Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaIndie nie istnieją. Przepraszam, gry indie!

Coraz więcej, coraz częściej, coraz głośniej mówi się o małych grach, niezależnych grach, indie grach, mniejszych grach. A ja już …

Facebook Twitter Google Wykop

Coraz więcej, coraz częściej, coraz głośniej mówi się o małych grach, niezależnych grach, indie grach, mniejszych grach. A ja już nie wiem co to właściwie znaczy i po co miałby obowiązywać podział na gry “duże” i “małe”.

Na rozgrzewkę, trzy pytania:

* Czy Bastion stworzony przez Supergiant Games (plus-minus 7 osób), a wydany przez Warner Bros Games (część koncernu warta ponad 11 miliardów dolarów), to gra niezależna?

* Czy From Dust, stworzona przez kilkudziesięciosobowy zespoł pod kierownictwem Erica Chahi (autora m.in. Another World, który od lat zajmuje wysokie stanowiska w Ubisofcie), to gra mała?

* Czy Atom Zombie Smasher, stworzony przez Brendona Chunga, byłego pracownika Electronic Arts i THQ, to gra amatorska?

Podstawowym kryterium podziału na gry “duże” i “małe”, “indie” i “AAA” jest dla większości graczy jedynie cena, jakie muszą zapłacić za tytuł. Ciągle wierzą, że za 200 złotych otrzymują grę lepszej jakości i starczającą na dłużej.



Bardzo łatwo jest powiedzieć, co to są te gry AAA. Wchodzimy do sklepu, widzimy je na półce, wszystkie w dniu premiery kosztują mniej więcej tyle samo, sytuacja jest jasna. Po “drugiej” stronie jest jednak tyle różnych produkcji, modeli biznesowych, strategii wydawniczych i platform, że wrzucanie ich do jednego wora nie ma już najmniejszego sensu. Tylko zamazuje obraz.

Zajmijmy się jednak tym podstawowym, oczywistym podziałem. Jeżeli mamy gry w pudełkach, to mamy też gry dostępne cyfrowo. Tylko że w 2011 roku nie było głośnej pecetowej premiery gry AAA, która nie ukazałaby się równolegle w pudełku i cyfrowej dystrybucji. Konsole są tu nadal trochę z tyłu, ale odległość pomiędzy premierą fizyczną, a cyfrową nadal się zmniejsza – o czym świadczy choćby szybkie pojawienie się Uncharted 3 na PlayStation Network.

Czasami też, na niektórych rynkach, gry z cyfrowej dystrybucji można kupić w pudełku.

Podział ze względu na platformę dystrybucji nie ma już sensu.

Idźmy więc dalej. Mamy gry dostępne cyfrowo. Można je kupić na AppStorze, Android Markecie, Steamie, XBLA, PSN, Desurze, GOGu czy gdzie tam chcecie. Na pecetach niektóre kupicie bezpośrednio od ich autorów.

Są też gry udostępniane w sieci zupełnie za darmo. Niekomercyjnie, bez reklam czy systemów mikropłatności.

Są gry dostępne z poziomu przeglądarki. Są to różne flashówki na dużych portalach zarabiających na reklamach, jak na przykład Armor Games. Są to też gry w serwisach społecznościowych, tworzone przez duże firmy. Są też króciutkie, amatorskie gierki publikowane w przeglądarce na jakiejś zapomnianej przez wyszukiwarkę podstronie, bo taki kaprys miał ich autor.

Są gry tworzone przez byłych, rozczarowanych członków dużych firm, którzy postanowili zrobić coś na własną rękę. Weteranów.

Są też gry, których autorami są kompletni amatorzy, upojeni faktem, że udało im się coś stworzyć i ktoś w to gra.

Nie wspominając, że nie ma czegoś takiego jak “gatunek indie”, bo “mniejsza” gra może być zarówno strzelanką, platformówką, RPGiem, wyścigami czy czymkolwiek co zamarzą sobie autorzy.

Ja już nie jestem w stanie nazywać tego wszystkiego razem “mniejszymi grami”. To nic kompletnie nie znaczy. Te gry mogą zająć pięć minut, trzy godziny, pół roku. I czasami 10 minut pomysłowej gry jest lepsze, niż dwie godziny wtórnej. Nie da się tego wyliczyć. Gry to gry.



Mamy też to nieszczęsne pojęcie niezależności. Które każdy definiuje po swojemu, najczęściej na prostym przeciwstawieniu wyobrażenia o grze AAA. Czy warto jest kruszyć kopie i rozpatrywać, która gra jest bardziej indie od której? Moim zdaniem nie, bo nigdy nie dojdzie się do porozumienia, każdy niezależność definiuje inaczej.

Czy ten podział jest w ogóle potrzebny?

Czasami myślę, że tak. Są zupełnie amatorskie, eksperymentalne gry, na które warto zwrócić uwagę, ale po wrzuceniu ich do jednego wora z tak dopracowanymi produkcjami jak Bastion, From Dust czy Flower po prostu przegrywają i nie otrzymują szansy, na którą by zasługiwały.

Kiedy indziej jednak dochodzę do wniosku, że nie warto dawać taryfy ulgowej. Może lepiej byłoby traktować wszystkie gry na równych prawach i rozliczać z tego, jak dobrymi są grami, a nie z tego, ile i jak doświadczonych osób je zrobiło i jak duży miały budżet.

Ostatecznie jesteśmy graczami, końcowymi odbiorcami, których obchodzą tylko efekty. A jeżeli ktoś nam powie, że czegoś nie dało się zrobić, bo za dużo kosztowało, zawsze możemy wtedy pokazać palcem na stojącą obok “mniejszą/darmową/amatorską/indie” grę i powiedzieć: “hej, przecież im się udało, czyli można!”. Różnorodność jest dobra. Wybór jest dobry.

Wystarczy tylko chcieć i rozglądać się dookoła.

Konrad Hildebrand

P.S. skoro nie mam pojęcia, czym są te całe gry indie, postanowiłem tekst zilustrować zdjęciami Indii, co do których definicji wszyscy są zgodni. Chyba.

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o