Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaRywalizacja i miłość to dwie strony tego samego żetonu

Nastoletnia drama w salonie arcade, czyli Hi Score Girl w pigułce.

Facebook Twitter Google Wykop

Tekst może zawierać spoilery anime Hi Score Girl dostępnego na Netfliksie. I choć wątpię, żeby dało zdradzić się cokolwiek w tym serialu (w końcu to licealna drama), to jednak lojalnie ostrzegam  

Mamy kwiecień 2020 roku – końcówka starego- i początek nowego roku fiskalnego zawsze obfituje w ciekawe premiery gier i tym razem nie jest inaczej. Prymu nie wiodą jednak nowe marki, a odnowione i przystosowane do nowych standardów hity sprzed lat, które przypominają graczom o tym, że kiedyś wszystko było lepsze, przyjemniejsze i ciekawsze pod każdym możliwym względem. Nostalgia (pisał o niej Kuba przy okazji premiery remake’u Resident Evil 3) to potężny oręż, który twórcy i wydawcy wykorzystują regularnie, by trafić do serc oraz portfeli fanów.

Ostatnimi czasy góruje pod tym względem Capcom, ale i Square Enix pokazało, że umie w remaki, wydając wysoko oceniane i z dawna oczekiwane stare-nowe Final Fantasy VII. Nawet Activision postanowiło ponownie sprzedawać kampanię z Call of Duty: Modern Warfare 2 w formie remastera.

I w tym pełnym miłych wspomnień bajorku pojawia się – gdzieś na uboczu, tak żeby nie przyciągać za wiele uwagi – Netfliksowa animka Hi Score Girl stworzona na podstawie 10-tomowej mangi, której autorem jest Rensuke Oshikiri. Główni bohaterowie (Haruo Yaguchi, Akira Ono i Koharu Hidaka) to uczniowie jednej z japońskich szkół, którzy są zafascynowani automatami z grami, czyli jedną z nielicznych dostępnych rozrywek jakiej oddawali się dzieci w miastach na początku lat 90.

Choć platforma streamingowa Wielkiego, Czerwonego N nie słynie ze zbyt dobrych autorskich anime (od czasu do czasu trafiają się jednak naprawdę niezłe), to mimo wszystko stała się moją ostoją w tym temacie. Wiem, jest Crunchyroll, ale ma on jednak na tyle dużo wad, że sięga po niego tylko w ostateczności (tak jak ostatni, rozgrzebując trzeci sezon A Certain Scientific Railgun). Poza tym, oferta Netfliksa poszerza się z miesiąca na miesiąc o kolejne klasyki, a prawdziwym strzałem w dziesiątkę było dodanie w wakacje zeszłego roku Neon Genesis Evangelion, który przeorał mnie wzdłuż i wszerz.

Na pierwszy rzut oka Hi Score Girl nie wyróżnia się niczym szczególnym i już po kilku odcinkach wszystko zaczyna przybierać kształt standardowej, licealnej, anime dramy i… Dokładnie tym właśnie jest. Ba, nawet kończy się w typowy dla tego nurtu (o ile tak to można nazwać) sposób – są łzy i wyznanie miłości, na które czekało się całe 24 odcinki, ale po drodze jest cała masa naprawdę zabawnych dialogów czy momentów, uderzających w miejsca, w które bardzo rzadko ktokolwiek zagląda. No i są giereczki.

Ale nie byle jakie, bo mowa o klasykach klasyków Capcomu, jak kolejne wcielenia Street Fightera 2 (odpowiednio z dopiskami Turbo i Alpha) czy Final Fight, ale nie zabrakło też Samurai Showdown, Virtua Fighter czy Vampire Savior, w które nigdy nie zagrałem. Era automatów (zwłaszcza w Polsce) skończyła się mniej więcej w okolicy moich urodzin, a ich miejsce zaczęły wtedy zajmować domowe konsole, pozwalające na grę góra 2-3 metry od telewizora; szczytem marzeń były nowoczesne komputery, ale nie o tym dzisiaj.

Hi Score Girl rozgrywa się na przestrzeni pięciu lat (kończy się w lipcu 1996 roku) i doskonale pokazuje moment popularyzacji konsol, a co za tym idzie, transformacje samych graczy. Patrząc jednak na to wszystko z boku i z perspektywy 24 lat, niewiele się zmieniło. Nie wiem, czy Rensuke Oshikiri był jasnowidzem, ale wydając w 2010 roku pierwszy tom swojej mangi już wtedy wiedział, że środowisko pozostało i najprawdopodobniej pozostanie toksyczne. W samym anime (nad którym pracował również twórca pierwowzoru) pokazane jest to poprzez bójki w salonach arcade, ale nie zabrakło też niekontrolowanych odruchów; obsługa musiała wyprowadzać jednego z graczy, bo ten nie mógł się pogodzić z przegraną i miotał się w konwulsjach.

No jasne, że to wszystko było przesadzone (w końcu to anime), ale nietrudno znaleźć w tym odniesienia do współczesnych zachowań osób z tego środowiska. Wszystko rzecz jasna przeniosło się do Internetu, ale gdy spojrzy się na to, co zaprezentowane jest w Hi Score Girl z odrobiny szerszej perspektywy, zauważy się podobne tropy.

Innym stereotypem gracza zaprezentowanym w anime jest fanatyczne oddanie się temu medium. Młody Yaguchi spędza każdą wolną chwilę w salonie z automatami i, jak się łatwo domyślić, ma duże zaległości w szkole, co ostatecznie poskutkowało dostaniem się do gorszego liceum. Mimo to jego miłość do gier nie osłabła, a on sam nadał sobie ksywkę “Beastly Fingers Haruo”, zaś jego głównym celem stało się udowodnienie sobie i innym, że jest najlepszym zawodnikiem w lokalnym salonie arcade.

Doskonale pamiętam czasy, w których moi rodzice wprowadzili zakaz na komputer (gdzieś na etapie wczesnej podstawówki), przez co ja i mój brat mogliśmy grać tylko w weekendy. Doskonale pamiętam też wszystkie piątkowe powroty ze szkoły i rozważania w co najpierw zagrać. Za wiele tego nie było, bo do upadłego była męczona trylogia Gothica, Warcraft III, Need for Speed: Carbon, kampanie w Call of Duty (zapomnijcie o Internecie), a do babci jeździłem tylko po to, by zagrać na komputerze w zainstalowanego tam Dooma 3.

Czy byłem wtedy wściekły na moich rodziców? Trochę, choć i tak większość dnia nie było ich w domu, więc od czasu do czasu pogrywałem w dni powszednie (to ostatnie słowo dobrze oddaje stan mojego ówczesnego postrzegania rzeczywistości). No i tak się to wszystko toczyło, ale z perspektywy czasu patrzę na to ze wstydem i staram się nie traktować tego poważnie, choć w pewnym sensie mnie to ukształtowało.

Podejrzewam, że dorosły Haruo Yaguchi również patrzyłby na młodszą wersję siebie z pewnym dystansem – okres gimnazjum i wczesnego liceum były dla niego jednym wielkim maratonem grania. Tak mocno pochłonęły go kolejne beat ‘em upy czy bijatyki, że nie zauważył, iż w międzyczasie stał się ważną częścią życia dla Ono i Hidaki. Tak, kolejne sztampowość Hi Score Girl – dwie dziewczyny rywalizujące o względy niczego nieświadomego chłopaka. O ile w Toradorze (przepięknie urocze anime, warto obejrzeć) nie było to niczym wytłumaczone, a główny bohater, Ryuji Takasu, był po prostu “ślepy” na uczucia swoich koleżanek, bo twórcy tak chcieli, to w przypadku Yaguchiego zostało to uzasadnione miłością do gier.

Inna sprawa, że w okresie dojrzewania mało kto jest pewny swoich uczuć, ale to też dość charakterystyczne dla licealnych dram. Tak samo zresztą, jak ukazanie rodziców stawiających niemożliwe do spełnienia wymagania przed swoim dzieciom, by te stały się tym, kim być powinni. Ono dla przykładu miała być spadkobierczynią rodzinnej fortuny; doskonałą pod każdym względem kobietą, która zawsze miała osiągać najlepsze wyniki. Zamknięta w sobie dziewczyna stała się jeszcze bardziej samotna, przez co przestała się odzywać i przez wszystkie 24 odcinki (w serialu nazywanych rundami) nie wypowiada ani jednego słowa. Stąd właśnie pojawiła się w niej miłość do gier i salonów arcade, które były odskocznią od wszelkiego zła, którego doświadczała na co dzień.

Ten ostatni aspekt to chyba historia wielu z nas i o ile sam nie miałem aż tak trudnych rodziców, to dalej czuję w rozmowach z moją mamą, że pisanie o giereczkach (czy ogólnie, praca w Internecie), nie jest tym, co do końca sobie dla mnie wymarzyła. Ale hej, została jeszcze inżynierka…

Inna sprawa, że nie każdemu graczowi udaje się przerodzić swoją pasję w pracę. Sam miałem w tym dużo szczęścia i gdyby nie pomoc kilku osób, to pewnie dziś nie robiłbym tego, co robię teraz – pisać o grach i jednocześnie na tym zarabiać. Nie jest to łatwa praca, często mam jej dosyć, a brak weny i myśl, że dziś nie uda mi się napisać nic ciekawego bywa frustrująca. Każdego dnia jednak w głowie dziękuję sobie, że postawiłem na tę kartę, pisząc przez długi czas za darmo, poświęcając przy tym niemniej czasu co teraz.

Yaguchi nie miał tyle szczęścia i odkąd zaczął chodzić do liceum, pracował na pół etatu w lokalnej fabryce jedzenia, oddając większą połowę swojej pensji samotnie wychowującej go mamie. On z kolei dzięki grom zyskał coś zupełnie innego – wydoroślał i z dzieciaka myślącego tylko o gierkach stał się mężczyzną otwarcie mówiącym o swoich uczuciach i nie bojącym się wziąć za nie odpowiedzialność. Chyba w tym najbardziej zaimponowało mi Hi Score Girl, prezentując tradycyjną, szkolną dramę w nieco odmienionej formie, będąc jednocześnie fanserwisem dla fanów retro czy ogólnie, graczy.

A tak poza tym to bardzo urocze anime. Nieraz wybuchnąłem przy nim śmiechem, a cały pierwszy sezon (nie dajecie się zwieść oznaczeniom Netfliksa – jedna, pełna seria anime to 24 odcinki) obejrzałem w dwa dni. Historia była na tyle ciekawie poprowadzona, a wszystkie wątki tak pięknie się ze sobą spinały (mówiąc kolokwialnie), że oddałem się Hi Score Girl bez reszty.

Miłym, często pomijanym aspektem, okazało się również outro w pierwszej połowie serii, za które odpowiadała Etsuko Yakushimaru. Melancholijny utwór idealnie grał na emocjach i pojawiał się często w kluczowych scenach na końcu odcinka, podkreślając wydźwięk całości. Zazwyczaj dużą uwagę przykłada się do tzw. openingu i tak na przykład we wspomnianej już Toradorze zmiana utworu w połowie serii idealnie oddawała rozwój relacji pomiędzy dwójką bohaterów.

Jak zawsze po skończeniu kolejnej animki odczuwam pustkę, bo oto na jakiś czas (być może na zawsze, gdy dana seria została już zakończona) będę musiał rozstać się ze świeżo poznanymi bohaterami, to tutaj poczułem przyjemne uczucie spełnienia. W końcu to typowa, szkolna drama, a te są tak skonstruowane, żeby trafić tam, gdzie trzeba. Hi Score Girl trafia bez pudła i zostaje na długo po pojawieniu się ekranu z następną propozycją od Netfliksa; i aż chce się obejrzeć całe “creditsy”, mimo że są one po japońsku i nic z nich nie rozumiem.

Bartek Witoszka

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o