Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeIn Other Waters – recenzja. 20 000 mil interfejsowej żeglugi.

Przepiękny ocean pełen mało subtelnych idei.

Facebook Twitter Google Wykop

Choć mam Switcha od niedawna i jeszcze nie zdążyłem się z nim do końca otrzaskać, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że In Other Waters jest po prostu stworzone dla tej konsoli. Nie chodzi już nawet o popularne stwierdzenie, że na Switchu wszystko jest lepsze; dawno nie czułem takiej integracji gry ze sprzętem i tego, że dany tytuł (choć dostępny na również komputerach osobistych) idealnie wpasowuje się w założenia tej konsoli.

Pamiętacie Lifeline albo Bury Me, My Love tworzone z myślą o smartfonach i tabletach? Te tekstowe przygodówki idealnie wpasowywały się w codzienny harmonogram przeciętnego gracza, który od czasu do czasu wysyłał odpowiedzi postaci w grze, popychając fabułę do przodu i doprowadzając ostatecznie całość do jakiegoś celu (czasem dobrego). W In Other Waters jest podobnie, bo w ramach przerwy od pracy możemy chwycić za konsole i odbyć rozmowę z ksenobilożką, Ellery Vas, która odpowiedziała na wezwanie swojej partnerki, Minae Nomury, i wyruszyła na morską planetę Gliese 677Cc.

Tak mniej więcej prezentuje się zawiązanie akcji, jednak gracz (przynajmniej w założeniu) jest jedynie obserwatorem jej poszukiwań i podwodnych podróży. Wciela się on bowiem w sztuczną inteligencję odpowiadającą za poprawne funkcjonowanie nowoczesnego skafandra do nurkowania. Naszym zadaniem jest obieranie kursu i pobieranie kolejnych próbek z morskiego dna, a także dbanie o parametry, takie jak tlen i zasilanie. Na myśl oczywiście przychodzi EDI z Mass Effecta, ale tutaj nasze interakcje są mocno ograniczone i sprowadzają się do wybierania “tak” lub “nie”. I choć za ruch postaci odpowiada sztuczny byt, to dalej ma się uczucie, że wszystko, co dzieje się na ekranie wykonuje tak naprawdę Ellery.

Mimo wszystko Garethowi Damianowi Martinowi z jednoosobowego studia Jump Over the Age udaje się utrzymać tę iluzję bycia tak naprawdę prostym programem, co zresztą jest bardzo mocno podkreślone przez to, na co pozwala nam gra. Choć na początku liczba interfejsów i dostępnych opcji może przytłoczyć, to właśnie dzięki Switchowi wszystko się ze sobą skleja.

W ogóle In Other Waters jest bardzo growe i jak na dłoni widać, z jakich klocków zostało zbudowane, co przywodzi na myśl karcianki, które w odróżnieniu od innych strategii turowych, dokładnie prezentują swoje mechanizmy. Tutaj mamy do czynienia z czymś podobnym – w końcu ostatecznie jesteśmy programem, sztucznym bytem stworzonym dla ludzkiej wygody. Z drugiej jednak strony Ellery w ogóle nie przeszkadza fakt, że do niego mówi. Na początku łapała się jeszcze na tym, że WI nie może czuć tego, co prawdziwy człowiek, jednak po kilku dniach spędzonych w samotności przestało jej to przeszkadzać.

Długotrwałe przebywanie na obcej planecie kilkaset metrów pod powierzchnią wody potrafi namieszać w głowie zwłaszcza, że wszystko, co otacza Ellery jest obce w dosłownym rozumienie tego słowa. Ta obcość podkreślana jest przez ścieżkę dźwiękową będącą trybutem dla starych filmów fantastyczno naukowych. Zamykając oczy i wsłuchując się w przeciągnięte brzmienia syntezatorów, widziałem radiowóz Ricka Deckarda lecący nad – zniszczonym przez działalność człowieka – Los Angeles.

To porównanie okazuje się bliższe prawdzie, niż na początku zakładałem, bo In Other Waters również porusza ten temat, który staje się de facto głównym założeniem gry. Problem polega na tym, że o wszystkim dowiadujemy się na jakąś godzinę przed pojawieniem się napisów końcowych. Co więcej, nie brakuje też wątku złej korporacji, która postanowiła wykorzystać bogactwa kryjące się w wodach Gliese’a 677Cc, ale całość została poprowadzona w wyjątkowo nieskładny sposobu. Czuć, że autor zbyt szybko przeskoczył do końcówki; jakby był tak dumny ze swojej myśli, że postanowił pominąć wszystkie rozpoczęte przez siebie wątki (łącznie z tym poświęconym Minae, która bardzo szybko zostaje zepchnięta na boczny tor), by od razu przejść do momentu, w którym wykłada nam, o czym tak naprawdę jest In Other Waters.

Dodatkowo, robi to w tak mało subtelny sposób, że w pewnym momencie miałem wrażenie, że monolog głównej bohaterki stanie się oddzielną kropką na interfejsie i dołączy do innych morskich żyjątek, głosząc prawdę o prawdziwej naturze człowieka. Nie, nie chodzi o tę myśl z Tormenta z roku 1999 roku, a o przewałkowaną przez popkulturę krytykę kolonialnych zapędów rozwiniętych cywilizacji. “No przecież było dobrze; wszyscy sobie tu żyli, to przyszliśmy i zniszczyliśmy”. W pewnym momencie Ellery mówi wprost, że nienawidzi swojej rasy (nikt nie mówił, że gramy człowiekiem; w ogóle to ciekawy wątek, który niestety nie został rozwinięty) i wyrzeka się jej oraz wszystkich reprezentowanych przez nią wartości.

Wszystko to jednak milknie w pustce, bo jedynymi istotami, które ją otaczają są grzyby i inne mikroorganizmy, które pani ksenobiolog bada z dużym zapałem oraz dokładnością. A, no i nie zapominajmy o nas – programie w skafandrze do nurkowania, z którym Ellery próbuje nawiązać relacje, poprzez wkładanie w niego jak najwięcej ludzkich cech. Tu od razu przyszła mi na myśl jedna z ostatnich scen  filmu Cast Away, gdzie Chuck Noland (Tom Hanks) rzuca się na ratunek piłce do siatkówki firmy Wilson Sporting Goods. Dla niego kuriozalność tej sytuacji nie miała żadnego znaczenia – Wilson był za burtą i trzeba mu było pomóc.

Podejrzewam, że bohaterka w In Other Waters zrobiłaby to samo dla nas, swojego programu, którego nigdy nie naraziłaby na niebezpieczeństwo. To ciekawe, jak bardzo samotność i życie w odosobnieniu może wpłynąć na człowieka. Sam często łapię się na tym, że przez prawie cały czas coś mi musi grać w uszach (najlepiej podcast) albo muszę czuć obecność kogoś w domu, żeby nie czuć niepokoju. Najbardziej ludzkie odruchy są często najtrudniejsze do uchwycenia i choć gra jest sprzedawana hasłem “zbuduj trwały związek”, to kompletnie z tym sobie nie radzi. Z drugiej jednak strony ten związek istnieje – w głowie samotnej kobiety, która szuka swojej ukochanej. Uświadomienie sobie tego wszystkiego (i kilku innych rzeczy, o których nie napiszę, bo spoilery) sprawiło, że moje zdanie o grze – i ona sama – przeskoczyło rekina, ale w tym pozytywnym znaczeniu, co pozwoliło dostrzec dwa ciekawe aspekty In Other Waters.

Pierwszy z nich to ukazanie pracy biologa terenowego i oczywiście nie wiem, jak to wygląda w prawdziwym życiu, ale nie towarzyszyło temu uczucie znane z Tomb Raiderów i gier z serii Uncharted, gdzie i Lara Croft, i Nathan Drake zamiast chronić zabytki starożytnych kultur, regularnie je niszczyli. Pobieranie próbek, ich późniejsza analiza w bazie wypadowej (bardzo często testy kończyły się niepowodzeniem) i ostatecznie katalogowanie były nad wyraz przyjemnym doświadczeniem. Co więcej, możemy to robić nawet po zakończeniu głównej linii fabularnej, która trwa dobre 7-8 godzin.

Z kolei drugą rzeczą było uczucie skali – cała gra jest minimalistyczna i zbudowana na prostych interfejsach, dlatego bohaterka, co chwilę opisuje rzeczy, które właśnie zobaczyła. W jej ustach brzmi to jak wielkie przeżycie, z którym po prostu musi się podzielić (nawet z programem skafandra), kiedy my widzimy tylko poruszające się na małym ekranie trójkąty i kwadraty. Nie jest to zbyt imponujące, ale ostatecznie po co nam więcej? Przecież jesteśmy tylko programem.

Jak na swój pierwszy, duży projekt, były autor serwisów takich, jak Kotaku, US Gamer czy Eurogamer poradził sobie zaskakująco dobrze i uderzył w moje indycze struny, w które już dawno nikt nie miał odwagi uderzyć. Jeszcze nie miałem okazji pozwiedzać morskich głębin w takiej formie i cieszę się, że zrobiłem to właśnie na Switchu.

No, a że końcówka kiepska? Cóż, bywa, ale sam jestem zwolennikiem zasady, że nie liczy się cel a droga, jaką do niego dotarliśmy. A w In Other Waters jest ona pełna turkusowej wody, różnokształtnych punkcików i tych cudownych interfejsów, po których poruszanie się sprawia autentyczną frajdę.

Platformy: PC, Switch
Producent: Jump Over the Age
Wydawca: Fellow Traveller
Data premiery: 03.04.2020
Wersja PL: nie
Wymagania: Windows 7+, Intel 2 GHz, 4 GB RAM, 2 GB VRAM.
Grę do recenzji podrzucił producent. Graliśmy na Switchu. Obrazki pochodzą od redakcji

Bartek Witoszka

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o