Zmien skórke
Logo Polygamii

Project CARS 2 chce jechać maska w maskę z Forzą Motorsport 7

Ale fani gatunku z całą pewnością nie mogą o tym tytule zapomnieć.

Historia Project Cars jest długa i dość zawiła, lecz świetnie dokumentuje, że pasja i doświadczenie zawsze mogą przynieść sukces. Slightly Mad Studios zaczynało jako chłopcy na posyłki – dla EA wysmażyli świetną dylogię symulacyjnych spin-offów Need for Speeda (Shift oraz Shift 2: Unleashed), dla Rombax Games nieco wstydliwe Test Drive: Ferrari Racing Legends. Potem mamy opowieść o zaufaniu fanów, crowdfundingu i projekcie, który był spełnieniem ich marzeń. Tytuł wystarczająco namieszał, by dziś znajdować się w portfolio Bandai Namco i, jasna sprawa, pozostać z nami na dłużej. Z tego powodu zresztą porywa się z motyką na słońce – wrześniowa premiera kontynuacji oznacza bezpośrednie starcie z Forzą Motorsport 7.

W niszy, jaką bez wątpienia jest społeczność maniaków “prawdziwych” symulatorów, którzy z marki Microsoftu otwarcie drwią, Project Cars 2 poradzi sobie bez problemu. Poczułem się częścią tej zajawki podczas pierwszej połowy gamescomowych testów, gdy grałem na (uwaga): kierownicy z potężnym force feedbackiem, trzech zespolonych monitorach, dzięki którym po wnętrzu pojazdu rozglądałem się w rzeczywistości, wykręcając szyję.Maszyna imitowała wszelkie wstrząsy samochodu, przyprawiając o szybsze bicie serca, gdy przyfasoliłem w ścianę. To właśnie perfekcyjny zestaw pod takie “giereczki”. Który stoi w ilu domach? No właśnie. Wiadomo, że tak łatwo przymknąć oko na wiele dość podstawowych problemów.

Dlatego z radością przeskoczyłem na PlayStation 4 i DualShocka. Tak będę ogrywał Project Cars 2 do recenzji, tak (na padzie, bo nie tylko tym od Sony) ogrywam wszystkie wyścigi, bo i w ten sposób gra przecież znaczna większość naszych czytelników. Ale w przypadku produkcji Slightly Mad ma to podwójne znaczenie. Ogarnięcie “jedynki” na padzie było prawdziwą katorgą. Odważni wracali do menu z suwakami czułości kilkadziesiąt razy. Gdy już w końcu kliknęło, jakoś szło się bawić. Przynajmniej do momentu zmiany klasy pojazdów na diabelskie supersamochody lub bolidy Formuły 1. Brr… Właśnie dlatego moja przygoda z pierwowzorem potrwała kilkanaście, a nie, jak powinna, kilkadziesiąt godzin.

A dziś przeżyłem bardzo miłe zaskoczenie. Od razu grało się przyzwoicie. Jasne, że to trochę inny poziom trudności, porównywalny raczej z Forzą pozbawioną wszystkich asyst, gdzie zbyt napalony start kończy się katastrofą. Ale wystarczy o tym pamiętać, by mieć szansę na trasie. Serio, nawet na krótkiej wariacji toru Nurburgring za kółkiem któregoś demona. Miło mi, że mogłem to napisać bez cienia ironii. Fajnie było też coś wygrać.

Ale skoro już tyle tej Forzy dziś było, porównujmy dalej. Bo konsolowa edycja Project Cars 2 jest takim brzydkim kaczątkiem. Niska rozdzielczość, chrupnięcia animacji – to jeszcze można przeżyć, jeżeli zna się realia hardkorowych symulacji. Niemniej gdy zasuwam w deszczu w kolumnie, nawet mnie ściska żołądek na widok rozpaćkanej “chmurki” wody za jadącym z przodu samochodem. Jasne, że “jedyna słuszna pecetowa” wersja gry nie cierpi na podobne przypadłości. Ale co, jeśli dla kogoś “słuszną” jest właśnie wersja konsolowa? Na tle głównych konkurentów, czyli dzieł Turn 10 i Polyphony, ma trochę przechlapane. My wiemy, że wśród symulacji także istnieje jakiś podział na budżety. Ale te kilkadziesiąt milionów potencjalnych klientów już nie.

Tak można ograć Project Cars 2 w Kolonii

Nie traktujcie jednak powyższych refleksji jako pewników. Dopuszczam opcję, że wydawca na Gamescomie postawił fatalne telewizory albo źle skalibrowane telewizory. Pomiędzy zwiastunem a tym, co widziałem na żywo, istnieje za duża przepaść, by mówić o przekoloryzowanych materiałach promocyjnych. Mam taką nadzieję.

Smakowicie zapowiada się za to mocno rozbudowana zawartość. 182 samochody dziś już nie robią na nikim wrażenia. Co innego 46 torów (!), które po rozłożeniu na różne warianty dają aż 121 tras (!!!). Jeszcze bardziej rozbudowane efekty pogodowe, gdzie nawet pora roku ma znaczenie dla nawierzchni. Technologiczne świry zainteresują się bardziej wsparciem technologii VR i rozdziałki 12K. No i prawdziwe Porszałki, już nie RUF-y. Dodajmy znane już z “jedynki” pomysły: gigantyczną karierę, którą można rozpocząć czy generalnie poprowadzić na różne sposoby, mocny nacisk na tryby sieciowe (z systemem rankingowym, rzecz jasna). I wychodzi brzydkie kaczątko z chrapką na skarbiec Sknerusa McKwacza.

Ale jesienna konfrontacja z Forzą to moim zdaniem średni pomysł. Jasne, Bandai chce mieć swoją własną, znaczącą serię wyścigową. Ale który kochający wyścigi użytkownik One’a odpuściłby Forzę? Ja z kolei będę musiał ogrywać jedno zaraz po drugim, żeby wszystko zrecenzować na czas. Nie, na kondycję gatunku nie mam prawa narzekać.

Przeczytaj także:

Pod tagiem Prosto z GC 2017 znajdziesz nasze wrażenia z innych ogrywanych i oglądanych w Kolonii gier.

Adam Piechota

Więcej na temat:

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o