Zmien skórke
Logo Polygamii

ZapowiedziGrałem w Kingdom Come: Deliverance. Dungeons & Dragons, ale bez Dragons

Smoków nie ma, ale można zostać mnichem.

Facebook Twitter Google Wykop

Sprawdzałem już Kingdom Come: Deliverance w lipcu, ale wtedy grałem we wczesną, nieaktualizowaną już alphę dla wspierających na Kickstarterze. Było dziwnie, nietypowo, a momentami nawet kiepsko, ale taki już urok wersji preview. Pod koniec listopada natomiast studio Warhorse razem z polskim dystrybutorem – CDP – zaprosiło mnie na pokaz gry dużo bliższej ukończenia. Zagrałem w trzy, niekoniecznie następujące po sobie, etapy opowieści i nadal było dziwnie, choć po tym wszystkim jeszcze bardziej interesuję się czeską produkcją.

Od zera do… trochę mniejszego zera

Często w RPG-ach główny bohater jest mniej lub bardziej istotny dla świata. Albo ma jakieś ponadprzeciętne zdolności, albo właśnie się ich uczy, ewentualnie jest herosem z minionej epoki czy tam innym znanym zabójcą potworów. Generalnie jest to ktoś w miarę ogarnięty, z jakąś przeszłością i radzący sobie choćby z mieczem.

Świat Kingdom Come żyje

Tymczasem Henry, w którego wcielamy się w Kingdom Come: Deliverance, jest nikim. Syn kowala bez szans na życie inne niż wykuwanie narzędzi i czasem jakiegoś miecza dla możnych tego świata. W sumie i tak nieźle, jak na średniowieczne realia. A skoro jesteśmy w średniowiecznych realiach, to czasem zdarzy się jakiś najazd czy masakra. I właśnie tak stało się w przypadku wioski, w której mieszka nasz bohater. Zginęli jego rodzice i większość mieszkańców, on cudem przeżył i teraz budzi się w mieście w chacie, do której zatargała go córka młynarza.

Czyli już standardowo, nie? Teraz Henry, nie bacząc na rany, ruszy szukać zemsty, przy okazji rozkochując w sobie dziewczę, które tak bardzo się nim opiekowało. Tylko że wcale tak nie jest. Ten chłopak nawet czytać nie potrafi, nie mówiąc już o machaniu mieczem czy zadaniu nim obrażeń. Ale ma chęci i determinację, postanowił w końcu wyjść ze swojej strefy komfortu i coś zrobić ze swoim życiem. Czyli już większość drogi do celu za nim, nie? No nie, a jeśli ktoś daje sobie wmówić te pseudo motywacyjne bzdury, to będzie biedny i w życiu, i w Kingdom Come.

Żeby zbytnio nie wdawać się w fabułę, Henry musi nauczyć się walczyć i zdobywać środki do życia, bo jeść coś trzeba. I to dosłownie – w grze nasz bohater bywa głodny i musi spać. Na szczęście zostaje przyjęty na służbę u lokalnego możnowładcy, zatem… rozpoczyna trening walki mieczem. To znaczy nie do końca. Po obowiązkowej gadce ruszyłem biegiem na plac ćwiczeń tylko po to, żeby nie zastać tam nikogo. Już myślałem, że to jakiś błąd alphy, ale po paru minutach mój trener po prostu przyszedł. Bo widzicie, świat Kingdom Come żyje, a gra pokazuje tylko obszar, na którym będzie nasz cel. Znaleźć musimy go sobie sami, a że facet też był obecny podczas rozmowy, to również musiał dotrzeć na miejsce. Tyle że ja biegłem, on sobie spacerował. No, ale już jest, tak że zaczynamy!

Ucz się, ucz

Nauka to przeżycia klucz. A tej uświadczymy sporo, bo walka jest wymagająca i opanowanie jej w stopniu pozwalającym jako tako sobie radzić trwa sporo czasu. Zapomnijcie o piruetach, saltach, atakach z wyskoku i tym wszystkim, do czego przyzwyczaiły nas inne gry o podobnej scenerii. Tutaj możesz ciąć (wlew, odlew, z góry i po skosach) i pchać. Do tego czujesz, że dzierżysz długi miecz, który ma swoją wagę i bezwładność, a nie jest siejącym śmierć źdźbłem trawy. Ciosy są powolne i męczące, zatem każde działanie trzeba zaplanować. Podobnie jak trzeba obserwować przeciwnika, jego ruchy i postawę, starając się przewidzieć, co zrobi.

Henry nie jest też gąbką chłonącą obrażenia, a choć zbroja chroni, nie zapewnia nieśmiertelności. Dwa, trzy ciosy i po sprawie. Czasem zdarzy się wykrwawić, kiedy indziej paść z wycieńczenia, a jak przeciwnik trafi w głowę, to jeśli nie ma się hełmu – pozamiatane. Nawet jeśli się go ma, to wystarczy pchnięcie w twarz i też po sprawie. No chyba, że ma się przyłbicę, wtedy jest trochę bezpieczniej, ale nic nie widać. Tak. W Kingdom Come: Deliverance ma znaczenie, jaki ekwipunek nosimy. Pełna zbroja płytowa zapewnia najlepszą ochronę, ale jest ciężka więc bohater szybciej się męczy. Zamknięty hełm daje większe szanse na przeżycie ciosu w głowę, ale nic w nim nie widać.

Uroki życia w mieście

Do walki jeszcze wrócimy, ale na razie załóżmy, że Henry coś tam już potrafi. Pora zatem na pierwsze wyzwanie w nowej roli – zaciągnięcie się do straży miejskiej. Praca odpowiedzialna, bo do miasta ściągają uchodźcy z zaatakowanej wioski, a że nie mają środków do życia, zaczynają żebrać i rozrabiać. Stąd pomysł, że może jeden z nich lepiej zapanuje nad całą sytuacją. Ale najpierw wyposażenie. Kaftan, spodnie, szyszak… gdzie do tych mieczy?! Jeszcze krzywdę komuś zrobisz, najpewniej sobie! Masz tu pałkę. Tym szerszym końcem w stronę przeciwnika!

Dobra tam, przecież znajdę sobie ten Miecz Nieskończonego Ognia Groźnym Blaskiem Bijący +17. Wydropi go jakiś smok czy tam inny ghoul. A nie, nie ta gra. Tu smoków i magii nie ma. Ale to jeszcze nic takiego! Od czego zaczynamy, panie sierżant? Ludzie giną po zmroku? Podejrzewacie lokalną uzdrowicielkę, która pewnie jest wiedźmą? Tajemnicza choroba dziesiątkuje dzielnicę biedoty? Ale… ale jak to, na patrol? Że tak po prostu, z pochodnią po ulicach? Jak… Jak jakiś NPC?

Pamiętamy, że Henry jest nikim? Dalej nim jest, a fakt dostania się na służbę do lokalnego lorda nic na razie nie znaczy. Z czasem ulegnie to zmianie, pojawią się bardziej odpowiedzialne zadania, ale póki co trzeba przejść się po mieście. I trafić na pierwszą sytuację. Kobieta ze spalonej wioski żebrze pod sklepem, co nie podoba się jego właścicielowi. Drą się na siebie, zaraz dojdzie do rękoczynów i tutaj wkracza Henry, bynajmniej nie na biało.

Pojawia się też pierwszy wybór, bo sytuacja sama się nie rozwiąże, sierżant patrzy, trzeba się wykazać. Odpuścić kobiecie, czy stanąć po stronie sklepikarza i ją przepędzić? Czas podjąć decyzję, a potem żyć z jej konsekwencjami. Może niewielkimi dla miasta, ale ogromnymi dla Henry’ego.

Mnie? Do klasztoru?

Pora na drugą część pokazu, tym razem skupiającą się na poważnym śledztwie. Henry musi zidentyfikować i zatrzymać złodzieja, który zaszył się w katedrze. Tutaj warto zwrócić uwagę na fakt, że katedra ta istnieje naprawdę, podobnie jak miasto i cały obszar gry. Mało tego, jest ona w dokładnie takim stanie, jak w tamtym okresie, czyli w budowie. Dobra, znaleźć złodzieja podszywającego się pod mnicha. Jak najlepiej to zrobić? Samemu podszyć się pod mnicha.

Po lewej - katedra w grze. Po prawej - jej wersja w prawdziwym świecie

Wiecie zapewne, jak działa to w innych grach. Przebieramy się, postać dostaje odpowiedni status i o ile nie zrobi czegoś głupiego, spokojnie może sobie eksplorować. Ale wiecie już, że Kingdom Come nie będzie pierwszą lepszą „inną grą”. Bo skoro Henry został mnichem, to musi się jak mnich zachowywać, co wiąże się z codziennymi obowiązkami, w przerwach między którymi rozmawia z innymi, szukając podejrzanego.

Dostaje zatem ładną książeczkę z rozpisanym planem dnia. Pobudka o 3:00 w nocy. O 4:00 msza, potem śniadanie, modlitwa i do pracy. Ogródek sam o siebie nie zadba, mikstury same się nie uwarzą, a księgi nie przepiszą. Zatem zaglądamy w rozkład zajęć, idziemy zrobić co trzeba i tak w kółko, jednocześnie pamiętając o prowadzeniu śledztwa. O ile Henry nauczył się gdzieś po drodze czytać, bo kiedy na początku pisałem, że nie posiadł tej zdolności, wcale nie upiększałem opowieści. Pamiętamy, że w średniowieczu mało kto pisał i czytał, prawda? I pamiętamy, że Kingdom Come stara się w miarę realistycznie oddać panujące wtedy realia? Dobra wiadomość jest taka, że u mnichów się nauczy.

Jeszcze jedno, gdyby komuś przyszło do głowy olać obowiązki. Mnisi już z niejednym cwaniakiem mieli do czynienia, więc jeśli Henry będzie się obijał albo robił niedozwolone rzeczy, trafi do izolatki, a jeśli i to nie pomoże – zostanie wywalony z zakonu i tyle ze śledztwa. No chyba, że jak ja, w trakcie mszy urządzi sobie bieg przez uczestników z telemarkiem na ołtarzu – wtedy o dziwo nic się nie stanie. Za to kiedy jednemu przywaliłem, przyszła straż miejska i wylądowałem w celi na dwa tygodnie.

To wszystko nie oznacza oczywiście, że będziemy się bardzo męczyć. Pytałem obecnego na pokazie Toby’ego, community managera w Warhorse Studios, ile trwa całe śledztwo i powiedział, że jeśli się uwinę, wyrobię się w 30 minut. Ale mogę też spędzić w klasztorze cztery godziny, jeśli tylko tak sobie zapragnę.

I Herkules pupa...

Koniec tych śledztw i nauki. Wszak średniowiecze to miecze (rym niezamierzony). Tym razem Henry idzie bić się na poważnie. Na szczęście nie sam, bo z dość silną ekipą, co i tak nie przeszkadza mi w rzuceniu się na łatwe fragi. Problem w tym, że one łatwe nie są, bo o ile w walce jeden na jednego już jakoś sobie radzę, to pakowanie się w sam środek grupy przeciwników jest złym pomysłem. Nie udało mi się nawet zamachnąć mieczem.

Drugie podejście, tym razem wykorzystuję doświadczenia nabyte po tych kilkuset godzinach w Mount & Blade: Warband. Wybrać jednego przeciwnika, nie pchać się w środek walki, uświadomić sobie, że jesteśmy takim samym człowiekiem jak inni uczestnicy walki. I tak samo łatwo padamy. Jest lepiej. Dużo lepiej. Ale jest też chaotycznie. Masa ciał kotłuje się ze sobą, ludzie krzyczą, jestem przekonany, że raz trafiłem któregoś ze swoich ziomków. Do tego nic nie widzę, bo cholerna przyłbica, a w grze jest to sparowane z wyciągnięciem miecza, więc albo mam czym bić, albo coś widzę. W końcu wygrywamy. Po obu stronach walczyło nas około trzydziestu, prawdopodobnie powaliłem jednego przeciwnika i raniłem ze dwóch. Tak wyglądają większe potyczki w Kingdom Come: Deliverance. Nie jesteś bohaterem, nie zabijesz wszystkich.

A potem do akcji wkraczają łucznicy wroga i znowu muszę wczytywać grę. Bo widzicie, łuk to zabójcza broń, a już szczególnie w rękach doświadczonego strzelca. Maksymalnie dwie strzały i leżysz. Plus jest taki, że działa to w dwie strony, zatem dobywam swojego łuku i teraz się zacznie! Co się zacznie? Strzelanie na oko, bo celownika nie ma, zatem trzeba skierować ostry koniec strzały w stronę celu i mieć nadzieję, że jakoś doleci. Okej, łapię podstawy po kilku próbach, nawet ze dwa razy trafiłem, ale potrzeba godzin, by robić to dobrze. Tylko coś mi tu nie do końca pasuje…

Bitwa ma miejsce w dalszym etapie gry, gdzie Henry ma już spore doświadczenie i można powiedzieć, że w końcu jest kimś. To dlaczego idzie mu tak słabo? Łapię Toby’ego i pytam: Chłopie, co z tą progresją? Jakichś punktów doświadczenia nie wydałem? Ten odpowiada, że nie, że wszystko w porządku. System rozwoju postaci w Kingdom Come przypomina trochę ten ze Skyrima – im częściej coś robimy, tym lepsi w tym jesteśmy. Są też punkty, które można wydać w danej dziedzinie, ale nie jest tak, że w znaczący sposób ułatwi to rozgrywkę i odciąży gracza.

Innymi słowy, zostając przy łucznictwie, jeśli będę długo strzelał z łuku, to po jakimś czasie ręce będą się mniej trzęsły, dłużej utrzymam napiętą cięciwę i nie będę potrzebował specjalnej osłony na nadgarstek. Ale nie zacznę w magiczny sposób zadawać większych obrażeń, a czas nie spowolni ilekroć wyceluję w przeciwnika. Mało tego, jeśli strzelanie mi nie idzie, to nadal nie będę w nic trafiał.

Jedna vlaštovka jaro nedělá
Aż tak dobrze to nie wyglądało

Czyli: Jedna jaskółka wiosny nie czyni. W tym przypadku możemy mówić o trzech ptakach, ale musimy pamiętać, że to ptaki starannie wybrane tak, żeby zrobić jak najlepsze wrażenie na pokazie. To faktycznie się udało, bo jestem może nie zachwycony, ale na pewno zaintrygowany Kingdom Come: Deliverance. Jeszcze bardziej niż po ograniu alphy dla Kickstartera.

Ale wiem też, że nie będzie to gra dla każdego. Jeśli szukacie szybkiej progresji, dynamicznej i efektownej walki czy bohatera z krwi i kości, który jedną ręką kładzie tabuny wrogów, a drugą porywa księżniczki, poszukajcie sobie czegoś innego. Henry to nie Geralt, a Kingdom Come to nie Wiedźmin 3, co zresztą Toby kilkukrotnie podkreślał, bo niektórym właśnie tak się wydawało. Podobnie poszukajcie sobie czegoś innego, jeśli nie chcecie się uczyć gry, bo ta właśnie tego od gracza wymaga. Na równi z cierpliwością.

Gra Warhorse Studios będzie zamkniętą historią i zamkniętą produkcją. Bo choć dzieje się w otwartym świecie, nie jest – przynajmniej według twórców – piaskownicą i nie cierpi na jej dolegliwości. Nie będzie tutaj setek dodatkowych, nic nieznaczących aktywności. Nie będzie rozbudowy własnego zamku czy zarządzania bandą wojów. A Henry nie zostanie czeskim Robin Hoodem. W ogóle nie zostanie nikim ponad to, co zostało bardzo konkretnie zaplanowane w scenariuszu.

A tu macie 25 minut gameplayu z ogrywanej przeze mnie wersji. Uwaga na drobne spoilery

Mi to odpowiada, bo dosyć mam gier wymagających ode mnie robienia wszystkiego poza skupianiem się na historii. A już tym bardziej dosyć mam takich RPG-ów. Tylko pytanie, czy w swojej chęci oddania realizmu ekipa nie pójdzie za daleko, bo jest cienka granica, po przekroczeniu której gra z wiernie oddającej realia zamienia się w grę upierdliwą. No, ale o tym przekonamy się 13 lutego. Również na konsolach Sony i Microsoftu, choć ja grałem w wersję PC.

*Pokazany wyżej fragment gameplayu nie jest naszego autorstwa, a dostaliśmy go w ramach pakietu z materiałami z gry. Podobnie jest w przypadku wszystkich zrzutów ekranu w tym tekście.

3
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
3 Komentarze
0 Odpowiedzi
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ZeusEx
Użytkownik

Trzymam kciuki za tę grę.

wiaderny
Użytkownik

No to… brzmi ciekawie, chyba warto się zainteresować i kupić, jeśli po kilku dniach od premiery nie będzie słychać chóru zawiedzionych 🙂

soulsonist
Użytkownik

Na pewno czuc klimat, ale czy bede mial jeszcz tyle czasu aby mozolnie wspimnac sie po fedualnej drabince? … watpie niestety.