Zmien skórke
Logo Polygamii

Pieśń życia według Yakuzy 6

Cieszę się, że Sega przywiozła do Kolonii akurat ten tytuł.

Zamiast pójść na łatwiznę i udostępnić grającemu tłumowi debiutujące właśnie Kiwami, wydawca spróbował z przyszłoroczną “szóstką”. Która – w przeciwieństwie do dwóch wcześniejszych inkarnacji na PlayStation 4 – nie jest bezbłędna. Ostatnia przygoda Kazumy (no, przynajmniej według chronologii wydarzeń z gry) jest jednocześnie polem eksperymentalnym dla nowego silnika graficznego. I choć Kamurucho jeszcze nigdy nie wyglądało tak pięknie, współczynnik Yakuzy w Yakuzie trochę się w The Song of Life chwieje. Co nie zmienia faktu, że z ogromną przyjemnością sprawdziłem po raz pierwszy grywalną anglojęzyczną wersję tej pozycji. I zdążyłem rozkwasić kilkadziesiąt pechowych twarzy podczas krótkiej sesyjki.

System walki przeszedł tutaj sporą metamorfozę. Podstawy są znajome: mamy dwa rodzaje ciosów, każdy przedmiot na ulicy jest do naszej dyspozycji, a łupiąc przygłupów ładujemy pasek “duchowej energii”. Nadal bywa aż zbyt efektownie (zbliżenie kamery na rozprasowywaną uderzeniem buźkę robi wrażenie), ale pojedynki nie mają już takiej prędkości, którą kojarzymy z “piątki”, “zerówki” lub za chwilę skojarzymy z Kiwami. Nie są również tak pstrokate. Słowem – jak gdyby z serii powoli ulatnia się arcade’owa otoczka. Dla wieńczącego sagę scenariusza to chyba dobrze, jednak za chwilę pałeczkę po Kiryu przejmie nowy, młodszy i narwany bohater. To co, on już nie będzie się bił z dwoma tygrysami jednocześnie?

Wizualnie nowy silnik zachwyca. Łatwo to stwierdzić na podstawie ulic Tokyo, które w Yakuzie przemierzaliśmy już ponad siedem razy, bo zna się tę dzielnicę na pamięć. Wspaniale wyglądają te skąpane deszczem ulice. Odwiedziłem pospiesznie kilka ze swych ulubionych miejsc, by odkryć, że wszystko jest na swoim miejscu. Nawet niegdyś kluczowe dla opowieści bary nadal mają tę samą nazwę. Czułem się tak, jak w czerwcu podczas ogrywania Crash Bandicoot N. Sane Trilogy – teoretycznie wszystko identyczne, ale o ile ładniejsze. O nowej lokacji, Hiroszimie, na razie będę milczał. Potrzebuję więcej czasu. Najbardziej imponujące jest i tak płynne wejście do każdego lokalu, co wcześniej wiązało się z krótkim ekranem ładowania. Niemniej piękno ma swoją cenę. Po dwóch ultrapłynnych odsłonach trzydzieści klatek w Yakuzie 6 może wywołać grymas na twarzy.

Z radością donoszę, że reszta jest już jak najbardziej “po staremu”. Na przykład nie brakuje dziwacznych aktywności pobocznych. Podczas testów sprawdziłem tylko karaoke (nowy kawałek Kazumy nucę podczas pisania tego tekstu) i machanie kijem bejsbolowym, ale na szczęście jestem niepoprawnym maniakiem serii, więc wspomnieć Wam mogę chociażby o siłowni – rozłożonej na wiele regularnie powtarzanych minigierek – lub… opiece nad dzieckiem. To drugie wiąże się ze sporym spoilerem, więc cichutko, ale owszem, trzeba niańczyć. Gra wykorzysta do tego żyroskopy w padzie. Czy będzie to podobnie niepokojące, co “tulanie do snu” Nintendo Switch? Mam nadzieję. Yakuza to jedna z nielicznych japońskich marek, której na sucho ujdzie nawet najdziwniejsza japońszczyzna.

Zanim jednak napiszę, że na The Song of Life czekam przebierając nóżkami, stracę kilka tygodni w Kiwami. Już wielokrotnie pisałem, dlaczego Yakuzą warto się zainteresować. Dwupak 0 + Kiwami będzie o wiele lepszym wyborem dla żółtodziobów od “szóstki”. Bo przed “szóstką” trzeba chociaż ogólnikowo przerobić wydarzenia wszystkich wcześniejszych odsłon. Co… No, do najłatwiejszych nie należy. Łatwiej już chyba przypomnieć sobie całe Twin Peaks przed seansem trzeciego sezonu.

A skoro o żółtodziobach i serialu Lyncha, to może o swojej krótkiej przygodzie z Yakuzą kilka zdań napisze Patryk Fijałkowski? Przyrzekam, że nie zmuszałem go do grania. Wcale nie groziłem. Prawda, Patryczku?

Patryk Fijałkowski: Nie, w ogóle mnie nie targałeś przez tę kolejkę, choć ja wolałem pobiec jeszcze raz na Super Mario Odyssey. Ale nie żałuję – już po twojej recenzji Yakuzy 0 wiedziałem, że jest to seria, który by mi się spodobała. Krótkie demo “szóstki” tylko to potwierdziło. Najpierw sprałem jakichś przypadkowych bandziorów, efektownie (i groteskowo) łamiąc im ręce i wybijając nimi szyby, by po całej akcji stylowo poprawić rękawy marynarki i pójść… na karaoke. Zaśpiewałem jakiś kiczowaty kawałek i choć nie poszło mi perfekcyjnie (chciałem zobaczyć, czy zacznę fałszować po pomyłkach), to potem Adam pokazał mi, co się dzieje, jeśli utwór wykonujemy bezbłędnie. Smutna, pusta sala zamienia się w wizualizację rodem z kasowego teledysku, w którym nasz bohater jest gwiazdą pop. Piękny, japoński absurd, którego w Yakuzie możemy znaleźć na pęczki. Miałem zaledwie chwilę z tą grą, ale upewniłem się, że to charakterna seria, która może podbić moje serce. Tak że wkrótce do Yakuzy 0 marsz!

Przeczytaj także:

Pod tagiem Prosto z GC 2017 znajdziesz nasze wrażenia z innych ogrywanych i oglądanych w Kolonii gier.

Adam Piechota i Patryk Fijałkowski

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o

Popularne wpisy

Popularne Gry