Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeKirby Star Allies – recenzja. Z gwiezdnymi ziomeczkami najlepiej

Jak uratować dwuwymiarową galaktykę? Jedząc. Wszystko i wszystkich.

Facebook Twitter Google Wykop

Kirby jaki jest, każdy widzi. Chciałoby się rzec – od dwudziestu sześciu lat, jednak wtajemniczeni wiedzą (oraz często walczą w obronie tego), że marka zaliczała wiele intrygujących eksperymentów, nawet jeśli nigdy nie przeszła w pełnoprawne trzy wymiary. Dziś dość łatwo jej liczne odszczepy podzielić na trzy grupy: standardowe platformówki “w prawo” z małymi wyróżnikami w stylu sekcji z mechem w Planet Robobot, unikalne błyski geniuszu puszczające serię na nieznane wody (Power Paintbrush) oraz szukające łatwego zarobku mikrusy z eShopu. Switchowe Star Allies bezdyskusyjnie wrzucimy do pierwszego wora. To zwiewna zręcznościówka z jakimś mniejszym twistem. Kirby klasyczny do zgrzytu zębów, ale przynajmniej zainteresowany najczęściej wykorzystywanym bajerem nowej platformy.

Platforma: Switch
Producent: HAL Laboratory
Wydawca: Nintendo
Dystrybutor: Conquest
Data premiery: 16.03.2018
Wersja PL: brak
Grę do recenzji dostaliśmy od dystrybutora. Zdjęcia pochodzą od redakcji. Lukier serwuje tytułowy bohater.

Kirby klasyczny do zgrzytu zębów

Fabularnie, przynajmniej w teorii, bez żadnych zaskoczeń. Słodziaszne wzgórza Dreamland znowu nęka jakaś klątwa z kosmosu, mroczne siły przejmują kontrolę nad dawnymi antagonistami różowego blobka, nowa sytuacja kryzysowa oznacza nową specjalną umiejętność bohatera, zaczyna się podróż… w prawo. Ale daleko poza oklepane, znane od dekad granice. A nawet poza skraj tej galaktyki. Star Allies potrafi stać się dość pompatyczne i – pamiętając, jaka to seria – mroczne. Rzekłbym wręcz, że najfajniejsze poziomy to właśnie te budujące powoli napięcie przed finałową konfrontacją. I później znowu takie. I znowu. Tak, “końcówek” będzie dość sporo. Zaś ostatnie wydarzenia przywodzą na myśl The Legend of Zelda: Majora’s Mask. Gdyby psychopatyczny księżyc pokonywało się potęgą miłości, oczywiście. Nie chcę Was nastrajać na majestatyczną przygodę, jednak skala tym razem jest odczuwalnie większa.

Wystarczy trochę powęszyć, by już za pierwszym podejściem zobaczyć wszystkie małe tajemnice

Nowy sznyt w Star Allies polega na werbowaniu przeciwników do własnej drużyny

Nawet jeśli liczba poziomów nie ucierpiałaby od dodatkowych dziesięciu. Wiecie, to Kirby. Wystarczy trochę powęszyć, by już za pierwszym podejściem zobaczyć wszystkie małe tajemnice, zebrać opcjonalne, świecące kawałki puzzli, odblokować ponadpodstawowe plansze (chyba najciekawsze). Generalnie wystarczy na luzaku grać, gdyż poziom trudności nigdy nie przekroczy tej poprzeczki, której nie bałaby się Wasza pociecha. Frajdę, jak zawsze, przynoszą: eklektyczna ścieżka dźwiękowa (i naprawdę nie brakuje szlagierów) oraz romansowanie z dostępnymi “mocami” tytułowego głodomora. Że słucham? Nigdy nie graliście w Kirbiego? W telegraficznym skrócie – gdy pochłania niczym odkurzacz przeciwnika, przejmuje jego umiejętności. Takie opętywanie z Super Mario Odyssey, ale wymyślone całe lata wcześniej. Można zostać malarzem, rycerzem, zapaśnikiem, kulką ognia albo gwiazdą rocka. Każdemu towarzyszą zadbane zestawy animacji i urocze kostiumy. Umieram z miłości za każdym razem, gdy mój Kirby-sprzątacz przemienia się w wielkiego kota na mokrej gąbce przy ataku z rozpędu.

Nowy sznyt w Star Allies polega na werbowaniu przeciwników do własnej, czteroosobowej drużyny. Gdy gracie w pojedynkę, kontrolę nad nimi przejmuje komputer. Najfajniejsze momenty przygody polegają na kreatywnym łączeniu wszystkich dostępnych umiejętności (zwłaszcza że postać z mocą danego elementu może nim nasączyć broń drugiej postaci) lub wykorzystaniu… liczby bohaterów. Tylko w czwórkę stworzą ze swych ciałek most, biegającą po ścianach ciuchcię czy toczącą się z impetem kulę. Nie pytajcie, kurde, to Kirby. Oni nawet dają sobie takiego szybkiego buziaczka, gdy dzielą się zebraną szamką, by podreperować paski zdrowia. Pomijając jednak ultrapocieszność nowej odsłony (podkreśloną współczesną oprawą, choć nieco ograniczoną trzydziestoma klatkami na sekundę) – fajnie mieć opcję dołączenia do zespołu najbardziej kultowych przeciwników z historii Różowego. A nawet ulubionych przez fanów bossów. (#teammetaknight)

Co innego, gdy koło telewizora lub Switcha w trybie tabletop przejdzie jakiś znajomy czy domownik i zapyta z uśmiechem: “O, a co to za urocza gierka?”. Wtedy Joy-Con będzie Waszym serduszkiem, rzucicie nim, by zwerbować nowego kompana do zabawy. Owszem, multiplayer jest tutaj dziecinnie łatwy do zainicjowania, a działa jak marzenie. Gdy to komputer steruje drużyną, od razu wie, jak ma się zachować w każdej sytuacji. W realnej kooperacji o wiele łatwiej o wtopy, trzeba czasem zaplanować rozwiązanie małej zagadki i być czujniejszym podczas walk z dużymi przeciwnikami. Słowem – wydaje mi się, że Star Allies było projektowane przede wszystkim jako pozycja wieloosobowa. Biorąc pod uwagę, że nie ma tutaj trybów sieciowych, pamiętajcie – 100% satysfakcji wyciągniecie tylko z kimś na kanapie. Nie znaczy to, że w singlu jest źle. Ale dwie godziny w pociągu przegrane z towarzyszką życiowych przygód udowodniły mi, ile straciłem przez typowo recenzencki pośpiech, w którym całą kampanię wymaksowałem.

Wydaje mi się, że Star Allies było projektowane przede wszystkim jako pozycja wieloosobowa

Gdy to komputer steruje drużyną, od razu wie, jak ma się zachować w każdej sytuacji

Jak to zazwyczaj w grach sygnowanych tym imieniem bywa – na ubiciu głównego rzezimieszka nie koniec. Warto poszeperać po mapkach i otworzyć bonusowe poziomy, ale o tym już wiecie. Potem zostają minigierki oraz bardziej wymagające wyzwania. Te pierwsze są dwie, umożliwiają sterowanie ruchowe i – jeśli mam być szczery – nowych cyfrowych odszczepów raczej nie spłodzą (eshopowe “odsłony” były właśnie bardziej rozbudowanymi wersjami drobnicy z poprzednich głównych części). Zaś specjalnie sklejony mixtape znanych fragmentów poziomów, który zaliczamy w skórze wybranego przeciwnika, czy boss rush z maleńkim zapasem zdrówka, mają zapewne służyć zaspokojeniu rozszalałego głodu po napisach końcowych. Dla jednych to będzie jasne, lecz pamiętajmy o graczach, którzy dzięki Switchowi po raz pierwszy dają szansę Nintendo – Kirby prawie nigdy nie wymaga więcej niż piętnaście godzin naszego czasu na “calaka”. Czasem odczuwam to mocniej, czasem słabiej. A ze Star Allies nadal wyciskam ostatnie soki, by ujrzeć magiczne “100%” przy zapisie, co odczytywałbym jako pozytywny sygnał. Mało tego, najnowsza odsłona obudziła we mnie tyle chęci, że wyszperałem używane gameboyowe kartridże z najstarszymi odsłonami marki.

A zatem bawiłem się dobrze. Krótko, bez uniesień (nie licząc finału!), bez wrażenia, że wielkie N znowu wygrywa jakiś gatunek swoim nowym szlagierem. Właśnie – bo Kirby rzadko celuje w status “hitu”, nigdy nie był system sellerem. Ma swoją rzeszę fanów, od czasu do czasu próbuje się tylko otworzyć na garść następnych. Star Allies to dla niego szansa, jakiej nie miał od dawna, bo portfele właścicieli Switcha wydają się nie znać pojęcia “dna” i każda wewnętrzna produkcja okazuje się hitem sprzedażowym. Ale to leniuch. Nie postarał się jakoś wyjątkowo z tej okazji, zrobił to, co zazwyczaj. Ze swoim standardowym urokiem. Który w moich oczach nie wystarczy, by przesadzać z entuzjazmem podczas wystawiania oceny. Jeśli jednak preferujecie nieco łatwiejsze platformówki, w związku z czym ominiecie remaster Donkey Kong Country: Tropical Freeze, do następnego Yoshiego jeszcze wystarczająco sporo czasu, by łakomczuchowi dać szansę. Najlepiej przynajmniej w duecie.

Adam Piechota

ZAGRAĆ?
MOŻNA
3.5

8
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
4 Komentarze
4 Odpowiedzi
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
kkgp40
Użytkownik

Hmm, recenzja jest upubliczniona dwa dni przed premierą gry?

Bartosz Stodolny
Administrator

Tak. Dziś o 15:00 spadło embargo wydawcy.

C.C. Stellar
Użytkownik

Czyli można zagrać, ale nie za pełną cenę.

D4INTY
Użytkownik

Demo mnie zainteresowało, zagrałbym w pełną wersję, ale kurczę 15h to trochę cienko biorąc pod uwagę cenę 🙁 Chyba będę musiał zadowolić się Kirbym ze SNESa Mini.

Blue__
Użytkownik

Ja nauczony po kirby na Wii uznałem że pewnie potem rośnie mocno poziom trudności. Kirby Return To Dreamland zaczynał się banalnie, całe levele można było przefrunąć powitrzem, zero poziomu trudności, ale to co się dzieje jak się przejdzie główną wyspę… to jest masakra :D. Tak wyświrowany poziom trudności tam był. W tym włóczkowym chyba takiej akcji nie było :).