Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaRozważania NaGórze: O kompulsywnym krów klikaniu anegdotka tragiczno-komiczna

Krótka opowieść o grze zaprojektowanej jako satyra na fejsbukowe klikadełka, która stała się dokładnie tym, co miała obśmiewać.

Facebook Twitter Google Wykop

Świętej pamięci George Carlin mawiał: “pomyślcie jak głupia jest przeciętna osoba, a potem uświadomcie sobie, że połowa z nich jest jeszcze głupsza.” Niech to będzie nasze motto na dziś.

Zacznijmy od przedstawienia człowieka, który na krzywej Gaussa sytuuje się znacznie powyżej przeciętnego ilorazu inteligencji. Ian Bogost jest akademikiem specjalizującym się w grach wideo: poddawał je krytyce, analizował, opisywał, ale też tworzył. Zawodowo wykłada zagadnienia dotyczące mediów interaktywnych na Georgia Institute of Technology, był współzałożycielem studia Persuasive Games (Airport Security, Colorfall, Killer Flu), publikował m.in. w “The Atlantic”, jak również na rozmaitych portalach o grach. Pierwszy raz o Bogoście napisałem w felietonie “Kwestia Wierności”: to pod jego kierunkiem studenci rozszerzyli emulator Atari Stella o efekty mające odwzorowywać zachowanie klasycznego monitora katodowego na współczesnych ekranach LCD.

Gry stworzone przez Bogosta to najczęściej rzeczy mocno nietypowe. Przykładem może być Simony, bardziej instalacja artystyczna niż gra w klasycznym tego słowa znaczeniu, traktująca o kupowaniu stanowisk. Jej tytuł przetłumaczony na polski to symonia, czyli świętokupstwo, co oznacza grzech handlu godnościami i urzędami kościelnymi. Z kolei A Slow Year, nagrodzony na IndieCade 2010, to zestaw czterech mini-gier na Atari 2600, z których każda odpowiada jednej porze roku. Edycja specjalna gry zawierała kartridż oraz oprawiony w skórę tomik poezji. Jak widać nie są to tytuły po które sięgnęlibyśmy dla rozrywki, raczej coś z pogranicza growego artyzmu, hipsterstwa i eksperymentu socjologicznego.

Cow Clicker, po polsku Klikacz Krów, w założeniu miała być kolejnym tego rodzaju komentarzem społecznym, ale jego efekty zaskoczyły samego twórcę. W 2010 roku, kiedy rekordy popularności biło FarmVille, Ian Bogost opublikował ją na Facebooku z, jakby to określił Terry Pratchett, intencją ironiczną. Zasady gry były proste jak konstrukcja cepa: gracz dostaje krowę, może na nią kliknąć, krowa zamuczy. Po upływie sześciu godzin można kliknąć ponownie. Za klikanie zbiera się walutę (”mooney”) pozwalającą nabyć krowy premium, różniące się wyglądem od tej podstawowej. Mikropłatności udostępniają drogę na skróty: można kupić walutę bez konieczności nudnego czekania. Ponadto można jeszcze zaprosić przyjaciół do gry, kliknąć na ich krówkach lub pochwalić się swoim kliknięciem. I to już. Cała gra. Wydawało się zatem, że ludzie szybko zorientują się, że jest to tylko satyra obśmiewająca totalną bezcelowość tego rodzaju rozgrywki.

Otóż nie.

Mało, że się nie zorientowali, ale wręcz im się spodobało. Cow Cliker zaczął zyskiwać popularność, a wraz z nią nieuchronnie pojawili się fani, wydający prawdziwe pieniądze na wirtualne krowy. Część graczy zostawiała recenzje (“Jest okej, ale bez rewelacji”). Niektórzy przesyłali Bogostowi sugestie poprawek, by ucznić grę lepszą. Ktoś napisał poradnik (sic!). Po paru miesiącach kilkadziesiąt tysięcy ludzi codziennie klikało na swoje krówki, generując ponad dwa miliony kliknięć na dobę. Liczba śmiesznie mała w porównaniu z FarmVille (110 zrejestrowanych milionów graczy w okolicach premiery Cow Clickera), niemniej zaskakująco wysoka jak na aplikację pomyślaną jedynie jako sarkastyczny komentarz inteligenta, zniesmaczonego trendem bezmózgich klikadełek z firmy Zynga.

Ian Bogost próbował podkreślić bezsens swojej gry na różne sposoby. Dokładał nowe krowy, coraz bardziej absurdalne: Złotego Cielca (oczywiste kontacje biblijne), Lovecraftiańską (zielona z mackami) czy wreszcie Krowę Stojącą Pyskiem W Drugą Stronę (2500 jednostek waluty lub dwadzieścia dolarów). Dodał możliwość donacji na organizację charytatywną Oxfam, tak by podarowała ona krowę głodującym w krajach trzeciego świata. Zaczął sprzedawać gadżety z krówkami: t-shirty, kubki, podkładki pod myszki, naklejki i inne tego rodzaju głupotki. Wszystko na nic – gracze nadal uparcie klikali i co jakiś czas wydawali pieniądze. Leigh Alexander w artykule na Gamasutrze z 2010 roku cytuje Bogosta mówiącego: “Martwią mnie grający w Cow Clikera. Nie powinni grać w Cow Clickera.”

Po roku Ian Bogost wreszcie się poddał. Poza ewidentnym problem z percepcją gry, twórca zmęczył się wysiłkiem jakiego wymagało jej utrzymanie. Poprawki i łatanie błędów, przejście z prywatnego serwera na rozwiązanie w chmurze by udźwignąć zwiększony ruch, projektowanie i dodawanie nowych krów – wszystko to zajmowało Ianowi ponad dziesięć godzin każdego tygodnia. W 2011 rozpoczęło się zatem odliczanie do wydarzenia zwanego Krowapokalipsą (“cowpocalypse”). Co prawda Bogost nigdzie nie napisał co to oznacza, ale nazwa ewidentnie sugerowała dramatyczne zakończenie. Żeby było śmieszniej, w prześmiewczym duchu Cow Clickera można je było opóźnić za stosowną opłatą. I – znowu – znaleźli się ludzie, którzy tak obawiali się o los swoich wirtualnych krówek, że płacili prawdziwymi pieniędzmi za oddalenie od nich niesprecyzowanego zagrożenia. Pomimo ofiarności mierzonej w setkach dolarów, o godzinie 7:20 dnia 7 września 2011 roku wszystkie krowy zostały wniebowzięte. Choć technicznie rzecz biorą gra istnieje nadal, nie znajdziemy w niej już ani jednej mućki – zostały po nich tylko spłachetki trawy. Mimo to najzagorzalsi gracze wciąż klikają na puste miejsca, gdzie kiedyś stały ich krowy.

Najłatwiej jest podśmiewać się z ludzkiej głupoty, można jednak na tę całą historię spojrzeć pod kilkoma kątami. Prawo Poego – a w każdym razie jedno z praw jednego z Poech – mówi że w internecie ciężko jest rozpoznać intencję użytkowników. Parodia ekstremizmu jest nie do odróżnienia od faktycznego ekstremizmu, a osoba psychicznie chora od trolla, który paranoiczne teorie snuje dla śmiechu. Pytanie ilu użytkowników Cow Clickera grało z przymrużeniem oka, a ilu faktycznie uzależniło się od klikania w krówki, pozostaje bez odpowiedzi. Nick Yee, naukowiec z centrum innowacji firmy Xerox, nazwał tę grę zupełnie przezroczystą klatką Skinnera – mimo to dla części graczy prostackie mechanizmy wystarczyły, by wciągnąć się w pozbawioną sensu i nagrody czynność. Osobiście nie mogę uwolnić się od smutnego obrazu kogoś, kto tak przywiązał się do swojej krówki i powtarzalnego klikania w nią, że płaci za odsunięcie fikcyjnej krowapokalipsy realną walutą. Jak wygląda jego czy jej życie poza Cow Clickerem?

Ta sprawa ma też poważniejszy wątek – bezpieczeństwo danych. W 2018 roku, już po wybuchu afery Cambridge Analytica, Ian Bogost opisał w artykule dla “The Atlantic” mechanizmy zbierania informacji o użytkownikach gry. Choć Cow Clicker funkcjonowała wiele lat temu, dane które zdobył wtedy Bogost od tamtej pory tkwią na jego serwerach, poza zasięgiem Facebooka i jakąkolwiek kontrolą. Ten konkretny wykładowca akademicki nie wykorzystał ich w żaden niecny sposób, jednak przykład Aleksandra Kogana, również pracownika naukowego, który przehandlował zebraną przez siebie bazę danych z informacjami o 50 milionach użytkowników firmie Cambridge Analytica pokazuje, że zagrożenie nie jest wcale, proszę wybaczyć żarcik, problemem czysto akademickim. Parafrazując zatem stare powiedzenie: nie miej konta na Facebooku. A jeśli masz, to nie graj w głupie gierki. A jeśli już grasz, to nie udostępniaj wrażliwych danych. A jak udostępniłeś, no to się potem, krowa, nie dziw.

Bartłomiej Nagórski

8
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
4 Komentarze
4 Odpowiedzi
5 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bartosz Witoszka
Użytkownik

Bardziej spodziewałem się miesięcznika, a tu miła niespodzianka. Nawet nie wiedziałem o istnieniu tej gierki, dzięki za znalezienie ciekawej historii 🙂

Bartłomiej Nagórski
Użytkownik

Będzie dwa razy na miesiąc, w pierwszą sobotę i trzecią środę. W każdym razie taki jest plan.

A w grudniu trochę inny rozkład z uwagi na Święta (redakcja bierze urlop, więc żeby było coś do poczytania w międzyczasie) oraz datę 17 grudnia, czyli równe dwa lata od ostatniego felietonu (mój pomysł).

gseed
Użytkownik

Dobre to było, więcej!

Bartłomiej Nagórski
Użytkownik

Jak napisałem powyżej – jest plan na więcej. Coś o ejtisach, coś o minionych technologiach, coś o Japonii, czyli jak to zwykle ja, mieszanka wspominek, ciekawostek no i oczywiście – gier. 🙂

soulsonist
Użytkownik

jesli ludzie sa w stanie placic za pastylki/kremy czy inne ziolka na powiekszenie… wiecie czego, to wcale nie dziwi mnie ze sa sklonni placic za rzeczy duzo mniej wyimaginowane, czyli wirtualne krowy 😉 Co do prywatnosci I danych w internecie. Mysle ze nadal zatrwazajaco duzo ludzi nie jest swiadomych o tym, ze dane te sa przetwarzane, wykorzystywane I sprzedawane pomiedzy korporacjami. I tak juz chyba zostanie, nawet jesli obwarowane przepisami, wykorzystywanie tych danych przynosi zbyt wymierme korzysci aby ukrocic proceder. Zreszta podobno nowe pokolenia rodza sie juz z telefonem w reku I internetem w zylach, wiec …. w sumie tu… Czytaj więcej »

Bartłomiej Nagórski
Użytkownik

Ogólnie ludzie nie mają wiedzy co korporacje robią z ich danymi. Ktoś kiedyś użył na Facebooka metafory obory, że ludzie są w niej krowami – pasuje do tematu felietonu, ale to nieprawda. Ludzie są nawozem, na którym hoduje się sztuczne inteligencje , nawozem który sprzedaje się firmom trzecim, żeby robiły z nim coś innego, ich indywidualność jest bez znaczenia, liczą się dane w masie, statystyka, trendy.

brzanka
Użytkownik

Drogi Autorze, mogę Twoje teksty jeść bardzo dużymi łyżkami. Bardzo dziękuję, bo ubawiłem się setnie, a i refleksji powidok się przemknął. Mam nadzieję że plan Ci się powiedzie i powstaną przynajmniej równie dobre teksty. Dzięki raz jeszcze. Szczęśliwego Nowego Roku!

Bartłomiej Nagórski
Użytkownik

Za każdym razem jest mi strasznie miło kiedy ktoś pisze coś dobrego o moich tekstach. Bardzo dziękuję, postaram się nie zawieść oczekiwań.