Zmien skórke
Logo Polygamii

Płacenie olbrzymich pieniędzy influencerom za promowanie gier - co Ty na to? [Klub Dyskusyjny]

Jak Nindża pokazał - mówimy tutaj czasem nawet o milionie dolarów.

Dominik: Pytanie o to, czy ja sam “wziąłbym milion” jest dość niedorzeczne, bo oczywiście, że każdy by wziął milion. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że w normalnie funkcjonującej relacji pomiędzy producentami a krytykami takie oferty w ogóle nie powinny się pojawiać. Cześć finansowa działalności portalu, serwisu, bloga, strony, powinna być według zasad etyki kompletnie oddzielona od części merytorycznej. Nie każdy dba o to równie dobrze, ale to wzór, do którego się dąży.

A z YouTuberami problem jest taki, że ten temat w ogóle ich nie obchodzi. Biorą oni pieniądze nawet się z tym nie kryjąc, nawet nie próbując udawać niezależności, jednocześnie będąc postrzeganymi jako tacy niezależni i niepokorni. To mnie tylko uwiera, nie to, że ktoś sobie na czymś zarabia. Jakby to było jasno i wprost określane jako treści sponsorowane albo po prostu reklama, to w ogóle nie byłoby o czym mówić.


Adam: W zasadzie jestem jedną z tych osób, jakie nawet bardziej nie powinny mieć z tym problemu, bo mam swoją codzienną pracę, tę poważną, etatową, którą nie jest “influencowanie”. Ale z Polygamią jestem tak długo (piąty rok już w połowie), że serce mnie boli, gdy nam zarzuca się łapówkarstwo, branie samochodów, ustawki, a tymczasem połowa tych “szczerych”, “bliskich” użytkownikom mordek z jutuba jest bogata po dwóch latach grania w jakąś sieciówkę i jednym sponsorowanym tygodniu.

Z drugiej strony mam tę swoją poważną pracę. Już większość z Was wie, że jestem nauczycielem. I myślę sobie, co bym zrobił, gdyby ktoś przyszedł na konsultacje ratować swoją sytuację i podsunął mi kopertę. Oczywiście, mówimy o polskich warunkach – w tej kopercie zobaczylibyśmy kilka lub kilkanaście patyków, nie jakiś tam milion. Pomijając już nawet wyrzuty sumienia, które spowodowałyby automatyczne “nie żartujmy sobie”, do końca kariery podążałoby za mną widmo takiej pomyłki, gdybym ją popełnił. Brrr…


Asia: Mało kto wierzy teraz reklamom, a przynajmniej nikt się do tego nie przyznaje. Na jakimś poziomie wiadomo, że wygląda to wszystko obiecująco – ci piękni ludzie, te lśniące przedmioty, szyk, blask i brokat oraz malownicze rozbryzgi błota. Ale przy tak przytłaczającej liczbie reklam człowiek nabiera do nich dystansu. To jest dobre. Jest jasno pokazane, iż są to teksty i obrazy sponsorowane, aktorzy/piosenkarze lub po prostu celebryci, którzy się wypowiadają, wzięli za to pieniądze i może wcale tak dobrze o tym produkcie nie myślą… Nikt nie ma pretensji ani do nich, ani do reklamującej się tym sposobem firmy. Ot, kolejny sposób na życie.

I tak samo jest z niektórymi streamami i filmami na youtubie. Praca jak każda inna – bywa 24/7, ciężka, pełna wyrzeczeń, wiem, bo miałam okazję na ten temat rozmawiać z niektórymi streamerami. Ale powinny obowiązywać proste zasady – logo producenta pokazywane cały czas i informacja w rogu, że jest to materiał sponsorowany. Żeby nikt nie miał wątpliwości i żeby nikt mi nie podsuwał filmiku jako dowodu na to, że jakiś produkt jest wart mojej uwagi tylko dlatego, że człowiek, którego opłacono, tak stwierdził. Może być twarzą kampanii marketingowej, nazwiskiem, ale dla mnie nie ma to nic wspólnego z jakąkolwiek krytyką. Czy zwłaszcza niezależnym zdaniem. Za pieniądze to ja mogę powiedzieć, że Division to spełnienie moich shooterowych marzeń, bo jest w tej grze jakiś nieokreślony mrok, czuję to zaszczucie, a moja postać porusza się z gracją upiora i nawet ma tatuaż z krukiem, sweeet. A za milion to bym pewnie zagrała w Silent Huntera na hardzie (jest tam taki tryb?).


Bartek: Pierwsza sprawa – nie piszę tutaj o normalnej sytuacji, w której ktoś wykupuje u nas powierzchnię reklamową czy zamawia tekst sponsorowany, który zawsze jest odpowiednio oznaczony i który staram się przygotować tak neutralnie, jak tylko się da (co nie oznacza, że przyjmę ofertę reklamy produktów niskiej jakości albo wątpliwych moralnie).

Natomiast odpowiedź na właściwe pytanie jest bardzo trudna. Mam za sobą pracę w branży, gdzie “prezenty” mniejsze i większe były na porządku dziennym i nie zamierzam z siebie robić świętszego od papieża. I gdyby przyszedł dziś do mnie jakikolwiek wydawca oferując naprawdę duże pieniądze za recenzję, to… nie wiem, co bym zrobił. Zarówno prywatnie, jak i jako redaktor naczelny portalu. Bo widzicie, łatwo mówić o etyce jakiejkolwiek, dopóki faktycznie nie staje się przed pokusą jej złamania. Nawet biorąc na tapet sprawę z Ninją, nie mówimy tu o kilkunastu czy kilkudziesięciu tysiącach dolarów, ale o milionie. W Stanach to duże pieniądze, w polskich realiach, przy zmyślnym nimi obracaniu, bycie ustawionym do końca życia. Swojego, swoich dzieci, może nawet wnuków i jeszcze dalej. No i co? Nie upodliłbym się mając na uwadze to, o czym pisałem w poprzednich zdaniach? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Wiem natomiast, że gdybym się na to zdecydował, na pewno bym zniknął z branży. Bo niby jak mielibyście zaufać portalowi, którego redaktor naczelny przyjmuje pieniądze za recenzje?

I właśnie o to wszystko się rozbija. Jasne, influencer przyjmuje pieniądze za promowanie produktu. Taka jego praca i z tym problemu nie ma. Tym bardziej, że faktycznie w wielu przypadkach influencerzy doszli do tego swoją ciężką pracą, a ja bardzo chciałbym mieć takie zasięgi, jak choćby ci ze średniej półki. Gorzej, że taki Ninja czy ktokolwiek inny jest dla wielu, naprawdę wielu osób autorytetem. Skoro on mówi, że coś jest dobre, to przecież tak jest i nikogo nie obchodzi, że przyjął za to pieniądze. Najbardziej natomiast denerwuje w tym fakt, że to mediom zarzuca się łapówkarstwo ilekroć pojawi się treść niezgodna z powszechnie przyjętą (a tak naprawdę wepchniętą przez youtuberów i influencerów) prawdą – vide recenzja Anthema od Dominika czy nawet moja Sea of Thieves.

Dochodzi zatem do ciekawej, a bardziej przykrej, sytuacji, w której łapówkarstwo zarzuca się komuś, kto działa na podstawie etyki zawodowej (choć na pewno są wyjątki, jak wszędzie), ale wierzy na słowo człowiekowi nie kryjącemu się z przyjęciem pieniędzy za materiał. Że jeden wziął pod stołem, a drugi otwarcie? Co to ma do rzeczy w przypadku, gdy mowa o rzetelnym podejściu do tematu? Bo przypominam, że nie mówimy tu o bannerze reklamowym za kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy, tylko o milionach za mówienie o czymś.


Krzysiek:Tak, ja też wziąłbym milion, ale pomówmy raczej o stylu kampanii promocyjnych. Można to oczywiście robić i nie widzę nic nagannego w tym, że ktoś weźmie pieniądze i w coś przed publicznością pogra. Nawet jak bardzo pochwali i pominie milczeniem zdarzające się na ekranie bugi. Problemem jest tylko sytuacja, gdy czysto marketingowa rola danego materiału nie jest wyraźnie w opisie zaakcentowana. Inaczej też patrzy się później na taką recenzję danego tytułu autorstwa kogoś, kto przeprowadził całą kampanię promocyjną.

Przypadek z Ninją (o którym piszemy, ale naprawdę jest jednym z wielu i takie rzeczy dzieją się codziennie) pokazuje, że wydawcy przejęli już kontrolę nad nową formą marketingu. Bo przecież pomyśleli sobie czytelnicy pewnego razu, że ta prasa i media growe to takie złe, tłuste kocury biorące kasę za pisanie recenzji (pewnie również mi nie uwierzycie, ale naprawdę jest to jakiś dziwny mit), a tu macie niezależnych prosto z ludu, którzy może i nie mają nad sobą wyłapujących każdy fałszywy spójnik korektorów, ale mówią jakoś tak z serca. I właśnie sprawa z Ninją to przestroga dla graczy, że przede wszystkim nad kontrolą tego segmentu wydawcom zaczęło zależeć. Stąd sytuacje, że posiadacz znanego kanału X idzie na pokaz Y, a medium Z już nie idzie.

Nie chcę tu wyjść publicznie z konkretnym przykładem, choć koledzy z redakcji pewnie wiedzą, co mam na myśli – wiedzcie tylko, że takie sytuacje się zdarzają. Bo publika woli posłuchać kogoś “z ludu” (mimo, że też przecież jesteśmy po prostu ludźmi tylko bardziej tradycyjnie piszemy, zamiast gadać do mikrofonu), bo kojarzy im się to właśnie z niezależnością. I nie płaczę, że YouTuberom jest lepiej, bo też trzeba umieć zbudować sobie markę. Tylko nie zapominajmy, że powyżej pewnych sum mało kto potrafi być niezależny. A marketing polega na tym, żebyśmy właśnie postrzegali go jako szczerą, płynącą tylko z serca promocję. Coś jak częste w gazetach reklamy stylizowane na złożony artykuł.


Krzysztof Tomicz: No dobra, ale mówisz o łapówce dla dziennikarza czy wynagrodzeniu dla influencera, tak jak dla Ninjy ostatnio? Jeśli to drugie, brałbym, bo taka moja praca. Jeśli to pierwsze natomiast, to nie wiem, jakbym się zachował – to znaczy, czy kazałbym komuś od razu spier…, czy wziąłbym te pieniądze, przekazał na lepszy cel i potem i tak narobił syfu, typu policja i te sprawy. Jasne, dodatkowa kasa zawsze by się przydała, ale jeśli twoja praca polega na jak najbardziej rzetelnym opisywaniu rzeczywistości, to chyba byłoby coś nie tak, gdybym tę forsę przyjął. Wychodzę z założenia – może zbyt idealistycznego – że ktoś na bazie moich materiałów może podjąć decyzję w swoim życiu. Ok, to są tylko giereczki, ale jednak jestem wystarczająco długo w tym zawodzie, żeby nauczyć się, że odbiorcę należy szanować.

Redakcja

Więcej na temat:

12
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
11 Komentarze
1 Odpowiedzi
10 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
C.C. Stellar
Użytkownik

Pozostaje pytanie, czy streamerzy są krytykami? Moim zdaniem są konsumentami, którzy z grania potrafią zrobić show. Zupełnie inna klika, niż youtuberzy jak Angry Joe itp.

mirek83
Użytkownik

No cóż, niestety większość “ludu” jest przekonana, że tradycyjni recenzenci gier pływają w dolarach i jeżdżą Ferrari od poniedziałku do piątku, a w weekendy śpią na jachtach, a rzeczywistość jest taka, że ich zarobki nie odbiegają specjalnie od poziomu przeciętnego zjadacza chleba. A praca też taka różowa nie jest, bo nie dość, że grę którą zwykły człowiek przechodzi w miesiąc lub więcej trzeba ukończyć w tydzień to na koniec trzeba jeszcze napisać spójny tekst składający się z więcej niż dwóch akapitów.

Aimagylop
Użytkownik

Coaching i influencerzy powinni zostać zdelegalizowani.

madoc
Użytkownik

Jeśli jawnie i nikt nie ukrywa, że materiał jest sponsorowany, to nie mam nic przeciwko.
Druga sprawa, czy oglądałbym taki materiał? Raczej nie, może tylko po to, żeby zobaczyć jak wygląda gra.

czaczi87
Użytkownik

Przecież to tylko forma marketingu. Co jest niby w tym złego? Przecież każdy zdroworozsądkowy człowiek zanim kupi jakiś towar (grę, pralkę czy samochód) powinien zapoznać się z kilkoma różnymi opiniami. Dzisiaj gdy mamy Youtube wszystko możemy obejrzeć z każdej strony, niczego nie da się ukryć. Jasne, każdą informację musimy przefiltrować i podejść do niej krytycznie i sceptycznie. Najlepiej zestawić ze sobą skrajne opinie i z tego wydestylować prawdę. Dzisiaj dema gier nie są w zasadzie potrzebne, bo i tak każdy tytuł można “przetestować” w formie video. Powtarzam: nie widzę nic złego w takiej formie reklamy. Ja po prostu nikomu nie… Czytaj więcej »

Lord Bart
Użytkownik

Kto to jest… inflółenser? Bo z włoskiego influenza to jest wymiennie wpływanie/oddziaływanie i… grypa. Swego czasu jedno ze straszniejszych słów w Europie.

Jedno z mnóstwa pojęć internetu “społecznościowego”, których fenomenu nie rozumiem i nie działa na mnie jak hipnoza, czy reklama.

A że ktoś bierze za to hajs i nie informuje, że wziął? Przecież to normalna rzecz w świecie ludzi od wieków.

mirek83
Użytkownik

W polskim to najbliżej chyba będzie opiniotwórca, ale influencer jest bardziej cool i trendy.

duxdaro
Użytkownik

Nie oglądam streamerów, tym bardziej influencerów. Sam staram se wyrobić zdanie na podstawie dostępnych materiałów na temat interesującego mnie produktu. A co do płacenia im takich, “olbrzymich”, kwot? Jeżeli ktoś jest w stanie tyle dać, to widocznie jest to tyle warte i dlatego “olbrzymich” daję w cudzysłowiu, bo nawet ten milion Ninjy, to podejrzewam niewiele w porównaniu do nakładów na normalny marketing, czyli reklamy, trailery, pokazy.

DontBeSoRambo
Użytkownik

Wolny rynek jest. Każdy może reklamować co chce. Nie widzę też potrzeby żeby o tym musiał oficjalnie informować. Krypto reklama i product placement to pojęcia które znamy od dawna. Wszędzie pchają się na nas reklamy i tak samo jest na Youtube czy gdziekolwiek indziej w Internecie czy w metrze czy jadąc samochodem. Osobiście byłbym za tym żeby walczyć z reklamami przy drodze które migoczą światłem a nie za sciganiem uoituberowiczów. Od tych reklam się można zagapić na drodze albo zacząć hamować bo widzisz coś czerwonego co miga. Wracając do tematu, jeszcze raz wyrażam szok że ludzie rzeczywiście oglądają te stereamy… Czytaj więcej »

arewehavinfunyet
Użytkownik

Jeżeli ktoś nazywa się “infuencerem”, to z góry można go/ją przekreślić..

lecho
Użytkownik

Nie chcę być adwokatem diabła, ale nie rozumiem idei tej dyskusji w kontekście Ninjy. Przecież on nigdy nie silił się na bycie krytykiem. To były pros w Halo, który znakomicie odnalazł się “za esportową metą”, robiąc show i zarabiając na graniu w gierki. On ich nie recenzuje, nie ocenia, po prostu w nie gra, a że robi to dobrze i do tego potrafi nakręcić widowisko – ludzie lubią go oglądać. To absolutnie nie jest przypadek, który można odnosić do YouTubera biorącego pieniądze za recenzję gry. A swoją drogą, ciekawostka – w trakcie ponad ośmiu lat tyrania (nie miejcie złudzeń, esport… Czytaj więcej »

ks.Ignacy
Użytkownik

Stanowczo jest przeciw. CHyba że sam byłbym infuloncerę, to wtedy jestem za.

Popularne wpisy

Popularne Gry