4. Screeny pochodzą od redakcji.

4
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
4 Komentarze
0 Odpowiedzi
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Akzo
Użytkownik

Rzadko zwracam uwagę na indyki, ale tym razem naprawdę cieszę się, że poznałem ten tytuł. Wykonanie rzeczywiście mogłoby być lepsze, ale sama historia wciąga i mi np chce się te zakończenia odkrywać. Jestem naprawdę zaskoczony tą grą i szczerze polecam ją sprawdzić zwłaszcza, że nie kosztuje po 8-9 dych jak niektóre indyki.

Vries
Użytkownik

“Reynardo wkraczał na pokład latającego okrętu Imperatora, po czym nie dane mi było stoczyć z nim walki…”

Tu bym powiedział, że jest to ZALETA. Śmieszy mnie w grach fakt, że ochroniarzy ważnej figury, czyli kolesi wyszkolonych do tego zadania załatwia się łatwo a z ważniakiem który przez całe swoje życie wydawał rozkazy i siedział za biurkiem staczamy walkę jakby był to prawie superman.

trackback

[…] Stories: Paths of Destinies, czyli eksploracja przestrzeni zdarzeń w baśniowym świecie, na podobieństwo No One Has To Die czy Virtue’s Last Reward; […]

trackback

[…] niedocenione “Stories: The Path of Destinies”, o którym, co ciekawe, dowiedziałem się z recenzji na Polygamii. Koncept trochę podobny do gier z serii “Zero Escape” (o drugiej części pisałem tutaj, o […]