Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaRelacja z Intel Extreme Masters 2019

Jedno jest takie wydarzenie w roku – i warto zapisać je w kalendarzu.

Obserwuję e-sport z bezpiecznej odległości, jako osoba grająca w domowym zaciszu, ale nie wychylająca się ze swoim hobby. Owszem, piszę o grach i komentuję ich świat na bieżąco w ramach Polygamii, ale wciąż jest to doświadczenie ograniczone do postaci jednej, góra kilku osób, w tym sensie, że nie streamuję swoich rozgrywek, nie biorę udziału w rankedach, przez myśl mi też nie przeszło, by pójść na jakiś turniej. Wynika to z faktu, że poniekąd przespałam boom na e-sport i mimo że znam z autopsji wszystkie ważniejsze tytuły e-sportowe, poza LoLem i HotSami, to traktuję je po macoszemu. Drugi powód jest bardziej oczywisty dla czytelników Polygamii. Otóż, skłaniam się ku innym tytułom, grom niezależnym, przygodówkom, mało znanym slasherom i tytułom opartym na fabule.

I oto wydarzył się taki IEM 2019. Firma Monday zaprosiła redakcję Polygamii, zorganizowała transport, poczęstunek, hotel. Czułam się z początku nieco onieśmielona, w końcu miałam napisać relację, wypadało napisać relację, a ja taka mało obeznana z tematyką e-sportową. Cóż począć, trzeba się na miejscu jak najlepiej zorientować, popytać fachowców, wysilić zdolności poznawcze i po prostu załapać jak najwięcej z klimatu.

Zatem ja, nieśmiała i trochę wycofana wielbicielka indie trafiłam na najważniejsze święto e-sportu. Miejsce, czas, ranga wydarzenia – wszystko to stało na najwyższym poziomie. Ale po kolei.

Najpierw zrobiłam najlepszą i najgłupszą rzecz, jaką można zrobić w nowym miejscu – zgubiłam grupę (ekipa Monday oprowadzała nas po obiekcie). Wytropienie jej zajęło mi jakieś dwie godziny, ale nie były one zmarnowane, o nie.

W pierwszej kolejności obejrzałam Spodek, w końcu to tam odbywają się finały. Zewnętrzny korytarz biegnący wokół hali wypełniały smakowite zapachy licznych stanowisk z jedzeniem. Tłumy wygłodniałych kibiców robiły sobie zdjęcia z cosplayerami albo planowały zakupy koszulek ulubionej drużyny. Nie znalazłam ciekawego Funko, zresztą, nie jest to impreza nastawiona na zakupy, bądźmy poważni.

Nie mogłam się jednak doczekać, by zobaczyć, jak wygląda scena – zajrzałam do środka przez uchylone boczne drzwi. To było jak wyjście z prysznica prosto pod Niagarę. Otoczyła mnie błękitna poświata i jednostajny pomruk tysiąca osób. Snopy światła przecinały przestrzeń, co chwilę oślepiając, a na dwóch wielkich ekranach wyświetlana była rozgrywka. Wyobrażałam sobie, jak to jest wchodzić na podium, w towarzystwie iskier, dymu i okrzyków tłumu. Dla zawodników to musiało być niesamowite przeżycie. Zanim ochrona zdążyłam mnie upomnieć, że nie można tarasować przejścia, wycofałam się do korytarza i poszłam do hali Expo.

Tam z kolei znajdowała się hala wystawców oraz odbywały się różnego rodzaju turnieje oraz konkursy. Uwagę zwracała zwłaszcza część hali urządzona pod Fortnite’a. Stoisko zrobione było na kształt twierdzy, z wieżami i całym labiryntem pokojów, w których znajdowały się stanowiska komputerowe. Wszystko było wykonane z dbałością o szczegóły, a wielbiciele Fortnite’a mogli cieszyć oczy wieloma elementami znanymi z gry.

Ponadto w różnych miejscach Expo można było sprawdzić takie tytuły jak Apex Legends, Call of Duty: Black Ops 4, Heartstone, GWINT, Battlefield V, Quake Champions, PUBG, Dragon Ball Z, Fifa 19, Far Cry. Prawie na każdym stoisku odbywały się konkursy i spotkania ze znanymi streamerami i youtuberami. A to Kromka grał z Rojem w Rainbow Six w drużynach złożonych z widzów, a to Graba prowadził wywiad z jedną z cospleyerek. Na jednym stoisku wypatrzyłam Tipsa, który przywiózł do Komputronika obudowę stworzoną w klimacie Far Cry New Dawn.

Poza MSI, znajdowało się też stoisko Alsena z wielkim samochodem, chociaż nie takim, jak Big Betty ściągnięta do Katowic przez HyperX. Na stoisku Morele.net/Aorusa prawie kupiłam różową myszkę marki BenQ. Obecni byli też Lenovo, Intel, Samsung i Razer, każdy ze swoim konkursem i promocyjnymi cenami na sprzęt.

Ale nie tylko producenci sprzętu byli obecni na IEMie. Zafrapowało mnie stanowisko Wedla z naturalnych rozmiarów zebrą, czy Lotto.

W tej hali spędziłam całkiem sporo czasu, ponieważ na każdym kroku coś się działo. Zbity tłum majaczący za zakrętem zwiastował jakiś konkurs albo po prostu giveaway. Ale mimo emocji, ludzie potrafili się zachować. To samo dotyczy zresztą samych finałów, które miałam okazję obejrzeć. I tutaj od razu zdradzę sposób na polubienie e-sportu – to są właśnie tego typu wydarzenia. Świetnie przygotowane, ze znakomitymi komentatorami i bardzo dobrą pracą kamery, ale też z bardzo pozytywną publicznością, w której nie ma miejsca na kiboli. Opowiem Wam pokrótce o dwóch finałach, które zrobiły na mnie niesamowite wrażenie.

Starcraft 2 rozgrywany był w niedzielę w połowie dnia. Tutaj prym wiedli, jak co rok, Koreańczycy. W finałach starli się Eo „soO” Yoon Soo i Kim „Stats” Dae Yeob. Rozgrywka toczyła się zatem non stop po obu stronach, a jednak umiejętnie dobrane ujęcia pozwalały nadążać za akcją. Widać było, jaką taktykę stosuje doskonały technicznie Protoss (Stats), który umiejętnie wykorzystywał drogie jednostki dysponujące ciekawymi umiejętnościami. Jego wykorzystanie Stormu na grupach Roachy najczęściej decydowało o wyniku meczu. A jednak wygrał soO – Zergowie, moja ukochana rasa, której po cichu kibicowałam, pokonali Protossów z wynikiem 4:2. Dla soO ta wygrana była jak literacki Nobel dla Murakamiego – od wielu lat lądował na drugim miejscu i nie był w stanie przebić się wyżej.

A po krótkiej przerwie na lunch nadeszła pora na finały CS:GO. To jest wisienka na torcie, wydarzenie wieńczące całą imprezę, przygotowane z niesamowitą pompą. Astralis, znana od lat, doświadczona drużyna z Danii, starła się z fińską drużyną Ence. Ci drudzy wypłynęli nagle w kwietniu 2018 roku (po przerwie, bo sama drużyna istnieje od 2013 roku) i z miejsca zawojowali scenę CS-a. I mimo że przegrali z kretesem – pierwsza mapa z 11 zwycięstwami dla Duńczyków , druga z 14, a trzecia aż z 15, to słychać było, że zdobyli serca kibiców. Każda ich wygrana wieńczona było okrzykami i brawami. Astralis wrócił do domu z 500 tysiącami dolarów nagrody i pucharem, zaś Ence z 150 tysiącami, ale myślę, że kariera Finów dopiero się rozkręca.

A pod koniec czekał mnie długi powrót do domu – dojechaliśmy do Warszawy po drugiej w nocy. Dobry humor mnie nie opuszczał. Miałam ochotę pograć, wspominając umiejętności profesjonalnych graczy i ich taktyki. To jest właśnie to, co mnie w e-sporcie ujęło, świadomość, że mogę uczestniczyć w ich doświadczeniu po swojemu, w domu. Może i nic nie wygram ani nikt nie będzie świadkiem jak gram (na szczęście), ale nie czuje się ograniczona ani finansowo, ani fizycznie. Każdemu, kto chce przyjrzeć się e-sportowi, polecam IEM, zwłaszcza ostatnie dni, kiedy to odbywają się finały. Duch przyjaźni (chociaż podczas showmatchu trybu Danger Zone niektóre wypowiedzi były mało sportowe) przenikał się z dużym stresem. Ujęcia z meczów były świetnie wykadrowane, co dodatkowo podkręcało atmosferę. To jest coś, co chętnie częściej bym oglądała. I co wszystkim Wam z całego serca polecam.

2
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
2 Komentarze
0 Odpowiedzi
2 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
krissu88
Użytkownik

eee sport? Nie dziękuję. Jestem za leniwy.

Simplex
Użytkownik

Podczas IEM były też rozgrywki w grze VRowej Onward. Jeden z użytkowników forum Polygamii wygrał nawet komputer i gogle VR Oculus Rift: http://forum.polygamia.pl/po-godzinach/co-cie-w-zyciu-napawa-optymizmem/msg1163685/#msg1163685