Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeRobert J. Szmidt “Szczury Wrocławia. Kraty” – recenzja. Wielkie żarcie, wersja z polskimi napisami

Opowieść o tym, że w przypadku zombie apokalipsy to nie umarlaki są największym zagrożeniem.

Od razu rozwieję wątpliwości – mówimy wprawdzie o drugim tomie opowieści o polskiej zombie-apokalipsie, ale dzięki zwięzłemu wprowadzeniu i częstym-gęstym zgonom bohaterów w pierwszej części, po książkę tę mogą sięgnąć też osoby nieobeznane z poprzednią. Co jednak nie oznacza, że można sobie “Szczury Wrocławia. Chaos” odpuścić. Szmidt ukazuje bowiem problem pandemii w ciekawym momencie – w chwili samego jej wybuchu. Tak jak w innych tekstach czy filmach traktujących o zombie trafiamy na sytuację już zastałą i obserwujemy próby organizacji społeczności w nowych warunkach, “Szczury Wrocławia” to opowieść o pierwszej reakcji na tak skrajne zagrożenie i nieudolnych próbach walki z czymś, co przekracza ludzkie pojęcie.

Ciekawym pomysłem, który nadaje książce dodatkowego smaczku, jest osadzenie w roli bohaterów prawdziwie istniejących ludzi. Autor wybrał 222 osoby – znajomych, fanów, każdego, kto się zgłosił do projektu – i uczynił z nich postaci literackie. Pomysł to bardzo ciekawy, bo któż nie chciałby przeczytać, jaki rodzaj śmierci wymyślił dla niego pisarz?

Jak jednak Szmidt poradził sobie z tak dużą liczbą bohaterów? Na szczęście, wtręty dotyczące ich przeszłości są krótkie i daleko im do dygresji, w których króluje Stephen King. Od razu na wstępie widać, że są postacie główne i poboczne. Tutaj konstrukcja przypomina mi niektóre powieści wspomnianego Kinga – zwłaszcza “Pod Kopułą”. Mamy dość liczną grupę bohaterów podzielonych na obozy (każdy ma swój rozdział), w ramach których pewne postacie wybijają się na pierwszy plan i jest im użyczone wyraźnie więcej miejsca. Nie jest zatem tak, że każdej z osób wylosowanych do książki autor poświęcił tyle samo uwagi. Wtedy rozmiary powieści byłyby co najmniej nienormalne.

Zatem wojskowi, skupieni wokół postaci majora Bartka Biedrzyckiego, próbują okopać się na Wielkiej Wyspie. Są wśród nich też postaci z poprzedniego tomu, których starania zmierzają do opanowania sytuacji w mieście oraz odgadnięcia zagadki nieumarłych. To najbardziej doświadczone jednostki, ocalałe z pierwszych godzin wybuchu pandemii, nieprzebierające w środkach i rozumiejące, że obecna sytuacja wymaga poświęceń, a czas na refleksję przyjdzie później.

Najciekawsze rzeczy dzieją się jednak w pozostałych dwóch grupach. Zastępca naczelnika Zakładu Karnego Nr 1, Wojciech Okrutny, wpada na ryzykowny pomysł wydalenia poza mury więzienia wszystkich osadzonych i sprowadzenia na ich miejsce rodzin i przyjaciół pracowników. W tym celu wywozi skutych więźniów daleko w miasto, nakazując kierowcom porzucenie ich w bezpiecznej odległości i jak najszybszy powrót do zakładu. Jak można się domyślić (i nie jest to żaden spoiler, bowiem o ostatniej grupie bohaterów czytaliśmy już w zapowiedziach) coś musi pójść nie tak i to w przypadku wozu z najgorszymi skazańcami. Pech chciał, że z jednego samochodu bezpiecznie ewakuują się najgorsze szumowiny świata przestępczego.

Tak oto pod wodzą kanibala o wdzięcznej ksywie Sprycha kilkunastu wielbicieli gnębienia bliźnich sposobami wszelakimi ulokowało się w zajezdni tramwajowej. Oczywiście, Wrocław nie jest miastem opustoszałym. Jeśli nie liczyć tabunów zombie, w każdej prawie kamienicy został się ktoś żywy. Struchlali ludzie barykadują się w swych mieszkaniach i czekają na ratunek, albo po prostu na osobę, która powie im, co robić. Gang Sprychy zaprowadza swój więc własny porządek.

Rozdziały poświęcone terrorowi, jakiemu poddają okolicznych mieszkańców, należą do najkrwawszych i najbardziej brutalnych. Dla Sprychy i jego kamratów nie ma żadnych świętości, a powieszenie dziecka na oczach rodzica tylko po to, by go złamać, nie jest problemem natury moralnej, a raczej praktycznej (jak to zrobić, by małe zombie nie rozniosło zarazy). Przez to opisy ich poczynań są ciężkie w odbiorze, ale też idealnie wpisują się w zamysł Szmidta. Podobnie jak to miało miejsce w “Żywych trupach” Kirkmana i słynnych praktykach gubernatora Woodbury czy Negana – to ludzie pokazani są jako najgorsze potwory.

W drugim tomie “Szczurów Wrocławia” nawet sposób prowadzenia wątków głównych złych postaci jest podobny co w przytoczonym komiksie albo w niektórych książkach Kinga. Z początku tryumfują, a czytelnik tylko zżyma się za każdym razem, gdy ukazana jest bezsilność ich ofiar. Marzymy o jakimś dzielnym bohaterze, który pokaże im, gdzie ich miejsce i położy kres ich bestialskim praktykom… Nie chcąc zdradzać zbyt wiele fabuły, przypomnę tylko, że tutaj niestety nie ma super-bohaterów.

Ciekawym zagraniem jest też osadzenie powieści w dużym polskim mieście oraz w konkretnych latach – w realiach głębokiego PRL-u. Zarówno słownictwo postaci jak i styl życia są nieco odmienne od współczesnych i Szmidt ani na moment nie zapomina o tych różnicach.

“Szczury Wrocławia. Kraty” są zatem lekturą niezbyt łatwą, nie oszczędzającą ulubionych bohaterów, ale też niezmiernie wciągającą. Trzeci tom jest raczej oczywisty, a pod koniec, na osłodę, dostajemy jeszcze debiutanckie opowiadanie Piotra T. Dudka, ukazujące życie w małej wsi. Zmiana perspektywy oraz narracja pierwszoosobowa wyszły bardzo ciekawie.

Jeśli udało mi się Was zachęcić do lektury, to poczekajcie do poniedziałku – wtedy też ogłoszony zostanie konkurs, w którym do wygrania będą egzemplarze książki.

2
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
2 Komentarze
0 Odpowiedzi
2 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bartosz Witoszka
Redaktor

Ekstra recka, a i dobra wiadomość z konkursem. Dobrych książek nigdy za wiele, a nic tak dobrze nie umila długich, samotnych nocy w zombie apokalipsie, jak książka.

Zacco
Użytkownik

I właśnie za to kocham Poly. Dziękuję za ciekawe teksty nie tylko o grach.