Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaPorozmawiajmy o zakończeniu Final Fantasy VII Remake

I zastanówmy nad przyszłością tej marki.

Facebook Twitter Google Wykop

Zacząć miałem od słów “opadł już kurz”, ale piszę ten tekst w środku olbrzymiego remontu i pył osiada mi na monitorze szybciej, niż go ścieram (w związku z czym przestałem to robić w ogóle). Zdałem sobie sprawę, że przypadkowo wyszła z tego interesująca metafora – Final Fantasy VII Remake w gruncie rzeczy stanowi coś na wzór początku prac remontowych. Gdy dociera do swojego kontrowersyjnego zakończenia, do Midgaru wjeżdżają pokaźne ekipy budowlańców, które zmieniać zaczną wszystko. Czy się nam to podoba, czy nie. Dla większości graczy, zwłaszcza tych pamiętających świat gier wideo drugiej połowy lat 90., istnieje kilka tekstów kultury, których ZMIENIAĆ nie można w ogóle – i „siódemka” nimi prawdopodobnie dowodzi. Tymczasem… No właśnie.

Nareszcie możemy o tym podumać bez ograniczeń “recenzenckich”. Ostrzegam – poniżej zaspoileruję całą grę. A jeśli zeszłotygodniowej oceny nie czytaliście, albo jakimś cudem uniknęliście wylewu informacji o nowym hicie Square, to ostrzegam jeszcze mocniej – tę grę można zaspoilować.

Od samego początku powrotu na stare (hah!) śmieci finalową wygę męczyć będą dwie prawdziwe różnice między remakiem a oryginałem. Nie rozbudowywanie świata fikcji, dodawanie kwestii dialogowych postaciom, powiększanie kontekstu znanych wydarzeń, bo tego wszystkiego należało się spodziewać po przerobieniu cząsteczki jednej produkcji w (imponującą) całość drugiej.

Za to kto-wie-czy-na-serio spotkania z Sephirothem oraz pojawiające się co chwilę w zasadzie duchy, nazwane później Whisperami, to poważne modyfikacje. Ulubiony demoniczny ekschłopak od razu wita Clouda jak najbardziej wyczekiwaną osobę na całym świecie. Whispery z kolei – co w try miga zauważy każdy znający pierwowzór – pilnują toku wydarzeń, aby pod żadnym pozorem nie odbiegał od tego, który pokochaliśmy za czasów PSX-a.

Według metatekstowej interpretacji, która wcale nie będzie w tym przypadku grzebaniem dla grzebania, Dementorzy symbolizować mogą albo nas – weteranów gier wideo – albo wyższe szczeble firmowe Square Enix. Jedni i drudzy pragną, aby Final Fantasy VII odbywało się tak, jak dawniej. Ci z sentymentu oraz przekonania, że oryginał to jedna z najdoskonalszych historii w dziejach całego medium, tamci przez pewność, iż niewolnicze podążanie za kanonem będzie najbardziej intratną z opcji. Dlatego gdy Hojo próbuje wyjaśnić Cloudowi, że nigdy nie został członkiem SOLDIER, albo gdy Sephiroth zabija Barreta, duchy interweniują. Póki nad wszystkim czuwają, nie ma mowy o zmienianiu ogólnej fabuły “siódemki”.

Tymczasem Sephiroth (teraz z twarzą tak zauważalnie “złą”, że aż śmieszną) świadomie “uszkadza” klasyczną opowieść. Oczywiście, że jego obecność można odebrać jako skok na kasę – zgodnie z wydarzeniami pierwowzoru nie powinniśmy go tutaj zobaczyć w ogóle. Wspomnianym przebiciem mieczem przywódcy Avalanche udowadnia jednak nie bohaterom, tylko odbiorcy, że WIE. Zna rolę Whisperów, wie, jak zareagują na próbę zabójstwa tak kluczowej postaci. A co z tym idzie – rozumie, w którym kierunku potoczy się ta cała historia. Czyli że ostatecznie jego plan nie powiedzie się, a ci dobrzy uratują świat. To Sephiroth, który przełamał ścianę fikcji.

Chociaż Remake na tym etapie zgubi niedoświadczonych odbiorców, nowym planem antagonisty jest prawdopodobnie ocalenie starego planu. Zatrzymując ferajnę na wyjeździe z Midgaru – a zatem tam, gdzie na dobre rozpoczyna się Final Fantasy VII – doprowadza do czasoprzestrzennej (musimy wkroczyć w nomuraszczyznę!) burzy przeznaczenia oraz spektakularnej walki z jego olbrzymią manifestacją, Panem Fatum. Tak naprawdę “Harbinger of Fate”, ale spuśćmy trochę powietrza, bo robi się przesadnie “japońsko”.

Bohaterowie, naciskani przez Aeris*, co ma przecież sporo sensu, wkraczają w oko kingdomheartsowego cyklonu, aby “odzyskać kontrolę nad własnym losem”. Wygrana może być tak naprawdę przegraną, bowiem wolny od swojego przeznaczenia Sephiroth, jedyna postać znająca fabułę Final Fantasy VII, ma szansę wszystko teraz zrobić inaczej. Wraz z nim triumfują deweloperzy. Odpracowali swoją pańszczyznę, zrobili nostalgiczny prezent staremu pokoleniu. Ale teraz puścić mogą wodze fantazji i wykreować “własną” “siódemkę”. Nie “naszą”. Dowodem czego budzący się w sierocińcu Biggs (dawniej ofiara katastrofy w Sektorze Siódmym). Dowodem czego również Zack Fair.

Współczuję świeżakom na tym etapie. Jakim cudem mają zrozumieć, kim jest gość, którego widzą po raz pierwszy w tej czterdziestogodzinnej przeprawie, jak mają docenić odwzorowanie klatka klatkę wstępu do fatalnego podsumowania Crisis Core (zabrakło tylko utworu “The Price of Freedom”) czy w ogóle pojąć, że Zack wygrywający z całym oddziałem Shinry to coś niespodziewanego?

Nawet my potrzebujemy chwilowo specjalistów z Discorda, na tyle uważnych, by zauważyć, że Stamp, piesek wykorzystywany do propagandy Avalanche, na ocierającej się o nogi Zacka ulotce jest innej rasy niż na wszystkich plakatach, jakie widzieliśmy wcześniej. Czy to oznacza, że w tym Final Fantasy VII istnieje więcej niż jeden wymiar? I w kontynuacji, równolegle do dalszego pościgu za Sephirothem, oglądać będziemy Zacka, który dotarł do Midgaru? A znając Nomurę, nie trzeba będzie nawet długo czekać, zanim te wymiary zaczną się krzyżować.

Podejrzewam, że dlatego w tytule zabrakło “Part 1”. “Remake” już się odbył, jego kontynuacje będą zaś (posługując się hasłem z zakończenia) “nieznaną przygodą”, być może kolejnym multimedialnym molochem, który zajmie miejsce Kingdom Hearts w portfolio wydawcy. Deweloperzy kupili sobie wystarczająco wiele czasu, aby usiąść i w spokoju przemyśleć, jak rozprawić się z całym projektem. Podejrzewam, że podczas gdy my kłócimy się w sieci, czy i jak wielkie świętokradztwo popełniono nowym Finalem, jaka będzie fabularna przyszłość “serii”, autorzy z podobnym zapałem rozmawiają o jej technicznej wizji.

Niby na horyzoncie mamy nową generację, ale przecież wiemy, że ona wcale nie wywali naszego hobby do góry nogami. Remake działa poprawnie, bo jest jedną wielką sztuczką magiczną. Lokacje ograniczone do minimum przestrzeni, dziesiątki ekranów ładowania zamaskowanych jako przeciskanie się przez szczeliny, korytarzowa struktura wyciągnięta z jedenastoletniej “trzynastki”. “Filmowe” doświadczenie, jasne, tylko że ją trzeba później zamienić z otwartymi przestrzeniami (oryginalnie dość umownymi), odwiedzaniem całych miast, opowieścią drogi. Nawet obiecując wielkie zmiany w strukturze narracyjnej.

W zasadzie pierwszy kontynent, mieszczący Midgar, Kalm, Junon, Farmę Chocobo i Fort Condor (z którym raczej się pożegnamy), byłby w nowej, “realistycznej” konwencji terenem rozmiarów przerastających Final Fantasy XV. Całą grą. O ile dopracowany system Remake’u miałby szansę zadziałać na otwartych mapach.

W przeciwnym wypadku wielki pościg za Sephirothem przypominać będzie liniową pielgrzymkę z “dziesiątki”. Co nie brzmi najgorzej, tylko spotka się zapewne ze sporą krytyką graczy. Nie chcę od razu twierdzić, że Japończycy nie są w stanie stworzyć “swojego” Dzikiego Gonu, ale widząc, jak z tym zadaniem poradzili sobie w 2017 roku, mam sporo sensownych wątpliwości. Bez względu na obraną strategię, wiara, że Nomura upora się z Final Fantasy VII do śmierci PS5/XSX, byłaby naiwnym marzeniem. Przypominam – reżyser stwierdził w jednym z wywiadów, że gdyby nie zaczęto projektu teraz, pracownicy pamiętający pierwowzór byliby już za starzy na takie przedsięwzięcie. On sam ma 49 lat. Dekada z Cloudem stanowić będzie zapewne jego pożegnanie z tak aktywnym developmentem.

Siódmy Fajnal startował z czystą kartą – a nawet czystą różową kartą, bo niemal do samego końca marketing Remake’u oparli na monstrualnej nostalgii. Za kilka lat sytuacja będzie prawdopodobnie odwrotna. Weterani będą walczyć o dystans do kontynuacji, bo “przecież to wszystko było po to, aby uratować Aeris” i w ogóle “psują naszą ukochaną grę”. Nie rozumiejąc najprostszego faktu – ze swoją intertekstualną naturą Remake’owi bliżej do kontynuacji niż powtórzenia. Oryginalna “siódemka”, w fajnie “podkręconej” mechanicznie odsłonie, jest możliwa do ogrania na dowolnej platformie i teraz, jeszcze bardziej niż zawsze, powinna być obowiązkiem każdego pasjonata medium.

Jeśli poczułeś się zagubiony w ostatniej godzinie tej przygody, nie jesteś sam. A znając całkiem nieźle dorobek artystyczny dowódcy tej produkcji, mogę spokojnie zapewnić, że on też nie do końca jeszcze wie, jak z tego chaosu się wyczołga. Lubi twistowanie dla samego twistowania. Jedno jest pewne – za te trzy lub cztery lata, gdy VII-2 ujrzy światło dzienne, najbezpieczniej będzie wyłączyć wszelkie sentymenty. Remake wspominać jako świetnego action RPG-a i ciekawą inicjację nowego uniwersum, a nie substytut jednej z najważniejszych gier w historii.

Adam Piechota

* będę pisał Aeris, bo wkrótce wszyscy zapomną 🙁

9
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
2 Komentarze
7 Odpowiedzi
4 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
pear
Użytkownik

Nomura nie skończy, póki całkiem nie zgwałci tej gry. Już mu crappilacja FF VII nie wystarczyła, to jeszcze wziął się za oryginał i wplatanie w niego swojego wątpliwego geniuszu rodem z Kingdom Hearts (absolutnie najgorsza fabuła na świecie).

gsg
Użytkownik

Zewnętrzne dopomaganie przeznaczeniu w zaskakujący nieco sposób kojarzy mi się z tytułem, w który nigdy nie grałem – za to z uniwersum jeszcze głośniejszego, niż jakieś tam Final Fantasy z gierkowa. Ale też w gierkowie. Mianowicie któraś z gier na licencji filmowego Władcy Pierścieni wymyśliła sobie “drużynę B”, która równolegle do ekipy od Pierścienia podążała podobnym szlakiem, działała gdzieś w pobliżu, chyba czasem i wspomagała gdzieś z cienia. No i tu dopomagającym przeznaczeniu był sam gracz, nie rój Dementorów. Było? Na PS2? A licencję na drużynę A dostali chyba dopiero po sukcesie pierwszej części gry? Ale ad rem: oglądam sobie… Czytaj więcej »

bash55
Użytkownik

Ludzie, czemu tak traktujecie wszystko dosłownie, przecież Cloud nie spotyka w remaku Sephirotha, tylko jego klony rozsiane po Midgarze co jest zgodne z oryginałem. On po prostu widzi w nich Sephirotha co też ma sens. W oryginalnej grze też nie spotykamy Sephirotha aż do zakończenia, spotykamy na swojej drodzę Jenovę, która przybrała formę Sephirotha. A tak to Sephiroth występuję jako on tylko w retrospekcjach przed tym jak Cloud go strąca w otchłań reaktora.

gsg
Użytkownik

Ludzie, czemu nie umiecie wczuć się w potencjał ‘nomurzyzny’! 🙂
(Sam nie bardzo umiem, przyznaję.)

Wiem, gdzie się kończy Sephiroth-bohater-szaleniec, a zaczyna Sephiroth-półbóg-półkosmita-z-chrapką-na-nową-planetę-zjawisko-bardziej-niż-nadprzyrodzone, tak.

I właśnie dlatego, skoro już potencjalnie wchodzimy w alternatywne rzeczywistości czy podróże w czasie, to mnie interesuje: czy można uratować Sephirotha, który równie mocno jest w historii FFVII ofiarą, jak Cloud czy Zack – a może bardziej nawet, bo eksperymentowano na nim jeszcze wcześniej. Ta twarz “tak zauważalnie zła, że aż śmieszna”, jak pisze o nim Adam, ma przecież za sobą długą historię.

bash55
Użytkownik

Gdy weźmiesz pod uwagę alternatywne rzeczywistości to możesz wszystko, pytanie tylko jaka będzie motywacja bohaterów do takiego działania, bo Sephiroth ofiarą przestał być za nim fabuła FF VII się realnie zaczyna, wybrał swoją drogę. Zmiana jeżeli chodzi o śmierci Aerith czy Sephirotha jest absolutnym nonsensem. Znikną wszelkie emocje z tej gry, śmierć Aerith była wielkim wydarzeniem nie tylko w skali gry, ale całej branży gier, potęgowała gniew i nienawiść do antagonisty, zarówno u bohatera jak i gracza. Wydaje się proste, że sceny śmierci Aerith nie zmienią, bo wystawiliby się na lincz, po prostu dodadzą wątek próby odnalezienia Aerith w innej… Czytaj więcej »

gsg
Użytkownik

I pewnie właśnie tu jest pies pogrzebany, że mówimy o FFVII Nomury, nie oryginale. I stąd wydźwięk tekstu Adama jest taki a nie inny: historia przebiega już inaczej nie tylko w szczególe (Wedge), ale i w zwieńczeniu fanfików okołosiódemkowych. Nie da się przegapić, że pokazano Zacka, który “gdzieś” przeżył i ta strzelba musi wypalić. W efekcie wszyscy stoimy na tej “krawędzi stworzenia”, niby na ostrzu Masamune, ale grozi nim nie Sephiroth, a Nomura. Z drugiej strony, jeśli przyjąć chyba mniej oczywistą, zwyczajnie ludzką perspektywę, to z szacunku dla kontekstu, w jakim powstał oryginalny scenariusz, wątpię, żeby ktoś tam próbował drastycznie… Czytaj więcej »

bash55
Użytkownik

Tak naprawdę to Zack w zakończeniu jest tym najmniej kontrowersyjnym elementem, bo gdyby nie ,,krawędź stworzenia” i mowa o zmianie przeznaczenia to ta scena z Zackiem wciąż mogłaby wyglądać tak samo. Przecież ona jest wierna oryginałowi, w starej grze również była retrospekcja gdzie Zack dokładnie w ten sposób prowadził Clouda do krawędzi klifu po tym jak załatwił grupę żołnierzy i tutaj wszystko się zgadza, bo dopiero kilka sekund/minut później dopada ich trójka żołnierzy, którzy zabijają Zacka. Wciąż mogłoby tak być w remake. Więc o tą samą scenę to nie rozumiem skąd zamęt, chyba ludzie słabo grali w tego fajnala z… Czytaj więcej »

gsg
Użytkownik

Ależ ja dlatego piszę o “okołosiódemkowych fanfikach”, że wątek Zacka w podsumowaniu kopiuje (i tak przecież kontrowersyjną!) wersję tych zdarzeń z Crisis Core – wplatając w nią jednocześnie latających Dementorów. A żeby sobie przypomnieć różne wersje to żadne wyzwanie – wszystkie są na YT 🙂

bash55
Użytkownik

No i z tego wszystkiego i ze słów Nomury wynika, że Zack przeżyje w tamtej rzeczywistości i znając życie w końcu dojdzie do spotkania podczas którego Zack wyjawi Cloudowi całą tajemnicę związaną z jego przeszłością, już mi się robi niedobrze na samą myśl XD