Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjePorozmawiajmy o Lordran

Dzięki Dark Souls Remastered w ostatnią sobotę w Warszawie otwarto nowy skrót.

Facebook Twitter Google Wykop

Forteca Sena to wielopiętrowa, surowa budowla, w której kładki są wąskie, przepaści głębokie, a sufity udekorowane toporami na wahadłach. Pierwszy krok, jaki tam stawiamy, uaktywnia pułapkę posyłającą w naszym kierunku zabójcze strzałki. Drugi alarmuje dwa zakute w zbroje, humanoidalne węże.

Każdy pamięta swoją pierwszą podróż przez fortecę. Żeby otworzyć jej ogromną bramę, musieliśmy najpierw uderzyć w dzwony na dachu Parafii Nieumarłych i u stóp bagnistego Blighttown. Myśleliśmy, że teraz to już z górki; potem okazywało się, że z tej górki toczą się za nami głazy. Uczyliśmy się więc podstępów fortecy – tej skrzyni nie otwierać, tutaj pobiec sprintem, tam zaczekać na dobry moment. Z windy zeskoczyć, zanim dojedzie na górę. Tego węża zabić, zanim wejdziemy na kładkę. Śmierć do śmierci i po kilku godzinach w końcu udawało się wznieść dalej, do słonecznego Anor Londo.

Teraz przebiegam fortecę w cztery i pół minuty. Pułapka, kładka, topory. Węża z tarczą ominąć z prawej. Węża strzelającego błyskawicami blokować tarczą, uważać na wahadło za plecami. Wyminąć z prawej. Sprint. Stop. Zaczekać na głaz. Sprint. Pułapka w korytarzu (pamiętać, strzela z tyłu, nie z przodu), przeturlać się obok węża. Zaczekać na głaz. Coś długo nie leci. Ominięty wąż próbuje zabić w wąskim przejściu, napiera. Tarcza w górę. Palce ślizgają mi się z nerwów po analogu pada. Serce bije zauważalnie szybciej, bo czas ucieka, życia coraz mniej, wytrzymałości coraz mniej, gdzie ten kamień, estusa mniej, pewności siebie najmniej. Głaz się przetoczył, sprint do góry, o nie, nie, nie, nie… Leci następny.

Ktoś, kto nie zginął ani razu, przebiegł fortecę w dwie minuty i trzydzieści cztery sekundy. Niektórym się w ogóle nie udało, ale i tak przekazują historie swoich porażek. Jeden opowiada, że nie zmienił sterowania i skoczył zamiast się przeturlać. Inny pomstuje, że gdyby nie ten jebany wąż. Sam z ekscytacją relacjonuję jakiemuś obcemu chłopakowi, że topór zrzucił mnie z mostu, ale jakimś cudem wylądowałem na kładce niżej i przeżyłem. Dyskutujemy, jak najlepiej poradzić sobie z uderzeniem toczącego się głazu, a wokół ludzie przeciskają się, żeby zajrzeć do laptopa.

Zapisywane są tam wyniki. Sędziowie podchodzą do Kasi, jednej ze współorganizatorek turnieju Dark Souls Remastered, i dyktują z telefonu uzyskany czas. Wokół kilku stanowisk z konsolami gromadzą się uczestnicy, żeby dopingować innych sprinterów. W lewo, lewo, lewo! W prawo! Musisz go uderzyć! Czekaj! Kiedy ktoś ginie, w całej New Mecie – warszawskiej knajpie dla graczy – słychać chóralny okrzyk zawodu. Nie ma jednak tego złego, bo punkty utracone w fortecy Sena będzie można jeszcze odrobić w dwóch następnych konkurencjach.

Mieliśmy jedno założenie od początku – tłumaczy mi Tomek Wechterowicz, główny organizator turnieju. – Skoro robimy imprezę, a nie turniej PvP, to turniej ten przy okazji imprezy ma być przekrojem całego Dark Souls. Dlatego trzeba było wymyślić i wyścigi, i zabijanie, i survival, z koronną konkurencją PvP w finale.

Tak to rzeczywiście wygląda. Po biegu przez fortecę Sena czeka nas zabijanie diabelnie niebezpiecznych bonewheeli w Katakumbach i jak najdłuższe przetrwanie bez broni w Grobowcu Olbrzymów w pokoiku z sześcioma ogromnymi szkieletami. Pytam Tomka, skąd pomysły na te sadystyczne sprawdziany umiejętności.

Po prostu z głowy. Samo jakoś wpada. Grając tysiące godzin w jedną grę, robi się różne głupie rzeczy. Jedne przysparzały więcej zabawy i emocji niż inne. Wybraliśmy te, które były niezbyt długie, a sprawiały masę frajdy.

Wybrali dobrze. Konkurencje wzbudzają entuzjazm nie tylko wśród osiemnastu uczestników turnieju, ale i kibiców. Dyskutuje się zarówno o zasadach, jak i Dark Souls samym w sobie. W knajpie wznosi się podniecony szmer kilkunastu rozmów o najtrudniejszych bossach, statystykach postaci, buildach, skutecznym parowaniu, iluzorycznych ścianach, pierścieniach i tym, czy siedemdziesiąt dwa poise to już wystarczająco dużo. Gdyby któraś osoba z drugiego końca knajpy weszła w turniejowe zagłębie pasjonatów, pomyślałaby pewnie, że wszyscy rozmawiają w jakimś zapomnianym dialekcie Mordoru. Jednocześnie nie musiałaby czuć się z tego powodu wykluczona. Nawet w turnieju bierze udział chłopak, który nigdy nie grał w Dark Souls. Ot, dla zabawy.

Sam przez nieśmiałość mówię raczej niewiele. Ale chłonę atmosferę. Bardzo cieszy mnie brzmienie tych wszystkich rozmów. Żywe, pełne emocji i zaangażowania. Jakby rozmawiano o czymś równie realnym co sytuacja w Polsce albo zagraniczna wycieczka. Tutaj Lordran staje się prawdziwym miejscem; na Grzybowskiej w New Mecie Tomek z resztą ekipy odblokował do niego wygodną drabinkę. Czysto retorycznie pytam go, która gra From Software jest dla niego tą najlepszą i dlaczego.

Dla mnie to właśnie pierwsze Dark Souls. Genialnie przemyślane połączenia i skróty pomiędzy lokacjami. Brak teleportacji od samego początku. Ogromna doza tajemniczości i odkrywczości. Zwycięstwa tam zawsze dawały ogromną satysfakcję, bo to się wiedziało, że to nie broń wygrała, tylko wygrało się samemu, własnymi umiejętnościami. I to chyba jest najważniejsze w tej grze. Że to gracz się uczy, a nie postać staje się coraz silniejsza.

Podpisuję się pod tymi superlatywami, popijając estusa z fantazyjnej buteleczki. New Meta z okazji turnieju serwuje specjalne, tematyczne drinki. Ten najważniejszy składa się z whisky, soku jabłkowego, miodu i cytryny. Jeśli tak rzeczywiście smakują estusy, to nie dziwię się, że nieumarłym wciąż chce się odradzać przy ogniskach.

Obok przechodzi Tomek Gop z córką na ramionach. Wpadł tylko na chwilę, ale jako zapalony entuzjasta Dark Souls patrzy z uśmiechem na turniejowe zmagania. Widać, że czuje się jak w domu. Przemek Zalewski z Cenegi, zagorzały fan serii, bierze udział w konkurencjach. Ba, dociera nawet do finału. Co i raz pojawia się ktoś nowy.

Mam świadomość, że to, w czym teraz zaledwie brodzę, dla Wechterowicza jest przepłyniętym wzdłuż i wszerz oceanem doświadczeń.

Naprawdę mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że pierwsze Dark Souls zmieniło moje życie – tłumaczy mi. – To dzięki tej grze poznałem tak wielu świetnych ludzi. Począwszy od tych z community, a skończywszy na ludziach z branży growej. To dzięki tej grze byłem na kilku eventach związanych z grami, zarówno otwartych, jak i zamkniętych. Wcześniej po prostu sobie grałem w domu, nie znając tego świata na około.

Powstawanie polskiego community to w ogóle był dość długi proces – kontynuuje, kiedy stoimy przy ladzie, gdzieś między konkurencjami. – Na początku dość ciężko było znaleźć ludzi, którzy grają w Soulsy. Byliśmy porozrzucani po różnych forach. Gdzieś w ogólnych wątkach o grach ktoś czasem poruszał ten temat. Ale okazało się, że jedno forum PlayStation zrzeszało chyba nawet kilkanaście osób, które dość konkretnie dyskutowało o różnych patentach na przejście gry, tajemnicach, kruczkach… Wsiąkłem w tę grupę i też dość mocno się udzielałem.

A potem powstało dark-souls.pl – wtrącam.

Tak. Pewnego dnia Fighter napisał do mnie, czy nie założylibyśmy sami takiej strony o Dark Souls z forum i nie przenieśli się tam. Nawet okazało się, że ma jakiegoś kolegę, który to technicznie ogarnie. Mi się pomysł spodobał. Zrobiliśmy to. Forum powstało bardzo, ale to bardzo szybko. I bardzo szybko zaczęło wypełniać się treścią, pogrupowaną tematycznie, więc i łatwo dostępną. Na początek ściągnęliśmy tam całą ekipę z tego forum PlayStation, a potem już poszło lawinowo. W krótkim czasie społeczność liczyła około tysiąc użytkowników, a wkrótce przekroczyła tę liczbę. Sporo było osób, które naprawdę maniakalnie grały w Soulsy. Bardzo często też organizowało się turnieje PvP. Tysiące godzin grania i rozmawiania na czatach z osobami z forum. Moim zdaniem takim mega magnesem na ludzi w tej społeczności był Fighter. Uważam, że to on odegrał największą rolę w jej kształtowaniu.

Z dziennikarskiego obowiązku pytam o nazwisko Fightera, ale Tomek mówi po prostu, że go nie zna.

Nigdy nas tak naprawdę nazwiska nie obchodziły. Wątpię, byśmy jakiekolwiek znali, gdyby nie fejs. Akurat Robert, czyli Fighter, ma tam Kowalski, ale wydaje mi się, że to nie jest jego prawdziwe nazwisko.

Kiwam głową. Niespecjalnie mnie to dziwi. Cały wieczór o uszy obijają mi się wyłącznie ksywki. Mordeks, Steelu, Fighter, Kazy. Tomek nie jest Tomkiem, tylko Edrim.

Turnieje czy późniejsze imprezy to już wypadkowa tych pierwszych kroków – podsumowuje. – Od tego się zaczęło i nie wiem, dokąd zajdzie, ale mam nadzieję, że jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.

Najlepszym świadectwem jego pasji jest sam turniej. Aby wszystkie konkurencje mogły się odbyć, trzeba było dziesięć razy dojść do połowy gry. Zabić gargulce, pokonać Blighttown, otworzyć fortecę Sena, dostać się do Anor Londo. Potem jeszcze zebrać odpowiedni sprzęt, zsynchronizować postaci, nazbierać dusz, skopiować wszystkie zapisy… Nie wspominając o bardziej przyziemnych kwestiach organizacyjnych w rodzaju lokalu, nagród czy rozreklamowania wydarzenia. Wszystko to zarządzane przez żonatego, pracującego mężczyznę z dwójką dzieci.

Zaangażowanie społeczności też było niezwykle istotne. Tomek podkreśla, że bez nich nic by nie zrobił. Mordeks wspierał go olbrzymią wiedzą merytoryczną. Steelu również, dodatkowo zajmując się streamem z turnieju. Kazy pomógł przy kwestiach związanych z lokalem i drinkami. JJ przy save’ach i organizacji wszystkiego na miejscu. Kasia zarządzała tabelkami z wynikami. Wszyscy razem obmyślali też same konkurencje.

Mimo iż mam fajną pracę, chciałbym zawodowo zajmować się tym, co robię hobbystycznie – przyznaje Tomek. – Organizować imprezy, turnieje, zabawy dla graczy, robić planszówki, pisać scenariusze do gier, projektować gry. W końcu pewnie grałem, zanim zacząłem mówić – śmieje się. – Chciałbym zamienić pracę na zabawę i jeszcze z tego wyżyć. To by było coś. Jak to mówią, nigdy nie jest za późno. A jak chce się dojść tam, gdzie się nigdy nie było, trzeba iść drogami, którymi się nigdy nie szło. To idę.

Piję za to Mgłę. I rzeczywiście, wstęgi mleka i malibu pływające w wódce do złudzenia przypominają białą ścianę sprzed każdego bossa w Soulsach. Mam ochotę o tym komuś powiedzieć, mimo że wszyscy wokół doskonale to wiedzą. Tomek wraca do zarządzania imprezą, a ja staję za plecami uczestnika, który właśnie turla się jak szalony, uciekając przed sześcioma mieczami przerośniętych szkieletów.

Szkoda, że nie mamy tutaj tego pierścienia, który zmienia szybkość przewrotów – rzucam niepewnie. Niby w przestrzeń, ale zerkam na twarze wokół. Chcę o tym rozmawiać.

Ten z Darkroot? – podłapuje jakiś obcy człowiek, który też kiedyś szedł przez Lordran.

Patryk Fijałkowski

4
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
2 Komentarze
2 Odpowiedzi
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Lufsig
Użytkownik

Jeeej. Jest jakieś nagranie video?

gsg
Użytkownik

Jeśli będzie, to pewnie szybko trafi na polską soulsową grupę na fejsie [1]. Jest tam już szczegółowa relacja Tomka z placu bojów, są i fragmenty wyzwań (a u Steela jest bodaj całe video z turnieju [2]):

[1] https://www.facebook.com/groups/preparetodie/
[2] https://www.youtube.com/watch?v=a0G5DnsMBXQ

Lufsig
Użytkownik

:*

rhbk
Użytkownik

Świetna relacja. Żałuję, że nie wpadłem. Przy okazji pojawienia się wersji Remastered po kilkuletniej przerwie wróciłem do Soulsów i… znów wsiąkłem. Mimo, że mamy dwie kolejne cześci oraz Bloodborne to jednak pierwsza odsłona jest nie do pobicia pod względem charakteru i klimatu (choć przyznaję się – nigdy nie grałem w “Demon’s Souls”). Nic nie kojarzy się tak z domem i bezpieczeństwem jak ognisko w Firelink Shrine;)