Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeLayers of Fear – recenzja. Już nie płaczę po P.T.

Płakałem, ale właśnie skończyłem Layers of Fear i przestałem.

Facebook Twitter Google Wykop
A na otarcie łez dostanę jeszcze Allison Road i Visage, zupełnie nie mam więc już powodów do zmartwień. Chyba że pojawiającymi się ostatnio koszmarami, ale cóż, to tylko dobrze świadczy o wyrastających jak grzyby po deszczu horrorach FPP.

Layers of Fear jest straszne na ten pokręcony, nieprzewidywalny sposób, gdzie największe wrażenie robią najmniejsze i pozornie błahe elementy. Na przykład kartka z notatką, że skończyły się już jabłka i jakieś sto kilogramów porozrzucanych owoców w kolejnym pomieszczeniu. WTF? Albo klasyczne obrazy Rembrandta i Goyi potraktowane rozpuszczalnikiem, z rozpływającymi się twarzami postaci. Zatrzaskujące się przed nosem drzwi, zaryglowane łańcuchami niczym w czwartym Silent Hillu przejścia czy plamy krwi robią wrażenie, ale powiedziałbym, że mieszczą się w pewnej ogólnie znanej i przyjętej skali. Są “fajne”, ale dopiero w połączeniu z tego typu drobnymi, unikalnymi dla Layersów smaczkami budują odpowiedni klimat. Skłaniają do zastanowienia co jest nie tak z tym domem, głównym bohaterem i jego rodziną. Szybko okazuje się, że bardzo wiele, a nadmiar jabłek i rozmazane obrazy klasyków to najmniejszy problem, z jakim się tu spotkamy.

Warstwy szaleństwa

Unikalną cechą Layers of Fear jest to, że nie trafiamy na dzień dobry do ponurego szpitala jak w Outlast albo jakiejś podejrzanej bazy rodem z Somy. Zaczynamy w normalnym domu, takim klasycznym pod względem wystroju wnętrz i architektury, a także fotorealistycznym w kwestiach graficznych wersji Gone Home. Nie będzie spoilerem napisanie, że z czasem te schludne pomieszczenia degenerują się, dosłownie na naszych oczach zamieniając w ruinę, a także tracąc przywiązanie do trzech wymiarów, praw fizyki i jakiejkolwiek logiki. Krótkie korytarze wydłużają się, zapętlają, łączą w zupełnie niezrozumiały sposób, sprawiając, że właściwie nie da się wrócić po swoich śladach. Często po odwróceniu się o 180 stopni zamiast niedawno użytych drzwi widzimy ceglaną ścianę albo długi, ozdobiony świecami korytarz. Tak, to ten moment, gdy wymowne WTF znów ciśnie się na usta.

To jest jednak właśnie w Layers of Fear najlepsze, że równocześnie odkrywamy zarówno kolejne warstwy swojego strachu, jak i szaleństwa głównego bohatera. Cały czas nie wiemy czy to, co się dzieje, to jakiś alternatywny wymiar rodem z horrorów Konami, czy po prostu wszystko dzieje się w głowie malarza – ekscentrycznego artysty o hipnotyzującym głosie i ironicznym poczuciu humoru. I choć na końcu poznajemy odpowiedź, to sam proces dochodzenia do prawdy jest, nomen omen, szalenie satysfakcjonujący.

Klasyczne obrazy Rembrandta i Goyi potraktowane rozpuszczalnikiem, z rozpływającymi się twarzami postaci.

W tym szaleństwie jest metoda
Layers of Fear
Layers of Fear
Nawet jak nie zaczyna się jeszcze koszmar, to i tak jest mrocznie i klimatycznie

Wspomniany już malarz znalazł pewną… metodę tworzenia obrazów. Nie znajdziecie jej w żadnym podręczniku opisującym techniki malarskie, choć ja powiedziałbym, że najbliżej jej do dosłownej i brutalnej wersji naturalizmu. Błąkając się po labiryncie domostwa zbieramy więc przedmioty niezbędne do stworzenia dzieła, magnum opus, obrazu innego niż wszystkie i lepszego niż wszystkie. Poznawane ze skrawków notatek, listów i wycinków prasowych wydarzenia nadają tej i tak już ciężkiej atmosferze jeszcze większego ciężaru gatunkowego.

Wspomniany już malarz znalazł pewną… metodę tworzenia obrazów. Nie znajdziecie jej w żadnym podręczniku opisującym techniki malarskie.

Przez malarskie konotacje jest on jednak o wiele świeższy od całej konkurencji, którą roboczo nazwę sobie mianem post-P.T. Rozmazane obrazy ze zdeformowanymi twarzami, pastelowe smugi farb kontrastujące z mrocznym wnętrzem posiadłości. Masa brudnych od farb i lakierów pędzli, płócien, sztalug, a do tego znów – małe smaczki i branie gracza pod włos. Patrzysz na ścianę, przed którą stoi jakiś fotel i stolik. Obracasz się o 360 stopni, po meblach nie ma śladu. To znaczy jest, ale w formie szkicu na ścianie. Kolejne rzucone pod nosem WTF i myśl, że tego typu rzeczy robią lepszą robotę od wydawałoby się straszniejszych płaczów i szlochów, dziwnych sylwetek stojących majestatycznie na końcu słabo oświetlonego korytarza czy innych typowych dla gatunku “straszydeł”. Wszystkie one w Layers of Fear oczywiście są, bez zarysowanej historii o artyście i tego malarskiego settingu byłyby jednak po prostu zlepkiem niezłych motywów. Na szczęście tak nie jest, a gra to solidna dawka adrenaliny i unikalnych pomysłów okraszona po prostu wspomnianymi „niezłymi motywami”.

Fotorealistyczna oprawa na Unity. Oszalałeś?
Czuć inspirację P.T. Na szczęście na inspiracjach się nie skończyło

O wykonaniu Layersów wspomniałem już wcześniej, ale temat ten zdecydowanie zasługuje na odrębny akapit, gra wygląda bowiem kapitalnie. Gdybym nie doczytał, że naprawdę działa na Unity – kojarzonym raczej z przeciętnymi wizualnie grami indie – to bym nie uwierzył. Ostrość tekstur, przywiązanie do detali, gra światłem. Zarówno w skali makro – podziwiając całe pomieszczenia – jak i mikro, przyglądając się na zoomie powyciąganym z szuflad i szafek szpargałom. Jestem pod wrażeniem, choć przed pełną ekscytacją powstrzymuje mnie to, co właściwie w każdym “symulatorze chodzenia” – odpuszczenie sobie animacji rąk głównego bohatera. Nie wiem jak wy, ale ja wciąż czuję się dziwnie, telepatycznie otwierając wszystkie szafki, naciskając klamki etc. Outlast udowodnił, że nie warto tutaj iść na skróty, a tego typu drobne animacje jeszcze bardziej budują klimat.

O wykonaniu Layersów wspomniałem już wcześniej, ale temat ten zdecydowanie zasługuje na odrębny akapit, gra wygląda bowiem kapitalnie.

Nieźle wypada też sfera audio. Może nie jest to absolutny sztos na miarę Obcego: Izolacji, gdzie ponad połowa wrażeń płynie właśnie z doskonale zrealizowanego dźwięku, ale warto tutaj sięgnąć po słuchawki albo najlepiej dźwięk przestrzenny kina domowego. Granie na głośnikach z telewizora będzie miało taki sam sens jak odpalenie gry na jakimś starym telewizorze SD.

Szał na horrory FPP

Layers of Fear to gra na trzy godziny. Zanim jednak sięgniesz po kartkę i ołówek, żeby podzielić cenę przez czas i wyciągnąć z tego równania wartość jednej minuty grania netto, pozwól mi dodać, że dłuższa rozgrywka by się tu zupełnie nie obroniła. Sześcio albo, nie daj Boże, dziesięciogodzinny Layers of Fear wpadłby w pułapkę Somy i wielu innych mniejszych gier, które wokół jednego pomysłu i kilku prostych mechanik próbują tworzyć długie historie. Długie i wtórne, w których tym rozciągnięciem rozgrywki traci się efekt uderzenia dobrą fabułą. W Layersach to nam nie grozi, a jeżeli komuś mało, to zawsze może podejść do nich drugi raz. Kilka elementów w trakcie gry, a także finał sugerują, że nie jest to typowa gra “na raz”. Jako taka świetnie się też jednak spisuje, lądując u mnie na wirtualnej półce zaraz obok Outlasta i P.T.

Zagrać? Warto

Więcej o systemie ocen

Paweł Olszewski

Platformy: PC, Xbox One, PS4
Producent: Bloober Team
Wydawca: Aspyr
Dystrybutor: Techland
Data premiery: 16.02.2016
PEGI: 18

Grę do recenzji udostępnił dystrybutor. Testowaliśmy wersję na PS4. Screeny pochodzą od redakcji.

3
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
3 Komentarze
0 Odpowiedzi
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
guru samowaru
Użytkownik

Bardzo Goyio.

Goya: Fran•cisco de Goya y Lucien•tes, Fran•cisca de Goi y Lucien•tes, z Fran•cis•kiem de Goyą y Lucien•tes, o Fran•ciscu de Goi y Lucien•tes; Goi, Goyę

TheMisterA
Użytkownik

Proszę, Bloober Team twórca jednej z najgorszych gier w historii wraca do walki. Gratuluję, oby tak dalej. 🙂

archiver42
Użytkownik

Pułapkę Somy? Dla mnie Soma nie była za długa nawet o jedną minutę, więc to stwierdzenie nie przekonało mnie do tego, że Layers Of Fear nie powinno być dłuższe.